poniedziałek, 29 października 2018

Przyspieszona terapia odmładzajca

Serdecznie pozdrawiam z właśnie rozpoczętego urlopu...
Pewnie myślicie, że gdzieś mi się poprzewracało, skoro w dwa tygodnie po powrocie z półrocznego zwolnienia znów nie ma mnie w pracy, ale przyczyna jest bardzo prosta: kasa. Jak każdy pracownik sądów zamiast pensji mam wypłacany zasiłek ministra sprawiedliwości dla pracujących. Każda okazja żeby zdobyć dodatkowe pieniądze jest więc cenna, ale system premiowy przewiduje wyłącznie nagrody uzależnione od wielu czynników, w tym dyspozycyjności. Z powodu zwolnienia ominęły mnie dwie kolejne, prawdopodobnie ominie również trzecia bo zwolnienie zahacza o jej okres rozliczeniowy. A więc jedyne co mi pozostało to pójście na urlop żeby dostać choć dofinansowanie do wczasów pod gruszą...
Zanim jednak powróciłam do zarywania nocek przy serialach i marnowania dni na czytanie zdążyłam, przez wspomniane dwa tygodnie, popracować w nowej komórce mego budżetowego pracodawcy, do której przerzuciła mnie fantazja mojego Oddziału Kadr: księgach wieczystych.
Trzeba Wam wiedzieć, ze moja nowa komórka znajduje się w najładniejszej z dotychczas znanych mi lokalizacji: oficynie świeżo odnowionego (choć tylko od frontu) pałacyku, przy jednej ze starszych ulic Pięknego Miasta. I to w zasadzie jej jedyna zaleta.
Do wad zaś mogę śmiało zaliczyć fakt, ze w zajmującym trzy piętra i archiwum, liczącym około 50 pracowników wydziale mamy:
- jedną drukarkę na pokój czteroosobowy;
- jedną niszczarkę na 2 - 3 pokoje;
- jedną małą lodówkę i jedną mikrofalę;
- jedną kabinę w damskim WC na 14 kobiet na piętrze;
- cztery szafy na akta na pokój zajmowany przez cztery osoby prowadzące cztery referaty. Średnia pojemność referatu - trzy szafy;
- jeden podbiórkowy przybornik na wspomniane cztery osoby - reszta trzyma prywatny szpej  pudełkach po papierze do drukarki pod biurkami.
Jedyną różnicą jaką widzę wobec stanu kiedy szesnaście lat temu zaczynałam pracę jest fakt, że każda  ma na biurku własny komputer, i to z monitorem płaskim, a nie kineskopowym. Co, wobec faktu zdigitalizowania danych i pracy wyłącznie na systemie komputerowym jest wymogiem koniecznym. 
Poza tym czas zakręcił się w tył jak sprężynka, tylko nie wiem czemu Rysiek wciąż taki duży...

niedziela, 21 października 2018

Obywatelu! Zrób sobie dobrze sam!

No i nareszcie wybory!
Jako że nadal zaliczam się do grona stanowczych przeciwników naszego nierządu, i nadal mieszkam w Pięknym Mieście, które ma bardzo zacna kandydatkę na Prezydenta nierządowi zupełnie nie odpowiadającą - było dla mnie jasne, że te wybory są jeszcze bardziej obowiązkowe niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Problem polegał jak zwykle na tym, że zameldowana jestem nadal zupełnie gdzie indziej, a więc czekało mnie dopisanie się do spisu wyborców. 
Pierwsza wizyta w odpowiednie komórce Urzędu Miasta: o nie, nie można już złożyć oświadczenia że się przebywa i dopisać się od ręki. Trzeba do wniosku załączyć dokumenty potwierdzające przebywanie, na przykład umowę najmu mieszkania, i dopiero można złożyć całą paczkę, ale za to zostanę dopisana już na stałe, do zgłoszenia następnej zmiany przebywania.
Git.
Druga wizyta w odpowiedniej komórce Urzędu Miasta: nie, umowa najmu mieszkania nie wystarczy, jeśli nie jestem jego głównym najemca. Fakt, że jestem wymieniona w umowie jak zamieszkująca się nie liczy, muszę mieć jeszcze oświadczenie głównego najemcy że zamieszkuję. A najlepiej to w ogóle umowę o pracę, to znaczy kopię.
Argh. No niech wam będzie...
Trzecia wizyta w odpowiedniej komórce Urzędu Miasta: umowa o pracę bardzo piękna, poprzedni adres na niej widoczny nie przeszkadza. Oświadczenie głównego najemcy tez śliczne, wraz z kopią umowy najmu i umowy o pracę złożone, wszystko poprawne, będzie pani zadowolona.
Git.
Pierwsza wizyta w komisji wyborczej: nie mamy pani na listach. Ani na stałej, ani na dodatkowej. Tu jest, bardzo proszę, telefon do ewidencji, niech pani do nich zadzwoni i wyjaśni.
!@#$%
Pierwsze jedenaście telefonów do ewidencji: numer zajęty.
Dwunasty telefon do ewidencji: już sprawdzamy. Tak, jest pani na liście dodatkowej, pod takim - to - a - takim numerem.
Uff.
Druga wizyta w komisji wyborczej: owszem, jest pani na liście dodatkowej pod wskazanym numerem. Ale pod nazwiskiem panieńskim. Tak, rozumiemy że wyszła pani za mąż 14 miesięcy temu, ale nazwisko panieńskie widnieje na liście i nic nie poradzimy. Proszę czekać, zadzwonimy do ewidencji. 
Argh. Argh, argh, argh!!!
Pierwsze dwa telefony do ewidencji: numer zajęty.
Trzeci telefon do ewidencji: no my nie wiemy, może pani niedawno wyszła za ten mąż, ale jak chce głosować to głos przyjmijcie.
Victory!!!
Narobiłam się. Nie przeczę. Ale wiecie co? Było warto. Skorzystałem ze swojego prawa i skreśliłam na kartach to, co naprawdę myślę,
A przecież to właśnie o to chodzi...


niedziela, 19 sierpnia 2018

Dla każdego coś kiczowatego

Byłam na Suwalszczyźnie, kicam już w miarę samodzielnie i na własnych nogach, dla odmiany wysiadł mi błędnik, moje zwolnienie dobiegło chwalebnego końca i w poniedziałek z obrzydzeniem podążam do roboty - krótki bilans brakujących 3 tygodni. Ale ja nie o tym. 
Z ulicy wchodzi się do nas bramą usytuowaną po prawej stronie pierwszego bloku, za którym stoi drugi, z ulicy średnio widoczny. Od bramy idzie się wzdłuż jednej ściany pierwszego bloku, a dopiero za nim skręca w podwórko, po drodze następuje więc kilka metrów z których widać jedynie skrajną prawą ćwiartkę podwórka. 
No i właśnie wczoraj, wracając sobie z Ryśkiem z upiornie zdrowych zakupów żywieniowych sunęłyśmy przez te kilka metrów, kiedy nagle, jak w tym dowcipie o czołgach zasypanych piaskiem - PIERDUT!. A mianowicie orkiestra huknęła tango. Normalna, regulaminowa (choć nieduża) orkiestra: harmonia, skrzypce, jakiś ręczny bęben, sami panowie, odziani na niebiesko. Pomiędzy momentem PIERDUT a chwilą ich zobaczenia zdaje się osiwiałam ze strachu, a już na pewno moje serce wykonało potrójne salto ze śrubą. Mamo Gaju! Nie ma pojęcia o zaskoczeniu kto nigdy nie przeżył znienackiego tanga zza winkla, serio. 
Jak się okazało, i jak można było przypuszczać - była to zupełnie zwyczajna orkiestra weselna, pod pierwszą klatką stało odpowiednio odpicowane autko, zaraz zaroili się kamerzyści ze statywami i dzieci z płatkami kwiatków i sąsiedzka para młoda statecznie opuściła budynek, cierpliwie prezentując fotografom sztuczne uśmiechy, a następnie zapakowała się do autka. To wszystko zarejestrowałam kątem oka, kicając pośpiesznie do domu coby nikomu w kadr nie wleźć. Chyba się udało. 
Orkiestra odegrała uczciwie całą melodię, zdobywając przy okazji oddaną fankę w postaci sąsiadki z pierwszego piętra (na codzień drącej się do partnera "Zaje*** cię" lub "zaje*** mnie" tak, że u nas słychać), która przetańczyła całość na chodniczku koło garaży. Sama ze sobą, partnera nie stwierdzono. Młodzi odjechali, w ślad za nimi orkiestra, a my z Rysiem spuściłyśmy kuchenne zasłonki zza których oglądałyśmy sytuację i odetchnąwszy wróciłyśmy do swoich spraw. 
Rzecz jasna ja, wracając, rozmarzyłam się pluszowo na temat mojego własnego wesela - że mieliśmy taki luz, żadnych orkiestr, żadnych fotografów, tylko my, nasi przyjaciele i dobre piwo. Scena na podwórku była kwintesencją tego, czego marząc tyle czasu o ślubie za wszelką cenę pragnęłam uniknąć - potwornego i typowo polskiego przerostu tradycji nad treścią. A wszak ślub ma być świętem młodej pary, która może wcale nie życzyć sobie orkiestry rżnącej do ucha i mieć bardzo z tyłu to, że ich rodzice, dziadkowie i ciotki takie orkiestry mieli. 
Swoje sprawy polegały przede wszystkim na uczynieniu dużej ilości sałatki (rukola, tuńczyk, kukurydza, kiszone ogórki, serdecznie polecam) i rozsiadnieciu się z nią przed kompem w celu obejrzenia wyczekiwanego "Hurricane Bianca: From Russia With Hate". Randka z ulubionym królowymi przebiegła nadzwyczaj pomyślnie, i naładowana mega pozytywną energia mogłam już przystąpić do reszty mojego dnia.
W trakcie którego rozważałam smutno, dlaczego, do diabła, straciłam półtorej godziny kończącego się za szybko zwolnienia na ten przerysowany film zaczynający się od dowcipu o kupie a potem równąjcy w dół. Biancę Del Rio, Shangelę Laquifę Wadley i Jekaterinę Pietrownę Zamołodczykową mogłam sobie równie dobrze pooglądać na YouTube a nie męczyć się słuchając różnych okropnych wersji rosyjskiego akcentu i czekając, aż wysadzą kiepsko narysowany Kreml. 
A może młodzi państwo sąsiedzi właśnie marzyli o wyjeździe z domu przy wtórze orkiestry, i długo się będą chwalić jak pięknie ich powitała?
Notka dla siebie: nie mierz innych swoją miarką i zrozum wreszcie, że nie każdy musi mieć taki sam gust jak ty. You stupid bitch!
Notka dla czytelników: nawet jeśli kochacie RuPaul's Drag Race zdecydowanie radzę odpuścić sobie "From Russia With Hate".

sobota, 21 lipca 2018

Ze wspomnień niewidzialnego człowieka

Jaki jest niezawodny sposób, aby od ręki zniknąć, zwaporyzować się, przestać istnieć?
Wsiąść do dowolnego pojazdu MPK z ortezą i o kuli. 
Pomimo posiadania tych dwóch, jakże ważnych dodatków do mojej skromnej osoby czasem muszę jednak gdzieś pojechać - na przykład do lekarza na kontrolę. Na ogół staram się wybierać terminy poza godzinami szczytu i jest całkiem znośnie - nawet kilka razy zdarzyło się, że ktoś mi ustąpił miejsca, uznając najwyraźniej, że w prawie pustym wagonie stanie nie jest takie złe. Jeśli jadę przystanek - dwa to z kolei sama bez problemu postoję, cumując się wygodnie przy samych drzwiach i nie terroryzując współpasażerów bez potrzeby.
Czasem jednak się zwyczajnie nie udaje. Bo, na przykład, awaria wodociągów podmyje tory i wyłączy z użytku jedną z dwóch w Pięknym Mieście zajezdni tramwajowych, a próby obsługi linii pozostałymi wozami wprowadzą stan niebezpiecznie zbliżony do katastrofy komunikacyjnej. 
A ja akurat tego dnia muszę się dostać z centrum do dentysty za pomocą autobusowej linii zastępczej...
Najpierw trzeba na nią czekać dobry kwadrans. Zegarek tyka, czas wizyty zbliża się niebezpiecznie. Wreszcie jest - pierwszy przystanek po krańcówce, a autobus już zapchany. W połowie studenteria (linia jedzie w kierunku osiedla uniwersyteckiego mijając po drodze kilka wydziałów), w połowie czcigodne i omszałe starowinki (mija również dwa duże szpitale). Tarabanię się jakoś do środka - nic, zero reakcji. Okej, to tylko klika przystanków, ścisk duży, próba przedarcia się na któreś wolne miejsce wywołałaby zbyt dużo zamieszania. Nie warto. Postoję sobie. Serio. To, że tradycyjnie nikt z siedzących przy samych drzwiach mnie nie widzi zupełnie jakoś nie dziwi...
Cumuję na słupku przy drzwiach, szczelnie do niego przytulona, na przystanku przy pierwszym szpitalu wpływa kolejna szeroka struga ludzi, autobus korkuje się zupełnie. Próbuję się zwinąć w jeszcze ciaśniejsza kulkę, kiedy nagle słyszę gromkie:
- Co pani tak stoi, pani usiądzie, pani tylko miejsce ludziom tą kulą zajmuje, to jest po prostu chamstwo!
Zerkam przez ramię - starszy facet, nawet schludny, ale nos czerwony i wali od niego jak po wczorajszej libacji. 
Pytam grzecznie:
- A gdzie mam usiąść, nie wie pan może?
Współpasażerowie siedzący pracowicie liczą muchy na suficie. Ze stojących - ktoś dalej parska śmiechem.
- A co mnie to, urwał, obchodzi? - odwrzaskuje mi z oburzeniem facet i coś do siebie jeszcze pod nosem mamrocze.
Z lekka osłupiała wysiadam na swoim przystanku.  Z pasażerów, rzecz jasna, nie reaguje nikt. 

sobota, 14 lipca 2018

Ja NIE pisać biografii.

Dzień dobry, cześć i czołem!
Przyznam się uczciwie, że myślałam, że już nigdy tu nie wrócę. Po powrocie MGIP w naszym życiu zaczęły się takie zawirowania i trąby powietrzne, że kolejna reaktywacja bloga spadła gdzieś w okolice końca list moich potrzeb. Im dłużej trwała bezczynność, tym trudniej było mi zabrać się do jakiejkolwiek roboty, aż w końcu uznałam, że po prostu zachowam to miejsce dla kilku opowieści które udało mi się stworzyć.
Niestety nie byłabym sobą, gdyby dziwne rzeczy przestały mi się przytrafiać tylko dlatego, że grzecznie zmieniłam: a) stan cywilny (Moja Gładka Inaczej Połowa jest już Moją Ślubną Połową); b) miejsce zamieszkania (najbliższą moją sąsiadką została niejaka Katedra); c) warunki pracy i płacy (niestety niewiele).
Na początku czerwca miałam więc wypadek. Podczas Ligi Narodów Polska - Niemcy, a w zasadzie tuż przed meczem zeszłam bezpiecznie po wysokich, stromych schodach Atlas Areny i kierując się stronę swego sektora stanęłam tak, że lewa stopa formalnie podwinęła mi się pod spód. I, jak łatwo zgadnąć - złamała się. Sprawnie opatrzona przez miejscowych ratowników oczywiście obejrzałam sobie mecz, następnie doskakałam na jednej nodze do samochodu zwanego Biedronką, odsiedziałam jeszcze przepisowe dwie godziny na SORze i wróciłam do domu zaopatrzona w gipsową bułę na nodze, kule babci MŚP i zwolnienie na miesiąc.
Jako że nawet o kulach mogę co najwyżej kicać na zdrowej nodze - zostałam uziemiona w łóżku. Na uziemienie i jego piekielną nudę lekarstwem zaś najlepszym są kilometry seriali (równolegle Netfilix i starożytne "Without a trace", polecam) i czytanie. A jako żem biedna i obłożna zażyczyłam sobie od Ryśka dostarczenia wielokrotnie odwlekanego "Jamesa Hetfielda. Człowieka z metalu" Marka Eglintona.
Warto w tym momencie, jak sądzę, przyznać się ponownie - Metallicę kocham i czczę, choć nie bezkrytycznie, od jakichś 30 lat, wychowałam się na ich wczesnych albumach, dojrzewałam z tymi późniejszymi, niektóre puszczałam małemu Ryśkowi zamiast kołysanek, a teksty Hetfielda z "Ride the lightning", "Master of puppets" i "...And justice for all" przetłumaczyłam w czasach szkolnych chyba wszystkie, nieźle dzięki temu opanowując język angielski. Publikacji poświęconych Metallice przeczytałam chyba większość dostępnych po polsku, część mam na własność, na czele z "Metallica. Bez przebaczenia" Joela McIvera, wspaniałą biografią całego zespołu. A do tego mam naprawdę dobrą pamięć do szczegółów.
Kiedy tylko Rysiek dostarczył zamówioną pozycję zauważyłam, ze Pan Autor dodał do swojej książki podtytuł "szczegółowa biografia". Z radością zaczęłam sobie wyobrażać tą ucztę - Papa Het taki skryty i nie wynoszący nic do mediów, i nagle szczegółowa biografia, no to ja się wreszcie dowiem a dowiem...
Otóż nie.
Książka sprzedawana jest w formie ofoliowanej. Tak jakby wydawnictwo chciało uniemożliwić czytającemu zajrzenie do wnętrza i przekonania się, cóż tam jest - a raczej czego nie ma. Bo szczegółowej biografii nie ma tam na pewno.
Początek jest nawet niezły, i to jedyna część, którą mogę z czystym sumieniem pochwalić. Krótki portrecik pryszczatego, małomównego, pochłoniętego muzyka i ostro pijącego Jamesa w wieku lat nastu jest czymś nowym, a wyjaśnienie historii związków jego rodziny z pewna chrześcijańska sektą kompletne i dające bardzo satysfakcjonujący wgląd w ta mroczniejsza stronę jego natury. Natomiast opisy jego młodzieńczych przyjaźni pokazują z kolei Jamesa towarzyskiego i lojalnego, co tez jest dla jego charakterystyki ważne.
Ale im dalej, tym gorzej. 
Zacznę może od tego, ze Pan Autor wprost nazywa się wielkim fanem Metallicy i chwali, ze należy do ścisłego grona najwierniejszych, do tego stopnia, ze w latach 90 - tych był na przynajmniej jedynym tajnym koncercie zespołu. Świetnie. Gratulki, Panie Autorze. To jakim cudem tak wielki fan robi tak proste błędy merytoryczne w historii swojego zespołu?
Pan Autor twierdzi, ze Lars Ulrich, podobnie jak James, urodził się latem 1963. Otóż nie - urodził się w grudniu. Tekst Whiskey In The Jar przypisuje Thin Lizzy - otóż nie, to irlandzka piosenka ludowa, jedynie zaadaptowana przez Thin Lizzy. Autorstwem utworu Stone Cold Crazy obdarza zaś zespół Motorhead. Otóż.... Uszanuję Wasza  inteligencję i nic więcej nie powiem. 
Te błędy - na szczęście - wyłapał pan Robert Filipowski, tłumacz tego wątpliwego dzieła. Mam nadzieję, ze został za swoja syzyfowa pracę odpowiednio wynagrodzony...
Niestety, pozostały jeszcze błędy których pan Robert nie wyłapał. Pierwszy to nazwanie Jamesa kompozytorem utworów Metallicy. Owszem, przykładał zdolne łapki do tej muzyki - ale jedynie jako współkompozytor. Muzyka, przynajmniej przez pierwsze cztery albumy, jest opisana jako dzieło całego zespołu, i o ile Pan Autor nie ma jakichś tajnych danych dostępnych jedynie dla prawdziwych fanów - tak powinna być traktowana. James Hetfield jest natomiast wyłącznym autorem 99% teksów zespołu, w tym wszystkich na pierwszych czterech albumach, a o tym wzmianki w jego szczegółowej biografii już nie ma. 
Drugi ze znalezionych przeze mnie błędów to już większa kontrowersja. Otóż Pan Autor przypisuje znaczenie tatuażu na ramieniu Jamesa przedstawiającego płonące karty do gry z podpisem "Carpe Diem" upamiętnieniu wypadku na koncercie w Kanadzie kiedy to właściciel ramienia został poparzony źle przygotowana pirotechnika. Tymczasem wspomniany przeze mnie Joel McIver w "Bez Przebaczenia" ten sam tatuaż wyjaśnia faktem, ze w wieczór przed śmiercią Cliffa Burtona w wypadku autokarowym James przegrał do niego w karty miejsce, na którym Cliff zginał. Lub wygrał miejsce na którym sam spał, wybaczcie, czytałam dawno i szczegóły mi się nieco zatarły. Kto ma rację? Wersja McIvera przemawia do mnie mocnej, choćby dlatego, ze to James jest głównym opiekunem pamięć Cliffa wśród fanów, a tak bezpośredni związek z jego śmiercią byłby dobrym powodem po temu. Oraz - last but not least - McIvera nie złapałam na żadnym błędzie merytorycznym. 
Pozostałe zarzuty to już w zasadzie tylko drobiazgi, w porównaniu z powyższymi. Na przykład: po co informować fanów, który album Metallicy ukazał się równo z którym albumem Celine Dion, skoro połowa fanów tej pierwszej pewnie nie ma zielonego pojęcia o istnieniu tej drugiej?
Mnie, jako fankę Jamesa drażni zwłaszcza uparte nazywanie go przez Pana Autora geniuszem. Really, queen? Geniusz, jak dla mnie, to Jimi Hendrix, Bob Marley, czy choćby David Bowie. Ktoś kto stworzył dzieła wiekopomne, inspirujące następne pokolenia. James jest tylko i aż niezwykle utalentowanym muzykiem obdarzonym wielka charyzma. Zdarzają mu się błędy, jak każdemu - na przykład St. Anger czy niesławne Lulu. Pan Autor również te błędy widzi. Spora część książki to  - zamiast szczegółowej biografii - szczegółowa recenzja kolejnych płyt, z rozbiciem na utwory oczywiście. Wychodzi z nich wyraźnie, ze Pan Autor należy do frakcji "Metallica skończyła się na Kill'em All", bo w zasadzie żadna z późniejszych niż 1991 rok płyt nie znajduje w jego oczach uznania, a ilość jadu wylewanego na co kiepściejsze kawałki jakoś mi się kłóci z jednoczesnym upartym wmawianiem czytelnikom, ze ich autor to geniusz. 
Oprócz wspomnianych recenzji mamy jeszcze dość dokładne kalendarium dat i osób związanych z zespołem. O życiu prywatnym jego frontmana - kiedy się ożenił i z kim (McIver pisze o jego żonie ze trzy razy więcej) oraz kiedy przyszły na świat jego dzieci i jak dostały na imiona. To wszystko. W szczegółowej biografii. 
Na zakończenie wydania polskiego mamy trzy dodatkowe rozdziały napisane przez pana Pawła Brzykcego, które dociągają historię do ostatniego albumu Hardwired... To self - destruct. Z tych trzech rozdziałów łypie do nas sympatycznie o wiele więcej historii o Jamesie niż z 17 poprzednich oryginalnego Pana Autora. I to, myślę, najlepiej świadczy o poziomie, czy raczej braku takiego w wypadku "Jamesa Hetfielda. Człowieka z metalu".

PS W trakcie tworzenia powyższego tekstu dziwne rzeczy nie przestały się przytrafiać. Po pierwsze - uzyskawszy po kolejnej kontroli zgodę na zamianę gipsu na ortezę z radości poszłam się wykąpać. A w wannie, stanąwszy na palcach lewej nogi usłyszałam chrrrrrup... I dorobiłam się kolejnego złamania, tej samej nogi w tym samym miejscu. Stad nadal pozdrawiam Was z mojego łóżeczka w widokiem na przeciwległy blok, z noga oparta na poduszce z meduza meldując, ze zrastam się wolno, a końca zwolnienia na razie nie widać. 
A potem mój dzielny laptop doszedł do wniosku, ze już mu się nie chce i klawiatura zaczęła czynić psoty. Permanentnie przebywa w stanie Caps Lock, do normalności powraca jedynie incydentalnie, a do tego polskie znaki raz sobie życzy posiadać, a raz omija wzgardliwie. Więc jeśli brak tu jakiś ogonków to uprzejmie przepraszam, ale na razie tak  niestety zostanie.
A na końcu wyłamałam sobie ostatnią posiadana protezę zębowa, więc witaj zdrowa dieto z jogurtów i bananów...


niedziela, 30 kwietnia 2017

Anatomia człowieka

Wybaczcie.
Dopiero po fakcie ogarnęłam, że pisząc w notce tłustoczwartkowej o cyklu "Mała literówka a cieszy" napisałam o czymś, co istniało zupełnie gdzie indziej, w innej epoce mojego internetu. 
Dlatego pozwolę sobie przypomnieć dwa pierwsze przypadki z serii, a po trzeci, aktualny - odsyłam tu. 
 
1)  
Opowiadanie grozy pióra samego Mistrza: "Amy spróbowała otworzyć drzwi. Okazało się, że nie są zamknięte. Weszła do środka i otworzyła suta, żeby zawołać Morta..."

"Czwarta po północy", Stephen King, wyd. Zysk i s-ka 2003, str. 395, wiersz drugi od góry.

2)
Fragment protokołu sekcji zwłok: "... rozległe pęknięcia sklepienia i podstawy czaszki, krwotoki między i podogonowe..."
"Kontrowersje wokół seryjnych morderców na przykładzie Zdzisława Marchwickiego", Małgorzata Piwowarczyk, wyd. Prometeusz 2010, str. 105, czwarty wiersz od dołu.
 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Od planespotterów mnie zachowaj, z wrogami poradzę sobie sama

Moja niechęć do członków zorganizowanych grup obserwujących samoloty i robiących im zdjęcia datuje się jeszcze z czasów mieszkania w Warszawie i posiadania dostępu do portu lotniczego z normalnym ruchem. Wtedy bardzo okropnie chciałam do nich należeć, ale że rekrutacja była non stop zamknięta, rzecz jasna nie mogłam. Zaczęłam więc patrzeć na nich trochę (bardzo) krytyczniej i wręcz wypatrywać różnych drobnych incydentów, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że planespotterzy są przekonani, że o samolotach wiedzą wszystko, tymczasem wiedzą guzik. Taki z czterema dziurkami. 
Najdobitniejszym przykładem z tamtych czasów pozostaje historia lądowania pewnego Jumbo Jeta.
Otóż, wbrew pozorom, B747 Jumbo Jet wcale nie pojawiają się na Okęciu regularnie. Lot nie ma ich na wyposażeniu, a linie które mają przeznaczają głównie na przeloty transkontynentalne, i w najbliższym oceanu hubie przerzucają pasażerów na mniejsze maszyny. Wyjątkiem jest El - Al który w okolicy rocznicy powstania w gettcie warszawskim zawsze przysyła Jumbo Jetami dwa lub trzy czartery. Poza kwietniowymi El - Alami każda operacja Jumbo jest szeroko zapowiadaną atrakcją i gromadzi zwykle sporą grupę samolotolubów. 
A co dopiero nocne lądowanie. Takie właśnie miało nastąpić pewnego pamiętnego maja, i to, o ile dobrze pamiętam, po 23:00. Mieć z tego zdjęcia byłoby cudnie!
Przyjechaliśmy wcześniej, na górkę przy ul Wirażowej gdzie zastaliśmy już sporą grupkę - w tym kilku panów w odblaskowych kamizelkach Warsaw Spotters przy rozstawionych na statywach aparatach i z jakimś czymś do nasłuchu na wieżę.
Siedzimy sobie, kurzę papieroska, samoloty ślicznie lądują na 15, znad Lasu Kabackiego. Jest około 5 minut po planowanej godzinie przylotu Jumbo, kiedy pojawiają się kolejne światła, tym razem jakby większe i szerzej rozstawione. Szturcham więc Ryśka łokciem że chyba jest, i zaczynam szykować moją mizerną Minoltę. Rysiek, ucieszony, podskakuje do płotu, panowie spotterzy czują się w więc w obowiązku uspokoić nieletnią tłumacząc, że to na pewno nie 747, to lotowski czarter z Londynu Heathrow, przed chwilą się zgłaszał do wieży. 
No może i lotowski, ale te światła takie duże... I jakby dwa silniki pod skrzydłem się rysują... No to myk, do płotu, i wzdech z zachwytu jak ślicznie, majestatycznie i cichutko sobie nasz 747 właśnie usiadł. A ponowie spotterzy, z klasyczną wojskową kurwą waszą macią na ustach pogalopowali do swoich grubych tysięcy w sprzęcie fotograficznym. 
Nie wiem, czy zdążyli zrobić jakiekolwiek zdjęcie. Ja całkiem sporo. Jakość ujemna, ale emocje cudowne. I od tamtego wieczoru zaczęłam powtarzać, że ja nie jestem spotterem tylko miłośnikiem awiacji. Bo spotter musi, a miłośnik co najwyżej może...
Niedawno znów wyrwałam się na wywczas do stolicy, a czując wielki już głód lotniskowego ruchu zaplanowałam również chwilę (czytaj: trzy godziny) na posiedzenie na ulubionym tarasie widokowym Portu Lotniczego im. F. Chopina. Atrakcją miał być start Boeinga 777 Emirates Airlines do Dubaiu - i był, a że opóźniony o prawie 2 godziny to już urok transkontynentalnych startów. Oczekiwanie miało jednakże dwa zasadnicze, dobitne minusy: dwóch wannabe spotterów.
Młodzieńcy - mniejszy jakieś 10 - 12 lat, większy jakieś 12 - 13 szaleli po całym tarasie pod znudzoną opieką taty większego. Większy był chyba zresztą szefem tego duetu, bo z rzadka tylko robiąc przerwy na oddech wciąż nauczał młodszego jak skutecznie kochać samoloty, i jak bardzo kocha je on sam. Fakt, że obaj mieli na komórkach odpalone liveatc.net i żaden z nich nie używał słuchawek był doprawdy najmniejszym problemem - super że młodzież zna tą przydatną stronę. Problemem były kocopoły plecione przez starszego - i fakt, że nijak nie dawało się ich nie słuchać, tak głośno terkotał.
Między innymi dowiedziałam się że :
- bardzo chce zostać pilotem, a jak się nie uda zostać pilotem to nie, nie chce być stewardem, chciałby zostać szefem personelu...
(Fakt, że nie da się zostać szefem personelu nie zdobywszy najpierw wymaganego nalotu i potrzebnych uprawnień stewardów niższych szczebli zapewne złamie mu karierę)
- ten samolot co to wystartował już zaraz przełączy się na aprocz i od startu będzie rozmawiał już z aproczem...
(Na approach, zwany też zbliżaniem, samoloty przełączają się po osiągnięciu pierwszego korytarza przelotowego, ponieważ po starcie piloci są zajęci wchodzeniem na pułap i trzymaniem kursu oraz gadaniem z wieżą, nikt nie ma głowy do zmiany częstotliwości i przełączania się na kolejnego kontrolera. Niby podział obowiązków wieża/zbliżanie/obszar wydaje się elementarzem każdego słuchacza liveatc. A tu nie...)
Zaś kiedy 777 wreszcie ruszył do kołowania większy z młodzieńców zaniósł się radosnym wrzaskiem: 
- Słyszałeś? Powiedział "Dzień dobry Emirates 001"! Polak go pilotuje, powiedział "Dzień dobry Emirates 001"!!!
Obawiam się, że gdybym wtedy nie założyła słuchawek próba wytłumaczenia młodzieńcowi iż: po pierwsze to "Dzień dobry Emirates oo1" mogła powiedzieć co najwyżej wieża Okęcia do samolotu, po tym jak grzecznie powitał ją "Good afternoon Okęcie Tower" - w komunikacie wskazuje się jego adresata a nie identyfikuje siebie - a po drugie żeby nie robił hecy bo powitanie w języku kraju na którego lotnisku jesteśmy jest standardem savoire vivre'u wśród pilotów, i "Dzień dobry Okęcie Tower" od arabskiego kapitana też by niezwykłe nie było  - mogłoby się skończyć naprawdę źle...
Nowe pokolenie Warsaw Spootters dorasta i jest gotowe napsuć krwi każdemu samolotolubowi!

 

czwartek, 30 marca 2017

Co wymiar sprawiedliwości nosi pod togami...

Pomykając radośnie o paskarskiej porze do pracy mojej ulubionej nabrałam zwyczaju zaglądania do sąsiadującej z pracą Biedronki, coby nabyć ciasteczko marki Kruszynka i coś do popicia. Podobne poranne zwyczaje kultywuje mniej więcej połowa naszego sądu, tylko przysmaczki wybierają sobie najróżniejsze, a nierzadko o 7:20 robią pełen kosz zakupów na cały dzień.
Niemniej jak dotąd spotykałam w Biedzie tylko towarzystwo urzędnicze, sędziowie najwyraźniej gdzie indziej zaopatrywali się w przysmaki. 
Do ostatniej środy.
W środę otóż oczęta me zaspane ujrzały w kolejce do sąsiedniej kasy dwóch sędziów z naszego wydziału. Obaj odstrzeleni w fajne garnitury i zagadani ze sobą po pachy. Zapewne na tematy służbowe, zapewne sędzia nr 1 (z amarantową chusteczką w kieszonce i soczkiem marchewkowym w dłoni) wygłosił coś wyjątkowo kontrowersyjnego, bo sędzia nr 2 (w trzyczęściowym garniturze i okrągłych okularkach) zaczął mu wygrażać trzymanym w dłoni żółciutkim bananem. 
Okej, kupując banany i soczki marchwiowe w Biedzie nie byli podpisani urzędem sędziowskim, ot dwóch niebrzydkich facetów w niezłych wdziankach zadyskutowało się o poranku z użyciem owoca. Za to pani prokurator, która tej samej środy stawiła się na naszej sesji miała już na sobie togę z czerwonym kołnierzem.
Prokurator owa, drobna dziewczyna z solenną blond grzywką weszła na salę, usiadła na swoim miejscu i zaczęła rozpakowywać dużą, płócienną torbę w której przyniosła sobie akta, notatnik, pisaki... I tajemnicze, zielonkawe coś, co znienacka z torby jej wyskoczyło i potoczyło się na środek sali.
 - Ups. Lizaczek  - Oświadczyła prokurator pogodnie, podkasawszy togę zanurkowała po zielonego chupa - chupsa i z przepraszającym uśmiechem wrzuciła go z powrotem do torby.
To była miła środa. 
 

niedziela, 19 marca 2017

Tłusty czwartek

Z przyjemnością powracam do mini - cyklu "Mała literówka a cieszy", bo znalazłam perełeczkę prawdziwą, którą żal by się było nie podzielić!
Otóż dorwałam ostatnio w drżące z emocji łapki biografię Stanisława Grzesiuka (którego uwielbiam). Rzecz obszerna, wydana pięknie, napisana wyjątkowo starannie, i myślę że Grzesiuk uznałby ją za całkiem klawą. 
Autor we właściwym momencie dociera do kwestii pobytu Grzesiuka w obozach koncentracyjnych. Jak wiemy Stanisław sam napisał o tym wspomnieniową książkę, jego "Pięć lat kacetu" było niezwykle udanym debiutem literackim, a do dziś jest jednym z kanonicznych dzieł literatury obozowej. Aby odnieść się do kwestii homoseksualizmu wśród więźniów obozów biograf zamieszcza sążnisty cytat z rzeczonych "Pięciu lat kacetu"  - niestety, niezbyt wierny:

"Zagadnienie pederastii przybrało na sile w okresie pączkowym. Przybyło wielu prominentów pączkowych, więc ci również zaczęli szukać dla siebie rozrywki".

Dla nieznających "Pięciu lat" - chodzi o paczki żywnościowe, które po 1942 roku można było przesyłać do obozów.

Bartosz Janiszewski "Grzesiuk. Król życia" wyd. Prószyński i Ska, 2017 - str 187, wiersz 5 od góry.

niedziela, 8 stycznia 2017

Poniedziałek

W tamten grudniowy poniedziałek jechałam z domu na Atlas Arenę, na mecz ulubionych Budowlanych, zwanych też Kluskami. Zwykle jadę tramwajem, a pod Dworcem Kaliskim przesiadam się na jeden przystanek na autobus. Zwykle dojeżdżam też na ostatnią chwilę, ale w tamten poniedziałek, akurat wyjątkowo, udało mi się wyjść z domu na tyle wcześnie, że pod Dworcem miałam całkiem bezpieczny zapas czasu. Postanowiłam wykorzystać go z pożytkiem, i jako że telefon sygnalizował obecność ciekawych Pokemonów pod dworcem - ruszyłam w tamtą stronę coby drani nałapać. Nałapawszy, cała zadowolona, wróciłam na przystanek - i już wychodząc zza kiosku zobaczyłam, że przed przystankiem stoi samochód, na jezdni ktoś leży, a w okół kręci się kilka osób, na pierwszy rzut oka widocznie zdenerwowanych.
Podeszłam. Na nieco miękkich nogach. Stojący samochód okazał się nie mieć połowy przedniej szyby a leżącą osobą okazała się ciemnowłosa kobieta z lewą stopą odkręconą o 180 stopni względem anatomicznego położenia. Wypadek.
Na pewno jakaś część mojego mózgu  na chwilę po prostu się zatrzymała. Niedowierzanie, zdziwienie, może nawet jakiś lekki szok. Druga część, ta malutka i uparta zaczęła jednak momentalnie odwijać z zakurzonego zwoju skrypt do zajęć z zabezpieczenia miejsca zdarzenia jakie prowadziłam przecież dość często w Mińsku. A za drugą częścią  mózgu ruszyły nogi. 
Wlazłam w sam środek, uklękłam przy kobiecie podkładając jej pod głowę kłębek z mojej czapy, rękawiczek i chusty. Zapytałam czy pogotowie zawiadomione, kazałam wezwać policję, zapytałam co się stało, wysłałam chłopaka żeby odganiał jadące tym pasem samochody, histeryzującej pani w płaszczu która na własne oczy widziała jak dziewczyna szła po pasach a wariat zgarnął ją na maskę nie próbowałam nawet tłumaczyć, ze facet nie jest wariatem skoro zatrzymał się i grzecznie czeka na służby tylko kazałam zaczekać również, tyle że na przystanku, w bezpiecznej odległości.
O dziwo - posłuchali. 
I na to wszystko zza moich pleców rozległ się wysoki od nerwów głos Ryśka, który też przecież na mecz jechał i tu się miał przesiadać: "Mama, co się dzieje, coś trzeba pomóc?". Kiedy nie odwracając się odparłam że nie, under contcrol, czekamy na służby, może jechać na halę - też o dziwo posłuchała. 
Dziewczyna odzyskała przytomność i zaczęła pytać, co się stało. Doskoczył do niej jeden z kręcących się chłopaków, niemal biały blondyn, ten sam który wzywał pogotowie. Kazał jej poruszyć głową, uścisną się za rękę, poruszyć zdrową stopą - jest dobrze, kręgosłup cały. 
Jakoś po chwili nadjechała policja, zapytali co się stało, kazali nam z jej pilnować - no to pilnujemy. Zaczęłam ją wypytywać o dane personalne, adres, gdzie mieszka, co tu robiła, kogo zawiadomić - podała telefon rodziców, blondyn zadzwonił.  Ja w tym czasie wciąż pytałam, zmuszałam ją go mówienia. Co kilkanaście sekund, z monotonną regularnością dziewczyna zapętlała się "Ale co się stało? Miałam wypadek? Przecież ja przechodziłam na zielonym? Jak to możliwe?", za każdym razem używając niemal tych samych słów. 
W końcu nadjechało i pogotowie. Rozcięli jej spodnie,ustabilizowali nogę, założyli kołnierz, pozwolili sobie pomóc i przytrzymać jej głowę przy przenoszeniu na deskę. Zapakowałam jej jeszcze do torby okulary - całe - i miękki , szary szal który chłopcy znaleźli na miejscu wypadku, życzyłam zdrowia czego pewnie nie zrozumiała nawet, i dopiero kiedy karetka ruszyła zaczęły mi się trząść ręce. 
Policjant poprosił mnie i blondyna, dostał personalia pokrzywdzonej, numery kontaktowe, i nasze dowody z informacją, że nic nie widzieliśmy, bo blondyn stał plecami do jezdni a ja przyszłam po wypadku.
A potem nam podziękował. Tak po prostu.
I wiecie co? Ja wiem, że naprawdę zasłużyliśmy na te podziękowania. 
Nie, nie uratowaliśmy dziewczynie życia. Ale jednak pomogliśmy je ratować. Nie pozwalając jej na ponowną utratę przytomności czy panikę. Nie pozwalając ciekawskim gapiom na zadeptanie jej. Ustalając przed przyjazdem policji większość potrzebnych danych.  
To właśnie o tym uczyłam w Mińsku - że najważniejsze jest objąć kontrolę nad sytuacją i minimalizować straty. 
Acz kiedy dojechałam wreszcie na halę, zdjęłam rękawiczki żeby przywitać się z kolegami i zobaczyłam krew dziewczyny na swoich rękach - zrobiło mi się słabo.
Budowlane, dziękuję, wygrały.
A Tobie, Kasia, w Nowym Roku szybkiego powrotu do zdrowia i skutecznej rehabilitacji!

niedziela, 1 stycznia 2017

Przepis na Sylwestra...

... może nie najlepszego na świecie, ale na pewno jednego z fajniejszych:
1. Od miesiąca marudź, że na pierwszy Sylwester po odzyskaniu MGIP najchętniej rzuciłabyś wszystko i wyjechała w Bieszczady;
2. Zgłoś się na ochotnika do służbowego dyżuru w Nowy Rok, co jakikolwiek wyjazd skutecznie uniemożliwi;
3. Ulegnij chlipaniu Przyjaciółki że pokłóciła się z Fagasem szlag jej trafił plany Sylwestrowe, i obiecaj że zaplanujecie coś razem;
4. Zlekceważ temat, zajmij się swoim życiem, zostaw wszystkie knowania na głowie Przyjaciółki;
5. Na tydzień przed Sylwestrem daj się zaskoczyć informacją że pogodziła się z Fagasem i Sylwestra spędzicie tak jak chciałaś przy planszówkach - ale wspólnie i u niego;
6. Wścieknij się solidnie i przy każdej okazji opowiadaj MGIP dlaczego nie trawisz Fagasa Przyjaciółki;
7. W Sylwestra śpij do południa a następnie weź się za porządki w domu, no bo Jaskinia zarosła a w Nowy Rok chcecie wrócić do przytulnego gniazdka;
8. Ponieważ Fagasa nadal nie cierpisz więc na gościnę u niego musisz być przygotowana na tip top - po zakończeniu porządków stań przy kuchni i dopieszczaj jedną sałatkę i jedno ciasto niczym na przyjęcie u Elżbiety II;
9. Po zakończeniu przygotowań kuchennych poweźmij męskie postanowienie że nie wyjdziesz z domu dopóki nie obejrzysz horroru;
10. Załóż słuchawki, włącz "Blair Witch" i przez następne półtorej godziny warcz na MGIP że im dłużej będzie ci przerywał, tym później wyjdziecie;
11. Obejrzawszy swój horror przygotuj się do wyjścia w 20 minut - łącznie z pełnym makijażem typu smokey eye i położeniem farbek w sprayu na włosy;
12. Po przybyciu na miejsce zaurocz się akwarium Fagasa;
13. Dużym nakładem sił i środków powstrzymaj się od wytłumaczenia mu, że alkoholowy Chińczyk i "Magia i Miecz" to NIE SĄ takie same planszówki;
14. Zaurocz się  idealnie przygotowanym przez Fagasa stołem z przekąskami i ciekawym alkoholem;
15. Razem z MGIP wyłóżcie zwięźle zasady "Magii i Miecza" i zaurocz się wielkimi uśmiechami Przyjaciółki i Fagasa którzy już, natychmiast chcą zacząć grać;
16. Spędźcie cały wieczór przy "Magii i Mieczu" zaśmiewając się do rozpuku, klimacąc i bawiąc w najlepsze;
17.  W ostatniej chwili oderwijcie się od planszy żeby jechać na pokaz fajerwerków;
18. W drodze na przystanek i w nocnym zaśmiewajcie się dalej z MGIP i Fagasa ratujących butelkę domowego wina z której wysadził się korek;
19. Podczas pięknego pokazu wypijcie wspólnie półtora litra musującej Kadarki a następnie szczerze się uściskajcie i rozejdźcie do własnych domów;
20. Po raz kolejny, tym razem w ramach postanowienia noworocznego, napisz sobie na czole: NIE BĘDĘ OCENIAĆ LUDZI NA PODSTAWIE PIERWSZEGO WRAŻENIA!

Moim miłym czytelnikom w 2017 roku chciałabym z tego miejsca życzyć:

 

środa, 23 listopada 2016

A pan mecenas drzwiami? Niezapominajka

Tym razem o biegłych sądowych. Historia - ku mojemu przerażeniu - najzupełniej prawdziwa.
Jest sobie pani psycholog. Pani psycholog zbliża się do czterdziestki, przygotowanie zawodowe ma bardzo bogate - certyfikaty pokończonych przez nią szkoleń zajmują kilka przewinięć ekranu na ładnie zaprojektowanej stronie jej własnego gabinetu. I pani psycholog, w ramach dalszego poszerzania kwalifikacji, dwa lata temu postanowiła zostać biegłą sądową.
Zapewne od ręki nią została, na psychologów zawsze jest popyt. Z racji tego, że nasz wydział dorobił się już własnego grona stale współpracujących biegłych - kogoś nieznajomego powołuje się tylko wtedy, kiedy ktoś z tego grona nie jest dostępny. No i po dłuższym oczekiwaniu wreszcie trafiła się taka sprawa, do której pierwszy raz powołaliśmy ową psycholog.
Sprawa akurat z mojego referatu, więc na własne oczy oglądałam reakcję sędziego kiedy dostał od niej wszechstronną, pełną opinię, z oddzielnym omówieniem każdego zastosowanego testu i jego wyników, z kilkoma stronami szczegółowych wniosków - perełkę po prostu. Wzorzec z Serves opinii sądowo - psychologicznych, w pełni uzasadniający wzbudzony zachwyt. Huk z tym, że rachunek za to cudo był lekko licząc dwa razy wyższy niż za standardową opinię, Skarb Państwa zapłacił, sędzia nowo odkrytą biegłą uczuciem obdarzył i postanowił powoływać częściej.
No i powołał. Przesłaliśmy akta, sprawa szczupła - ot, zwykłe naruszenie czynności ciała połączone z groźbami. Biegły konieczny bo pan miał historię leczenia psychiatrycznego. Równie szczupłą jak akta, nawet nie spojrzałam na nią szczerze mówiąc.
A tu pani pani biegła, po otrzymaniu akt - zadzwoniła do nas. Trafiła na kumpla, kumpel po odbyciu rozmowy przyszedł do mnie w ciężkim stuporze. Ponieważ pani psycholog powiedziała mu że:
- ona boi się oskarżonego;
- dodatkowo boi się o dzieci, które będą obecne podczas badania;
- w związku z tym żąda doprowadzenia oskarżonego przez policję i obecności policjanta przy badaniu;
- a jeśli nie, to ewentualnie może być dwóch ochroniarzy z agencji która ochrania poradnię w której będzie badanie, ale wtedy sąd musi za nich zapłacić.
Na takie dictum w stupor popadł dokładnie cały sekretariat. Strasznie ciężko zmieścić w prostej, urzędniczej główce że wykształcony, wyszkolony psycholog, biegły sądowy - chce prowadzić badanie oskarżonego w sprawie karnej w obecności osób trzecich, w tym dzieci.
Okazało się, że równie ciężko zmieścić to w wykształconej i wyszkolonej głowie sędziego. To że pani nie zobaczy już na oczy żadnego postanowienia z naszego wydziału jest pewne. Nad tym, czy o jej zachciankach zostanie poinformowane Polskie Towarzystwo Psychologiczne - sąd jeszcze myśli,
Niestety nie da się bezinwazyjnie pogodzić funkcji biegłego sądowego z byciem błękitną, niewinną niezapominajką...

sobota, 19 listopada 2016

Paprykarz z moherem

Pojechaliśmy sobie na saunę. Wszyscy troje bardzo lubimy od czasu do czasu się porządnie ugrzać, ani Rysiek ani MGP nie mają problemów z wzajemną nagością, zawsze spędzamy super czas.
Mając już pewien staż saunowy wiemy, że często przychodzą tu pary. Potrzymają się chwilę za rączki, usiądą razem podczas naparzania, jedno drugiemu zrobi masaż plecków - rzuca się w oczy, jeśli dwie osoby spozierają na siebie nawzajem męsko - damskim wzrokiem. I nic więcej ponad spozieranie jak dotąd się nie rzuciło, gdyż pewne zasady zachowania na saunie są tak powszechne, że na ogół nie trzeba ich tłumaczyć.
No właśnie - na ogół.
Przy ostatniej naszej wizycie weszliśmy do rzymskiej sauny wypełnionej mnóstwem aromatycznej pary. Powiedzieliśmy grzeczne "dzień dobry" i usiedliśmy na ławeczce. Dopiero wtedy zauważyłam, że na ławeczce po drugiej stronie siedzi spory, łysy pan i drobna, czarnowłosa pani - na jego kolanach. Pan obejmował ją ciasno, gładząc po krągłym bioderku i... Cóż, naprawdę wyglądało to tak, jakby pieścił językiem jej szyję. Pani z wdzięcznym chichotem zarzuciła głową i donośnie pocałowała pana z mokrym mlaśnięciem. Ukontentowany pan wymierzył jej siarczystego klapsa i oddał pocałunek, jeszcze bardziej mokro i jeszcze głośniej. 
Rysiek usiadł do państwa plecami, ale ja i MGP popatrzyliśmy po sobie ze sporą konsternacją. MGP wzruszył w końcu ramionami i zamknął oczy, ale ja jakoś nie mogłam sobie znaleźć wygodnej pozycji żeby nie patrzeć na dłoń pana znów wędrującą w rejonie prawego biodra pani. Na szczęście nadeszło kilku kolejnych saunowiczów i państwo przerzucili się na szeptanie sobie na uszko i chichoty przerywane cmoknięciami. A my wyszliśmy.
Wyszliśmy zaś po to, żeby przechodząc koło okrągłego basenu z umieszczonymi po obwodzie dyszami zobaczyć leżącą w strumieniu bąbli panią, którą leżący obok partner leniwie gładził po obu pośladkach. 
I teraz z jednej strony czuję się konserwatywnie jak pół kilo paprykarzu i niemal moherowo, skoro zgorszyły mnie niewinne w sumie pieszczoty. I, szczerze mówiąc, nie jest to miłe uczucie.
A z drugiej strony... Nigdy nie chodziłam na saunę dla nagości, tylko dla relaksu i zdrowia, akceptując z dobrodziejstwem inwentarza że nagość jest do tego potrzebna. Dokładanie do tej nagości podtekstu seksualnego sprawia, że przestaję się czuć dobrze będąc nago w obecności dodających. I to też nie jest miłe.

Miłe natomiast bez wątpienia jest to, że portal Meduza przygotował dla czytelników playlistę z najnowszym albumem Metallicy, po rosyjsku zwanej czule Mietłą.
"Hardwired... To Self - Destruct" - indżojcie!



środa, 9 listopada 2016

And may the odds be ever in your favor...

Swego czasu nieprzytomnie rozśmieszył mnie internetowy żart:
"2015 - w Polsce wybory parlamentarne wygrywa PiS.
2016 - w USA wybory prezydenckie wygrywa Donald Trump.
2020 - Głodowe Igrzyska wygrywa mój Dystrykt!"

A potem dwa pierwsze zdania stały się prawdziwe...

Więc żeby nie wywnętrzać się na temat polityki (na której i tak się nie znam) - jak zwykle dam Wam czegoś posłuchać. 
Skoro "Hunger Games" to najoczywistsze, że Lorde. Jak pewnie wiecie pod tym pseudonimem kryje się nieprzeciętnie utalentowana, niezwykle oryginalna i młodziutka przy tym kiwi o słowiańsko - celtyckich korzeniach, która do trzeciej części filmu nagrała przebój "Yellow Filcker Beat". Ale ja nie o przebojach filmowych. Kiwi ta była bowiem wielką ulubienicą utraconego w tym zasyfionym 2016 pana Dawida Bowiego i została zaproszona do występu wraz z jego zespołem podczas Brit Awards. Wykonała cover "Life on Mars", i wykonała go w taki sposób, że pan Dawid na pewno się uśmiechnął. 
Zaczyna się 8:55. Uśmiechnijcie się i Wy:


środa, 2 listopada 2016

Zupełnie nowy szczyt...

... bezczelności.
Otóż moim drodzy - nasrać komuś na wycieraczkę, zadzwonić i poprosić o papier to od dziś już przereklamowany przeżytek!!!
Dzisiejsze popołudnie, centrum Pięknego Miasta, chwilowa przerwa w deszczu. Pakujemy się z Ryśkiem do tramwaju, całe zadowolone że podstawiła się cicha, wygodna i dość mało zaludniona Pesa. I nagle fala smrodu wgniata nas w głąb wagonu. Rzecz jasna - żul jedzie tramwajem więc tramwaj jedzie żulem. 
Żul jak żul - pińcet plus warstw odzieży i przedwieczna torba, śmierdząca niemal równie okropnie. Pakuje się całą swoją lepką od brudu osobą do wagonu, przepycha do młodej blondyny w czerwonej kurtce, nachyla ku niej - i niezbyt dyskretnym sznaps barytonem każe sobie ustąpić miejsca.
Dziewczę, prawdopodobnie oczadziałe od jego nachylenia się - wstaje i odchodzi w głąb wagonu.
Żul z zadowolonym stęknięciem zasadza zadek.
Młody chłopak zajmujący siedzenie przed nim również się zrywa i oddala, tym razem w stronę motorowego. 
Mama siedząca na równoległym podwójnym bierze swoje dziecię w wieku przedszkolnym na kolana i odsuwa się z nim do okna, nerwowym szeptem tłumacząc, że tu wcale nie śmierdzi, wydaje się dziecięciu.
Innych reakcji brak.
Tolerancja - okej, popieram. Bądźmy tolerancyjni.
Ale bez przesady...

sobota, 10 września 2016

Granice też mają swoje granice

Parę, w zasadzie to już paręnaście dni temu byliśmy na urodzinach znajomej. Nieduży pub w Śródmieściu Pięknego Miasta, dobre piwo, sympatyczna jubilatka - i tylko towarzystwo jakieś dziwnawe, każda osoba i innej parafii, małe grupki wzajemnej adoracji a jubilatka między nimi jako ten wolny elektron. 
Sytuacja nieco się zmieniła kiedy kolejny gość z kolejnej parafii zaproponował zsunięcie stolików, na co - o dziwo - reszta przystała. Skoro nad nagle skupionym towarzystwem powiało duchem integracji uznałam, że to już pora na kilka moim firmowych, makabrycznych opowiastek z sal sekcyjnych, sądowych i nie tylko. Opowiastki się spodobały, towarzystwo rozkręciło żywą dyskusję - i tylko ja znów poczułam się jak dyżurna specjalistka od okropności. Co prawda łączących pokolenia - ale zawsze okropności.
Nigdy w sumie nie myślałam, jak słuchacze odbierają moje historie - ot, jak to galiard żyję dla ich opowiadania. Nie ważne jak reagują, byleby błędów w nazwisku nie robili...
Ale nagle zaczęłam właśnie o tym myśleć. Jak ludzie postrzegają kobietę, która z upodobaniem zabawia ich historyjkami o zwłokach? Czy zastanawiają się, do czego jeszcze jest zdolna, gdzie ma jakieś granice tolerancji na okropności?
Chyba mogłabym na to odpowiedzieć.
Bo parę, w zasadzie to już paręnaście dni temu przekazałam Mały Sąd w dzielne łapki Martusi, spakowałam litrowy kubek i zapas herbat, po czym przeprowadziłam się z powrotem do wydziału karnego i dużego, popartyjnego budynku do którego rano idę na piechotę 9 minut z przejściem przez Żabkę i kupieniem energetyka. 
Dokładnie tego samego budynku (choć na szczęście innego wydziału) w którym ostatnio pan oskarżony o stalking zmęczony oczekiwaniem na rozprawę polał swoją ofiarę kwasem siarkowym. 
Niby już minęło, sąd żyje dalej, jedynie kontrolę przy wejściu wzmocnili - ale cień tej historii wisi nad wszystkimi.
Nade mną w tej postaci, że wydział w którym rzecz cała się wydarzyła to mój były, koszmarny wydział, a sędzia pod którego salą do tragedii doszło - to ta sama moja ulubienica co wiecznie "tą kiecę" gubiła. 
Nie, nie poszłam do nich się witać, nie jestem aż tak fałszywa. Kogo chciałam spotkać i tak spotkałam na budynku, i nie, nie wypytywałam o tamto, bo wypytywanie wydało mi się po prostu nie na miejscu... A zresztą mój osobisty nowy sędzia karny gdzieś między sprawami z pierwszej wspólnej wokandy rzucił uwagą, że oni się po tym zdarzeniu uważają za elitę naszego sądu i straszliwie zadzierają nosy. I znając ich - jakoś uwierzyłam, choć absurd zadzierania nosa z powodu tego, że śliczna dziewczyna leży w Siemianowicach z ciężkimi oparzeniami wciąż nie mieści mi się w psychice.
Podczas następnej zaś wokandy jako obrońca w jednej ze spraw stanęła babeczka, która była również obrońcą tamtego stalkera. Jako że najwyraźniej zna się dobrze i z moim sędzią, i z prokuratorem obecnym wtedy na sali - zaczęła opowiadać. 
A ja zaczęłam sobie wyobrażać co by było, gdybym to ja była protokolantem w tej sprawie. Jak bym zareagowała? Jak bym się czuła, gdyby to się wydarzyło pod moją salą rozpraw? Na oczach mojego sędziego? Czy w panice i amoku byłabym w stanie pamiętać, że kwasu nie zmywamy wodą która wzmocni jego działanie, tylko czymś zasadowym, na przykład wodą ze zwykłym mydłem?
Zapewne nie.
Ponieważ to jest właśnie moja granica. Wszystko co dzieje się ludzkim zwłokom jest barwną opowieścią umilającą czas. To co dzieje się człowiekowi - jest tragedią. Ale tragedią tego człowieka, nie moją - ja nie mam prawa o niej mówić. 


wtorek, 23 sierpnia 2016

Królowa jest tylko jedna. Duch też.

Z panią Katarzyną Bondą mam problem.
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, przeczytałam fenomenalne "Polskie Morderczynie" i bardzo dobrą "Zbrodnię Niedoskonałą" i zanotowałam sobie, że pani Bonda = warta czytania literatura faktu. Pierwsza z książek jest zbiorem reportaży o kobietach odsiadujących w polskich Zakładach Karnych wyroki za zabójstwo, druga to wywiad - rzeka z psychologiem profilującym i zwięzły poradnik tworzenia profili psychologicznych nieznanych sprawców przestępstw w jednym. Obie posiadam w pierwszym wydaniu, do obu wielokrotnie wracałam. 
A potem dowiedziałam się, że pani Katarzyna pisuje również powieści kryminalne. I aż mnie wzdrygnęło, bo oczywiście pisuje je cyklicznie, a głównym bohaterem cyklu jest nie kto inny, jak profiler. No szlag. Moda żywcem z amerykańskich seriali, profilerzy są wszędzie, nawet w cyklach kryminałów. Choć wedle mojej najlepszej wiedzy w Polsce wciąż jest ich raptem po kilku na komendę wojewódzką i nie, nadal nie prowadzą samodzielnych śledztw, jedynie pracują na materiałach śledczych. 
Jakoś też w tym samym czasie panią Bondę okrzyknięto (chyba zresztą nawet Zygmunt Miłoszewski, który wbrew modzie nadal pisuje o prokuratorze) "Królową Polskiego Kryminału" i znów mnie lekko cofło. Z pokolenia otóż jestem takiego, że dla mnie Królową Kryminału na zawsze pozostanie pani Irena Kuhn de domo Becker, i fakt jej wyjazdu do sanatorium w cholernej Szwajcarii w niczym mojego uwielbienia nie zmniejsza, zwłaszcza dla jej wczesnych powieści. Dzieła uzurpatorki solennie obiecałam sobie po wsze czasy omijać wzrokiem na półkach z książkami i nie przyjmować ich istnienia do wiadomości (z wyjątkiem dwóch wskazanych wcześniej).
Lata mijały, ja nie czytałam, pani Katarzyna pisała nadal. Teraz dla odmiany - o profilerce. Moje wewnętrzne "fuj" nadal miało się dobrze. Aż na fali zachwytów tzw. "Żołnierzami" Wyklętymi i ich wspaniałym, bojowym etosem wyrzynania w pień cywili, która co jakiś czas przetacza się lawinowo przez nasze media wpadł mi gdzieś w oko wywiad z panią Bondą. Wywiad obrazoburczy, bo mówiący wprost, że wychowała się na Podlasiu (obstawiam, że przodkowie skrócili nazwisko Bondarienko, pasowałoby) a jej babcia ze strony matki padła ofiarą tych właśnie tzw. "Żołnierzy". I że na Podlasiu te układy wciąż nie są takie proste, a tzw. "Żółnierze" gloryfikowani jakby nieco mniej, niż w reszcie kraju.
Pomyślałam sobie, że nawet jeśli to tylko chwyt marketingowy, to kobitka i tak ma cojones. I z sensem mówi, i ze zdrowym dystansem do historii własnej rodziny, co wcale nie bywa łatwe. I pomyślałam sobie, że jednak zapoznam się z jej twórczością, a konkretniej - z serią o profilerce, bo już wtedy hulały zapowiedzi, że akcję następnego tomu umieści w Pięknym Mieście, a mnie powieści o Pięknym Mieście wciąż za mało.
Obejrzałam najpierw w Empiku. Grubaśne to było, wydane porządnie, ale ceną relatywną do grubości nieco odstraszyło. Na szczęście pierwszy tom serii o profilerce - "Pochłaniacz" - nabyła właśnie Martusia, a że krótko potem rzuciła się w wir pornosów dla mamusiek - pożyczyłam.
Co swoje na stosiku "do przeczytania" biedny "Pochłaniacz" odleżał, nie powiem, chyba jakieś dwa miesiące. Głównie dlatego, że przeczytany od ręki wstęp mocno mnie zniechęcił prezentując główną bohaterkę jako klasyczną, opkową Mary Sue, co to wszystko umi, wszystkich zna, a każdy ją podziwia. W mym podstępnym mózgowiu zadźwięczało podejrzenie, że musi co to alter ego bohaterki, i do lektury zniechęciło. Zwłaszcza, że jakoś równolegle dorwałam w stęsknione łapska "Łaskę" Ani Kańtoch, którą to Anię Kańtoch wielbię i czczę, i sposób wprowadzenia głównej bohaterki tamtej powieści nieco mnie wstrząsnął i sprawił, że natychmiast chciałam czytać dalej. 
No ale w końcu tłuściutki "Pochłaniacz" doczekał się wyłączności na moją uwagę. I, po jego przeczytaniu - nadal z panią Katarzyną Bondą mam problem.
Główna bohaterka faktycznie jest Mary Sue. Nie aż tak ekstremalną, jak myślałam na początku, ale w ciągu siedmiu lat udaje jej się wyjść z alkoholizmu, skończyć studia doktoranckie, odchować córeczkę bez śladu FAS i oczywiście rozkochać w sobie swojego promotora i mentora. Pani Katarzyna próbuje walczyć, próbuje je rzucać kłody pod nogi, ale niestety na daremno - w końcu cała komenda poddaje się, olśniona jej geniuszem. Nie można przecież krzywdzić swojego alter ego...
Książka składa się z dwóch części - współczesnej i retrospekcji w której cofamy się o 20 lat. O ile do retrospekcji nie mam zastrzeżeń, a wręcz przeciwnie  - historia skłóconych ze sobą braci bliźniaków, dziewczyny z biednej, wielodzietnej rodziny i dwóch szukających kłopotów przyjaciół zainteresowała mnie, wciągnęła, i sama się jakoś przeczytała z dużą przyjemnością - o tyle współcześnie robi się gorzej.
Współcześnie bowiem główną zagadką kryminalną jest zabójstwo. Nie byle jakie - w lokalu zostają znalezione zwłoki zastrzelonego mężczyzny oraz ciężko postrzelonej kobiety, którą jedynie cudem i poświęceniem lekarzy udaje się uratować. Po odzyskaniu przytomności kobieta z całkowitą pewnością wskazuje, że strzeliła do niej pracownica, kilka dni wcześniej zwolniona pod zarzutem kradzieży. Sprawa toczy się na zasadzie słowo przeciwko słowu pomiędzy tymi dwoma kobietami.
Brzmi znajomo? Jeśli nie, już spieszę zaznajomić - jest to opis sprawy zabójstwa w butiku "Ultimo" przy ul. Nowy Świat w Warszawie, do którego doszło 16 grudnia 1997 roku. 
I dokładny opis głównej zagadki "Pochłaniacza" przy okazji,
Od zabójstwa do wydania książki minęło 17 lat i trzy procesy oskarżonej o nie byłej pracownicy. Jak widać za mało, skoro żyją jeszcze tacy maniacy jak ja, którzy potrafią rozpoznać niczym nie zamaskowane autentyczne morderstwo i skrzywić się z niesmakiem, że autorka zamiast własnego pomysłu serwuje czytelnikowi odgrzewanego placka. 
Owszem, w "Pochłaniaczu" zakończenie jest inne niż to ostatecznie przyjęte przez sąd. Ale na tyle inne, że mam nadzieję że nie przeczyta go ofiara z "Ultimo". I jednocześnie na tyle inne żeby krzyknąć radośnie "Tak mnie pisz!". Bo zakończenie z "Pochłaniacza" jest zaskakujące, perfidne i bardzo prawdziwe. I naprawdę żałuję, że nie zamyka intrygi opartej na przykład na użyciu noża w mieszkaniu i osobie sąsiadki, a tylko spraną kalkę autentycznego, ludzkiego dramatu.
"Ultimo" nie jest zresztą jedynym zapożyczeniem z pitavala polskiego XX w. Z retrospekcji bohaterki dowiadujemy się, że jak na prawdziwą Mary Sue przystało pracowała jako policjantka "pod przykryciem" wcielając się w studentkę sztuki pomagając w poszukiwaniach naśladowcy Czerwonego Pająka.
Już spieszę zaznajomić. Lucjan Staniak, któremu media nadały przydomek Czerwony Pająk ponieważ przysyłał do prasy listy złożone z cieniutkich liter pisanych czerwoną farbą, był członkiem krakowskiego klubu amatorów malarstwa, twórcą niepokojących obrazów z czerwonymi kwiatami rozkwitającymi na rozkawałkowanych zwłokach i seryjnym mordercą. Działał na terenie całej Polski w latach 50, mordując w dni świąt państwowych młode dziewczęta i porzucając w miejscach publicznych ich wytrzewione zwłoki. Przynajmniej tak twierdzi strona Crime Library i podobno nawet oficjalna storna FBI. Tylko że Kacper Gradoń i Arek Czerwiński pisząc swoich "Seryjnych morderców" nie znaleźli wzmianki o nim w żadnym z konkretnie podanych na amerykańskich stronach wydań konkretnych gazet. Mało tego, nie znaleźli nawet kilku z wymienionych tam gazet, ponieważ takie tytuły zwyczajnie nie istniały. Kilku innych badaczy tematu również głośno stwierdziło, że Staniak najprawdopodobniej był wymysłem czyjejś bujnej wyobraźni, której właściciel za długo czytał o Kubie Rozpruwaczu.
I tak sobie myślę, że gdyby pani Bonda, z niedoboru własnych pomysłów zdecydowała się na cover sprawy Staniaka jako główny motyw swojej powieści, to chyba jednak nie drażniłoby to aż tak bardzo, jak użycie w tym samym celu w 100% realnej sprawy "Ultimo". B w przypadku Staniaka nie wiadomo nawet czy istniał, a co dopiero co się z nim dalej działo. Sprawczyni z "Ultimo" zaś wciąż przebywa w ZK, i zapewne miała niezły ubaw przeglądając się w opisie sprawczyni z "Pochłaniacza".
No i na końcu, choć nie najmniej istotne. Drugi główny bohater, oparcie naszej Mary Sue w  strukturach Komendy to Robert "Duch" Duchnowski.
Tu kalka nie jest tak oczywista, bo ten powieściowy Duch jest rozwiedzionym, szczupłym dochodzeniowcem z warkoczykiem czarnych włosów, zaś prawdziwy podinspektor Robert "Duchu" Duchnowski, którego miałam  zaszczyt poznać w trakcie krótkiego i burzliwego zatrudnienia w Komendzie Stołecznej Policji był szefem techników kryminalistycznych z KSP, szczęśliwie żonatym z księgową Elżbietą a posturą przypominającym piec zakończony regulaminowym, szpakowatym jeżem. Robert Duchnowski to co prawda nie Otyliusz Kochan, niemniej jeden rzut oka do końcowych podziękowań potwierdza że jak najbardziej, pani Katarzyna musi znać tego prawdziwego Ducha skoro tak sympatycznie mu dziękuje. 
Nie mogę być w tym momencie obiektywna, bo prawdziwego Ducha bardzo podziwiałam i szanowałam - zarówno jako idealnego szefa, który zawsze murem zasłaniał swoich chłopaków, jak i jako fajnego gościa z którym oglądało się mecze WGP kobiecej siatki i popijało (całe dwa razy, ale zawsze) służbową wódkę. Pani Katarzyna opisuje go zupełnie inaczej, i w sumie całkiem fajnie. Ducha książkowego z autentycznym łączy chyba tylko nieprawdopodobna siła spokoju. Niemniej skoro pożyczyła sobie "Ultimo" i Czerwonego Pająka nic w tych sprawach nie zmieniając - to dlaczego pożyczyła również Ducha robiąc z niego zupełnie innego faceta? Nie mogła już nazwać tego bohatera Otyliuszem Kochanem?
Reasumując ten przydługi wywód: o ile podoba mi się język i sposób narracji pani Katarzyny, jak również niektórzy (nie wszyscy) całkiem realistyczni bohaterowie (najczęściej ci z drugiego i trzeciego planu), o ile podobając mi się pewne wyraźnie wyodrębnione fragmenty (retrospekcja do lat 90) które tworzą jakiś zamknięty, przepojony emocjami wątek, o ile wspomnienia i przemyślenia naszej Mary Sue o jej alkoholiźmie uderzając autentycznością i bardzo poruszają (człowiek nie obeznany z problemem nie umiałby, moim zdaniem tak pisać, chyba faktycznie zagadałam z tym alter ego)  - o tyle całkiem miłe wrażenie psuje założenie autorki, że czytelnik nie rozpozna głośnej sprawy kryminalnej i może ją opisywać niemal dosłownie. I być może byłoby to wybaczalne u debiutantki - ale "Pochłaniacz" jest czwartą powieścią pani Katarzyny.
Niemniej wciąż mamy do czynienia z dobrym warsztatem i ciekawą wyobraźnią. I gdyby pani Bonda zechciała samodzielnie wymyślać intrygi swoich kolejnych powieści sądzę, że czytałabym je z przyjemnością. Niestety wygląda na to, że autorka ma inne plany - ostatnia część zapowiadanego cyklu o Mary Sue, znaczy się profilerce, ma nosić tytuł... "Czerwony Pająk".
A szkoda. 



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Za każdy kamień Twój...

Bardzo kocham moje Piękne Miasto, i dam w ucho każdemu, kto powie że nie. W końcu sama je wybrałam. Ale jest taki jeden, specyficzny dzień w roku kiedy od samego rana wciąż bez przerwy myślę o innym mieście, tym,  w którym się urodziłam i wychowałam.  A potem, o 17:00, wychodzę na ulicę żeby zatrzymać się na chwilę wśród ryku syren. A jeśli nie syren - to ze słuchawką w uchu, do której kochane Muzo FM gra mi jak co roku "Godzinę W" Lao Che. 
Bo tak mnie wychowano i głęboko wierzę, ze tak trzeba. 
I tak samo starałam się wychować córkę - chyba się udało, bo dziś podziękowała mi, że nauczyłam ją co to znaczy być dziewczyną z Warszawy. 

Bardzo kocham moje Piękne Miasto.
Ale ja również jestem dziewczyną z Warszawy.