Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kinie i w bibliotece. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kinie i w bibliotece. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lipca 2018

Ja NIE pisać biografii.

Dzień dobry, cześć i czołem!
Przyznam się uczciwie, że myślałam, że już nigdy tu nie wrócę. Po powrocie MGIP w naszym życiu zaczęły się takie zawirowania i trąby powietrzne, że kolejna reaktywacja bloga spadła gdzieś w okolice końca list moich potrzeb. Im dłużej trwała bezczynność, tym trudniej było mi zabrać się do jakiejkolwiek roboty, aż w końcu uznałam, że po prostu zachowam to miejsce dla kilku opowieści które udało mi się stworzyć.
Niestety nie byłabym sobą, gdyby dziwne rzeczy przestały mi się przytrafiać tylko dlatego, że grzecznie zmieniłam: a) stan cywilny (Moja Gładka Inaczej Połowa jest już Moją Ślubną Połową); b) miejsce zamieszkania (najbliższą moją sąsiadką została niejaka Katedra); c) warunki pracy i płacy (niestety niewiele).
Na początku czerwca miałam więc wypadek. Podczas Ligi Narodów Polska - Niemcy, a w zasadzie tuż przed meczem zeszłam bezpiecznie po wysokich, stromych schodach Atlas Areny i kierując się stronę swego sektora stanęłam tak, że lewa stopa formalnie podwinęła mi się pod spód. I, jak łatwo zgadnąć - złamała się. Sprawnie opatrzona przez miejscowych ratowników oczywiście obejrzałam sobie mecz, następnie doskakałam na jednej nodze do samochodu zwanego Biedronką, odsiedziałam jeszcze przepisowe dwie godziny na SORze i wróciłam do domu zaopatrzona w gipsową bułę na nodze, kule babci MŚP i zwolnienie na miesiąc.
Jako że nawet o kulach mogę co najwyżej kicać na zdrowej nodze - zostałam uziemiona w łóżku. Na uziemienie i jego piekielną nudę lekarstwem zaś najlepszym są kilometry seriali (równolegle Netfilix i starożytne "Without a trace", polecam) i czytanie. A jako żem biedna i obłożna zażyczyłam sobie od Ryśka dostarczenia wielokrotnie odwlekanego "Jamesa Hetfielda. Człowieka z metalu" Marka Eglintona.
Warto w tym momencie, jak sądzę, przyznać się ponownie - Metallicę kocham i czczę, choć nie bezkrytycznie, od jakichś 30 lat, wychowałam się na ich wczesnych albumach, dojrzewałam z tymi późniejszymi, niektóre puszczałam małemu Ryśkowi zamiast kołysanek, a teksty Hetfielda z "Ride the lightning", "Master of puppets" i "...And justice for all" przetłumaczyłam w czasach szkolnych chyba wszystkie, nieźle dzięki temu opanowując język angielski. Publikacji poświęconych Metallice przeczytałam chyba większość dostępnych po polsku, część mam na własność, na czele z "Metallica. Bez przebaczenia" Joela McIvera, wspaniałą biografią całego zespołu. A do tego mam naprawdę dobrą pamięć do szczegółów.
Kiedy tylko Rysiek dostarczył zamówioną pozycję zauważyłam, ze Pan Autor dodał do swojej książki podtytuł "szczegółowa biografia". Z radością zaczęłam sobie wyobrażać tą ucztę - Papa Het taki skryty i nie wynoszący nic do mediów, i nagle szczegółowa biografia, no to ja się wreszcie dowiem a dowiem...
Otóż nie.
Książka sprzedawana jest w formie ofoliowanej. Tak jakby wydawnictwo chciało uniemożliwić czytającemu zajrzenie do wnętrza i przekonania się, cóż tam jest - a raczej czego nie ma. Bo szczegółowej biografii nie ma tam na pewno.
Początek jest nawet niezły, i to jedyna część, którą mogę z czystym sumieniem pochwalić. Krótki portrecik pryszczatego, małomównego, pochłoniętego muzyka i ostro pijącego Jamesa w wieku lat nastu jest czymś nowym, a wyjaśnienie historii związków jego rodziny z pewna chrześcijańska sektą kompletne i dające bardzo satysfakcjonujący wgląd w ta mroczniejsza stronę jego natury. Natomiast opisy jego młodzieńczych przyjaźni pokazują z kolei Jamesa towarzyskiego i lojalnego, co tez jest dla jego charakterystyki ważne.
Ale im dalej, tym gorzej. 
Zacznę może od tego, ze Pan Autor wprost nazywa się wielkim fanem Metallicy i chwali, ze należy do ścisłego grona najwierniejszych, do tego stopnia, ze w latach 90 - tych był na przynajmniej jedynym tajnym koncercie zespołu. Świetnie. Gratulki, Panie Autorze. To jakim cudem tak wielki fan robi tak proste błędy merytoryczne w historii swojego zespołu?
Pan Autor twierdzi, ze Lars Ulrich, podobnie jak James, urodził się latem 1963. Otóż nie - urodził się w grudniu. Tekst Whiskey In The Jar przypisuje Thin Lizzy - otóż nie, to irlandzka piosenka ludowa, jedynie zaadaptowana przez Thin Lizzy. Autorstwem utworu Stone Cold Crazy obdarza zaś zespół Motorhead. Otóż.... Uszanuję Wasza  inteligencję i nic więcej nie powiem. 
Te błędy - na szczęście - wyłapał pan Robert Filipowski, tłumacz tego wątpliwego dzieła. Mam nadzieję, ze został za swoja syzyfowa pracę odpowiednio wynagrodzony...
Niestety, pozostały jeszcze błędy których pan Robert nie wyłapał. Pierwszy to nazwanie Jamesa kompozytorem utworów Metallicy. Owszem, przykładał zdolne łapki do tej muzyki - ale jedynie jako współkompozytor. Muzyka, przynajmniej przez pierwsze cztery albumy, jest opisana jako dzieło całego zespołu, i o ile Pan Autor nie ma jakichś tajnych danych dostępnych jedynie dla prawdziwych fanów - tak powinna być traktowana. James Hetfield jest natomiast wyłącznym autorem 99% teksów zespołu, w tym wszystkich na pierwszych czterech albumach, a o tym wzmianki w jego szczegółowej biografii już nie ma. 
Drugi ze znalezionych przeze mnie błędów to już większa kontrowersja. Otóż Pan Autor przypisuje znaczenie tatuażu na ramieniu Jamesa przedstawiającego płonące karty do gry z podpisem "Carpe Diem" upamiętnieniu wypadku na koncercie w Kanadzie kiedy to właściciel ramienia został poparzony źle przygotowana pirotechnika. Tymczasem wspomniany przeze mnie Joel McIver w "Bez Przebaczenia" ten sam tatuaż wyjaśnia faktem, ze w wieczór przed śmiercią Cliffa Burtona w wypadku autokarowym James przegrał do niego w karty miejsce, na którym Cliff zginał. Lub wygrał miejsce na którym sam spał, wybaczcie, czytałam dawno i szczegóły mi się nieco zatarły. Kto ma rację? Wersja McIvera przemawia do mnie mocnej, choćby dlatego, ze to James jest głównym opiekunem pamięć Cliffa wśród fanów, a tak bezpośredni związek z jego śmiercią byłby dobrym powodem po temu. Oraz - last but not least - McIvera nie złapałam na żadnym błędzie merytorycznym. 
Pozostałe zarzuty to już w zasadzie tylko drobiazgi, w porównaniu z powyższymi. Na przykład: po co informować fanów, który album Metallicy ukazał się równo z którym albumem Celine Dion, skoro połowa fanów tej pierwszej pewnie nie ma zielonego pojęcia o istnieniu tej drugiej?
Mnie, jako fankę Jamesa drażni zwłaszcza uparte nazywanie go przez Pana Autora geniuszem. Really, queen? Geniusz, jak dla mnie, to Jimi Hendrix, Bob Marley, czy choćby David Bowie. Ktoś kto stworzył dzieła wiekopomne, inspirujące następne pokolenia. James jest tylko i aż niezwykle utalentowanym muzykiem obdarzonym wielka charyzma. Zdarzają mu się błędy, jak każdemu - na przykład St. Anger czy niesławne Lulu. Pan Autor również te błędy widzi. Spora część książki to  - zamiast szczegółowej biografii - szczegółowa recenzja kolejnych płyt, z rozbiciem na utwory oczywiście. Wychodzi z nich wyraźnie, ze Pan Autor należy do frakcji "Metallica skończyła się na Kill'em All", bo w zasadzie żadna z późniejszych niż 1991 rok płyt nie znajduje w jego oczach uznania, a ilość jadu wylewanego na co kiepściejsze kawałki jakoś mi się kłóci z jednoczesnym upartym wmawianiem czytelnikom, ze ich autor to geniusz. 
Oprócz wspomnianych recenzji mamy jeszcze dość dokładne kalendarium dat i osób związanych z zespołem. O życiu prywatnym jego frontmana - kiedy się ożenił i z kim (McIver pisze o jego żonie ze trzy razy więcej) oraz kiedy przyszły na świat jego dzieci i jak dostały na imiona. To wszystko. W szczegółowej biografii. 
Na zakończenie wydania polskiego mamy trzy dodatkowe rozdziały napisane przez pana Pawła Brzykcego, które dociągają historię do ostatniego albumu Hardwired... To self - destruct. Z tych trzech rozdziałów łypie do nas sympatycznie o wiele więcej historii o Jamesie niż z 17 poprzednich oryginalnego Pana Autora. I to, myślę, najlepiej świadczy o poziomie, czy raczej braku takiego w wypadku "Jamesa Hetfielda. Człowieka z metalu".

PS W trakcie tworzenia powyższego tekstu dziwne rzeczy nie przestały się przytrafiać. Po pierwsze - uzyskawszy po kolejnej kontroli zgodę na zamianę gipsu na ortezę z radości poszłam się wykąpać. A w wannie, stanąwszy na palcach lewej nogi usłyszałam chrrrrrup... I dorobiłam się kolejnego złamania, tej samej nogi w tym samym miejscu. Stad nadal pozdrawiam Was z mojego łóżeczka w widokiem na przeciwległy blok, z noga oparta na poduszce z meduza meldując, ze zrastam się wolno, a końca zwolnienia na razie nie widać. 
A potem mój dzielny laptop doszedł do wniosku, ze już mu się nie chce i klawiatura zaczęła czynić psoty. Permanentnie przebywa w stanie Caps Lock, do normalności powraca jedynie incydentalnie, a do tego polskie znaki raz sobie życzy posiadać, a raz omija wzgardliwie. Więc jeśli brak tu jakiś ogonków to uprzejmie przepraszam, ale na razie tak  niestety zostanie.
A na końcu wyłamałam sobie ostatnią posiadana protezę zębowa, więc witaj zdrowa dieto z jogurtów i bananów...


wtorek, 23 sierpnia 2016

Królowa jest tylko jedna. Duch też.

Z panią Katarzyną Bondą mam problem.
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, przeczytałam fenomenalne "Polskie Morderczynie" i bardzo dobrą "Zbrodnię Niedoskonałą" i zanotowałam sobie, że pani Bonda = warta czytania literatura faktu. Pierwsza z książek jest zbiorem reportaży o kobietach odsiadujących w polskich Zakładach Karnych wyroki za zabójstwo, druga to wywiad - rzeka z psychologiem profilującym i zwięzły poradnik tworzenia profili psychologicznych nieznanych sprawców przestępstw w jednym. Obie posiadam w pierwszym wydaniu, do obu wielokrotnie wracałam. 
A potem dowiedziałam się, że pani Katarzyna pisuje również powieści kryminalne. I aż mnie wzdrygnęło, bo oczywiście pisuje je cyklicznie, a głównym bohaterem cyklu jest nie kto inny, jak profiler. No szlag. Moda żywcem z amerykańskich seriali, profilerzy są wszędzie, nawet w cyklach kryminałów. Choć wedle mojej najlepszej wiedzy w Polsce wciąż jest ich raptem po kilku na komendę wojewódzką i nie, nadal nie prowadzą samodzielnych śledztw, jedynie pracują na materiałach śledczych. 
Jakoś też w tym samym czasie panią Bondę okrzyknięto (chyba zresztą nawet Zygmunt Miłoszewski, który wbrew modzie nadal pisuje o prokuratorze) "Królową Polskiego Kryminału" i znów mnie lekko cofło. Z pokolenia otóż jestem takiego, że dla mnie Królową Kryminału na zawsze pozostanie pani Irena Kuhn de domo Becker, i fakt jej wyjazdu do sanatorium w cholernej Szwajcarii w niczym mojego uwielbienia nie zmniejsza, zwłaszcza dla jej wczesnych powieści. Dzieła uzurpatorki solennie obiecałam sobie po wsze czasy omijać wzrokiem na półkach z książkami i nie przyjmować ich istnienia do wiadomości (z wyjątkiem dwóch wskazanych wcześniej).
Lata mijały, ja nie czytałam, pani Katarzyna pisała nadal. Teraz dla odmiany - o profilerce. Moje wewnętrzne "fuj" nadal miało się dobrze. Aż na fali zachwytów tzw. "Żołnierzami" Wyklętymi i ich wspaniałym, bojowym etosem wyrzynania w pień cywili, która co jakiś czas przetacza się lawinowo przez nasze media wpadł mi gdzieś w oko wywiad z panią Bondą. Wywiad obrazoburczy, bo mówiący wprost, że wychowała się na Podlasiu (obstawiam, że przodkowie skrócili nazwisko Bondarienko, pasowałoby) a jej babcia ze strony matki padła ofiarą tych właśnie tzw. "Żołnierzy". I że na Podlasiu te układy wciąż nie są takie proste, a tzw. "Żółnierze" gloryfikowani jakby nieco mniej, niż w reszcie kraju.
Pomyślałam sobie, że nawet jeśli to tylko chwyt marketingowy, to kobitka i tak ma cojones. I z sensem mówi, i ze zdrowym dystansem do historii własnej rodziny, co wcale nie bywa łatwe. I pomyślałam sobie, że jednak zapoznam się z jej twórczością, a konkretniej - z serią o profilerce, bo już wtedy hulały zapowiedzi, że akcję następnego tomu umieści w Pięknym Mieście, a mnie powieści o Pięknym Mieście wciąż za mało.
Obejrzałam najpierw w Empiku. Grubaśne to było, wydane porządnie, ale ceną relatywną do grubości nieco odstraszyło. Na szczęście pierwszy tom serii o profilerce - "Pochłaniacz" - nabyła właśnie Martusia, a że krótko potem rzuciła się w wir pornosów dla mamusiek - pożyczyłam.
Co swoje na stosiku "do przeczytania" biedny "Pochłaniacz" odleżał, nie powiem, chyba jakieś dwa miesiące. Głównie dlatego, że przeczytany od ręki wstęp mocno mnie zniechęcił prezentując główną bohaterkę jako klasyczną, opkową Mary Sue, co to wszystko umi, wszystkich zna, a każdy ją podziwia. W mym podstępnym mózgowiu zadźwięczało podejrzenie, że musi co to alter ego bohaterki, i do lektury zniechęciło. Zwłaszcza, że jakoś równolegle dorwałam w stęsknione łapska "Łaskę" Ani Kańtoch, którą to Anię Kańtoch wielbię i czczę, i sposób wprowadzenia głównej bohaterki tamtej powieści nieco mnie wstrząsnął i sprawił, że natychmiast chciałam czytać dalej. 
No ale w końcu tłuściutki "Pochłaniacz" doczekał się wyłączności na moją uwagę. I, po jego przeczytaniu - nadal z panią Katarzyną Bondą mam problem.
Główna bohaterka faktycznie jest Mary Sue. Nie aż tak ekstremalną, jak myślałam na początku, ale w ciągu siedmiu lat udaje jej się wyjść z alkoholizmu, skończyć studia doktoranckie, odchować córeczkę bez śladu FAS i oczywiście rozkochać w sobie swojego promotora i mentora. Pani Katarzyna próbuje walczyć, próbuje je rzucać kłody pod nogi, ale niestety na daremno - w końcu cała komenda poddaje się, olśniona jej geniuszem. Nie można przecież krzywdzić swojego alter ego...
Książka składa się z dwóch części - współczesnej i retrospekcji w której cofamy się o 20 lat. O ile do retrospekcji nie mam zastrzeżeń, a wręcz przeciwnie  - historia skłóconych ze sobą braci bliźniaków, dziewczyny z biednej, wielodzietnej rodziny i dwóch szukających kłopotów przyjaciół zainteresowała mnie, wciągnęła, i sama się jakoś przeczytała z dużą przyjemnością - o tyle współcześnie robi się gorzej.
Współcześnie bowiem główną zagadką kryminalną jest zabójstwo. Nie byle jakie - w lokalu zostają znalezione zwłoki zastrzelonego mężczyzny oraz ciężko postrzelonej kobiety, którą jedynie cudem i poświęceniem lekarzy udaje się uratować. Po odzyskaniu przytomności kobieta z całkowitą pewnością wskazuje, że strzeliła do niej pracownica, kilka dni wcześniej zwolniona pod zarzutem kradzieży. Sprawa toczy się na zasadzie słowo przeciwko słowu pomiędzy tymi dwoma kobietami.
Brzmi znajomo? Jeśli nie, już spieszę zaznajomić - jest to opis sprawy zabójstwa w butiku "Ultimo" przy ul. Nowy Świat w Warszawie, do którego doszło 16 grudnia 1997 roku. 
I dokładny opis głównej zagadki "Pochłaniacza" przy okazji,
Od zabójstwa do wydania książki minęło 17 lat i trzy procesy oskarżonej o nie byłej pracownicy. Jak widać za mało, skoro żyją jeszcze tacy maniacy jak ja, którzy potrafią rozpoznać niczym nie zamaskowane autentyczne morderstwo i skrzywić się z niesmakiem, że autorka zamiast własnego pomysłu serwuje czytelnikowi odgrzewanego placka. 
Owszem, w "Pochłaniaczu" zakończenie jest inne niż to ostatecznie przyjęte przez sąd. Ale na tyle inne, że mam nadzieję że nie przeczyta go ofiara z "Ultimo". I jednocześnie na tyle inne żeby krzyknąć radośnie "Tak mnie pisz!". Bo zakończenie z "Pochłaniacza" jest zaskakujące, perfidne i bardzo prawdziwe. I naprawdę żałuję, że nie zamyka intrygi opartej na przykład na użyciu noża w mieszkaniu i osobie sąsiadki, a tylko spraną kalkę autentycznego, ludzkiego dramatu.
"Ultimo" nie jest zresztą jedynym zapożyczeniem z pitavala polskiego XX w. Z retrospekcji bohaterki dowiadujemy się, że jak na prawdziwą Mary Sue przystało pracowała jako policjantka "pod przykryciem" wcielając się w studentkę sztuki pomagając w poszukiwaniach naśladowcy Czerwonego Pająka.
Już spieszę zaznajomić. Lucjan Staniak, któremu media nadały przydomek Czerwony Pająk ponieważ przysyłał do prasy listy złożone z cieniutkich liter pisanych czerwoną farbą, był członkiem krakowskiego klubu amatorów malarstwa, twórcą niepokojących obrazów z czerwonymi kwiatami rozkwitającymi na rozkawałkowanych zwłokach i seryjnym mordercą. Działał na terenie całej Polski w latach 50, mordując w dni świąt państwowych młode dziewczęta i porzucając w miejscach publicznych ich wytrzewione zwłoki. Przynajmniej tak twierdzi strona Crime Library i podobno nawet oficjalna storna FBI. Tylko że Kacper Gradoń i Arek Czerwiński pisząc swoich "Seryjnych morderców" nie znaleźli wzmianki o nim w żadnym z konkretnie podanych na amerykańskich stronach wydań konkretnych gazet. Mało tego, nie znaleźli nawet kilku z wymienionych tam gazet, ponieważ takie tytuły zwyczajnie nie istniały. Kilku innych badaczy tematu również głośno stwierdziło, że Staniak najprawdopodobniej był wymysłem czyjejś bujnej wyobraźni, której właściciel za długo czytał o Kubie Rozpruwaczu.
I tak sobie myślę, że gdyby pani Bonda, z niedoboru własnych pomysłów zdecydowała się na cover sprawy Staniaka jako główny motyw swojej powieści, to chyba jednak nie drażniłoby to aż tak bardzo, jak użycie w tym samym celu w 100% realnej sprawy "Ultimo". B w przypadku Staniaka nie wiadomo nawet czy istniał, a co dopiero co się z nim dalej działo. Sprawczyni z "Ultimo" zaś wciąż przebywa w ZK, i zapewne miała niezły ubaw przeglądając się w opisie sprawczyni z "Pochłaniacza".
No i na końcu, choć nie najmniej istotne. Drugi główny bohater, oparcie naszej Mary Sue w  strukturach Komendy to Robert "Duch" Duchnowski.
Tu kalka nie jest tak oczywista, bo ten powieściowy Duch jest rozwiedzionym, szczupłym dochodzeniowcem z warkoczykiem czarnych włosów, zaś prawdziwy podinspektor Robert "Duchu" Duchnowski, którego miałam  zaszczyt poznać w trakcie krótkiego i burzliwego zatrudnienia w Komendzie Stołecznej Policji był szefem techników kryminalistycznych z KSP, szczęśliwie żonatym z księgową Elżbietą a posturą przypominającym piec zakończony regulaminowym, szpakowatym jeżem. Robert Duchnowski to co prawda nie Otyliusz Kochan, niemniej jeden rzut oka do końcowych podziękowań potwierdza że jak najbardziej, pani Katarzyna musi znać tego prawdziwego Ducha skoro tak sympatycznie mu dziękuje. 
Nie mogę być w tym momencie obiektywna, bo prawdziwego Ducha bardzo podziwiałam i szanowałam - zarówno jako idealnego szefa, który zawsze murem zasłaniał swoich chłopaków, jak i jako fajnego gościa z którym oglądało się mecze WGP kobiecej siatki i popijało (całe dwa razy, ale zawsze) służbową wódkę. Pani Katarzyna opisuje go zupełnie inaczej, i w sumie całkiem fajnie. Ducha książkowego z autentycznym łączy chyba tylko nieprawdopodobna siła spokoju. Niemniej skoro pożyczyła sobie "Ultimo" i Czerwonego Pająka nic w tych sprawach nie zmieniając - to dlaczego pożyczyła również Ducha robiąc z niego zupełnie innego faceta? Nie mogła już nazwać tego bohatera Otyliuszem Kochanem?
Reasumując ten przydługi wywód: o ile podoba mi się język i sposób narracji pani Katarzyny, jak również niektórzy (nie wszyscy) całkiem realistyczni bohaterowie (najczęściej ci z drugiego i trzeciego planu), o ile podobając mi się pewne wyraźnie wyodrębnione fragmenty (retrospekcja do lat 90) które tworzą jakiś zamknięty, przepojony emocjami wątek, o ile wspomnienia i przemyślenia naszej Mary Sue o jej alkoholiźmie uderzając autentycznością i bardzo poruszają (człowiek nie obeznany z problemem nie umiałby, moim zdaniem tak pisać, chyba faktycznie zagadałam z tym alter ego)  - o tyle całkiem miłe wrażenie psuje założenie autorki, że czytelnik nie rozpozna głośnej sprawy kryminalnej i może ją opisywać niemal dosłownie. I być może byłoby to wybaczalne u debiutantki - ale "Pochłaniacz" jest czwartą powieścią pani Katarzyny.
Niemniej wciąż mamy do czynienia z dobrym warsztatem i ciekawą wyobraźnią. I gdyby pani Bonda zechciała samodzielnie wymyślać intrygi swoich kolejnych powieści sądzę, że czytałabym je z przyjemnością. Niestety wygląda na to, że autorka ma inne plany - ostatnia część zapowiadanego cyklu o Mary Sue, znaczy się profilerce, ma nosić tytuł... "Czerwony Pająk".
A szkoda. 



niedziela, 22 listopada 2015

Ośmiorniczka

Przygotowany wcześniej pomysł, którym się chwaliłam w poprzednim poście dotyczył Bonda. Jamesa Bonda.
 Prawdziwa miłość do szpiega Jej Królewskiej Mości wybuchła we mnie późno, bo dopiero przy "Goldeneye". Zadecydował Pierce Brosnan i jego irlandzki urok osobisty, na który nie posiadam żadnej odporności - bo i po co? Na fali nowo odkrytej fascynacji przerobiłam w miarę sprawnie zaległe odcinki i serii i stwierdziłam, że o ile lubię filmy Timothy'ego Daltona (bo są dość mroczne i jak dla mnie autentycznie zimnowojenne) i Rogera Moore'a (jego autoironiczne poczucie humoru jest mistrzowskie), o tyle Sean Connery zaczyna się po 60 - tce, a George Lazenby, podobnie jak dla większości fanów - nie istnieje. 
Podstawą każdego dobrego Bonda jest dla mnie przed wszystkim bondowska konwencja. Musi być M, musi być delikatny filircik Jamesa z Moneypenny, musi być Q i parę jego zabaweczek. No i musi być przerażający przeciwnik. Byle bez przesady - bo pomimo Pierce'a Brosnana jedynym szczerze znienawidzonym przeze mnie filmem serii jest "Die Another Day". Za bezsensowną intrygę, za zbyt wyraźnie starego odtwórcę głównej roli, a przede wszystkim za żenująco obrzydliwą ostatnią scenę. 
Wyjście z radosnej, bondowskiej konwencji, gdzie na otwarcie dostajemy nieprawdopodobny pościg a potem napięcie stopniowo wzrasta powoduje w moim mózgu blokadę i nie przyjmowanie do wiadomości że oglądam Bonda. Po wspomnianym w poprzednim akapicie żenującym pożegnaniu Brosnana z serią konieczność wyboru nowego aktora była oczywista nawet dla mnie. Daniel Craig nie wzbudził co prawda żadnego entuzjazmu, ale i żadnego obrzydzenia, a to już coś. Pomysł twórców że robimy nowe otwarcie wypełnił mnie za to mnóstwem obaw - i niestety większość z nich się sprawdziła. O ile "Casino Royale" obroniło się wiernością wobec powieści Fleminga (zresztą jedynej przeze mnie przeczytanej, dawno temu, na wakacjach z ojcem i babcią w Krynicy Zdroju), o tyle "Quantum of Solace"  było jakimś dziwnym czymś, co z filmami o Bondzie łączyła jedynie cudowna i genialna Judi Dench w roli M. Oba filmy jakoś dałam radę obejrzeć, pierwszy szanuję jako realizację pewnego ważnego pomysłu, drugi wypieram z pamięci całkowicie. W związku z nową koncepcją serii byłam po tych dwóch filmach mocno podłamana i przekonana, że czas mojego Bonda już się skończył. Zapewne nie zdecydowałabym się nawet na danie szansy "Skyfall", ale Rysiek wygrał w radiu bilety na jakiś MNF gdzie "Skyfall" było właśnie główną atrakcją i wrócił ciężko zachwycony. Odpytany na okoliczności przyrody ujawnił powrót nieobecnych w poprzednich "craigowych" częściach Q i Moneypenny, co wystarczyło w zupełności żebym zmieniła zdanie - bo tak naprawdę chyba bardzo chciałam je zmienić. "Skyfall" obejrzałam już z dużą przyjemnością, i uznawszy że takie połączenie ukochanej konwencji z nowymi pomysłami bardzo mi odpowiada przystąpiłam do czekania na następną część. 
Jako że przerwa w dostawie gotówki uniemożliwiła mi obejrzenie "Spectre" w premierze zdążyłam przed seansem przejrzeć kilka recenzji. To, że były mieszane nastroiło mnie raczej pozytywnie, w końcu dwa pierwsze, nieoglądalne dla mnie filmy z Craigiem krytyka wynosiła pod niebiosa, jeśli więc "Spectre" otrzymało także recenzje krytyczne była szansa, że mi się spodoba. 
Nastawiona więc całkiem pozytywnie zasiadłam w wygodnym kinowym fotelu. Kiedy zaś zobaczyłam w sekwencji otwierającej uroczą scenę mordobicia w śmigłowcu który nie spada mimo ostrego szarpania wolantu - uśmiech okręcił mi się wokół głowy mimo uszu i tak został. 
"Spectre" jest po poprzednich częściach odświeżającą nowością - filmem całkowicie osadzonym w konwencji. Otwarcie jest nieprawdopodobne, wybuchów dużo, zabawki Q zabawne, a scena Jamesa i Moneypenny po raz kolejny - po "Skyfall" - wspina się na wyżyny ponętnej dwuznaczności. Już za samo to daję trzy razy tak, a jest jeszcze Aston Martin DB10 w zapierającym dech pościgu wzdłuż Tybru i Monica Belucci, mimo wieku nie zagrożona na pozycji najpiękniejszej kobiety świata, i jej pocałunek z Craigiem, pierwsza naprawdę podniecająca scena damsko - męska w Bondzie od nie pamiętam kiedy (chyba od niezapomnianego "I'll never miss" z Sophie Marceau). Mówiąc krótko - samo gęste, a resztę proponuję zobaczyć w kinie. Koniecznie w kinie, dajcie szansę tym wszystkim cudnościom.
A dziś jeszcze tylko nawiążę do ostatnich wydarzeń w naszym Kraju Raju, a ściślej rzecz ujmując do bezlitosnego wdrażania przez nasz rząd kolejnej RP i zaproponuję Wam coś w klimacie bondowskim:

niedziela, 5 października 2014

44 razy NIE

Jako że najbardziej lubię pisać recenzje pozytywne i dzielić się tu z Wami czymś fajnym - usilnie próbowałam wyprzeć z siebie fakt, że pomimo ostrzeżeń jednego ze znajomych, co przy produkcji onego pracował poszłam jednak do kina na "Miasto 44". Jednakże wobec ogromu bałwochwalczych zachwytów, jakie spływają na ten tfur ze wszystkich stron internetów wyparcie mi nieco nie wyszło...
Uczciwie przyznaję - "Miasto 44" miało potencjał. Tym większy żal patrzeć, jak zmarnowano zarówno niezły pomysł, jak i niewyobrażalne pieniądze włożone w produkcję...
Zacznijmy jednak od początku. Co wiemy, idąc do kina? Wiemy, że film powstawał przez 8 lat, kosztował 25 milionów złotych i miał pokazać Powstanie Warszawskie oczami jego młodych uczestników. Reżyser zdobył popularności dobrze przyjętą przez krytykę i widzów "Salą samobójców", więc niby jakaś gwarancja oglądalności jest (niestety, fakt że z rzeczonej "Sali" udało mi się obejrzeć jakiś kwadrans, i to pomimo silnego uwielbienia jakie żywię dla Agaty Kuleszy nie dał mi nic do myślenia). Ogólnie może się wydawać, że sprawdzić warto. A zatem sprawdzamy.
Po wyjątkowo długim, nawet jak na polskie kina, bloku reklamowym dostajemy wyjątkowo długą jak na polski film listę sponsorów. Za długą. Po liście sponsorów pierwszy zgrzyt: na ekranie wyświetlane są łopatologiczne notki o Powstaniu w stylu Wikipedii. Znaczy, państwo tfórcy założyli, że do kina przyszli idioci, którzy nie wiedzą o czym będą oglądać film?
Ciekawym pomysłem na scenariusz tego filmu było, moim zdaniem, osnucie go wokół klasycznego trójkąta: dwóch dziewcząt rywalizujących o względy jednego chłopaka na tle płonącej Warszawy. W pierwszej części filmu, opisującej ostatnie dni przed godziną W nawet trochę się ta intryga zaczyna zawiązywać. Zadziorna brunetka Kama zbliża się do swojego sąsiada Stefana, spokojnego młodzieńca opiekującego się matką i młodszym bratem i wciąga go do konspiracji. Na jednym ze spotkań towarzyskich Stefan poznaje młodziutką Alę, siostrę jednego z kolegów i, zainteresowany nią, zgadza się złożyć przysięgę. Konflikt zarysowany... na etapie zarysowania pozostaje. Kama wodzi wzrokiem za Stefanem, Stefan z Alą, Ala się rumieni i spuszcza głowę, żadne z bohaterów nie robi nic, żeby ten stan zmienić. Z pierwszej części filmu pozostaje w pamięci tylko epizodyczna rola matki Stefana, owdowiałej w kampanii wrześniowej i niezbyt zrównoważonej psychicznie byłej gwiazdy sceny, żyjącej w ciągłym lęku o swoich synów. Brawo dla Moniki Kwiatkowskiej. 
Do momentu wybuchu Powstania jest tylko nudnawo i zbyt statycznie, ale kiedy tuż przed godziną W oddziały powstańcze zbierają się na dziedzińcu jakiejś fabryki na odprawę, w trakcie której kilkadziesiąt osób przez kilka minut wrzaskiem "Tak jest" kwituje każdy otrzymany rozkaz oraz z łomotem obuwia o bruk wykonuje kilkanaście raz "baczność" i "spocznij",  i nie pojawia się żaden Niemiec, nikt się tą sytuacją nie interesuje nawet z okien - po raz pierwszy wykonałam tak zwanego "facepalma". Przez chwilę scenariusz jeszcze próbuje być realny, pokazując śmierć pierwszego powstańca, pierwszy atak na Niemców i wywołane tym emocje. I jakoś w tym momencie filmu kończą się jakiekolwiek próby pokazania emocji, a zaczyna wielowymiarowy pokaz wspaniałości i sprawności warsztatu reżyserskiego i realizatorskiego. Kończą się również próby udawania, że film ma scenariusz i opowiada historię, zaczyna się za to wielowarstwowy pokaz wspaniałości efektów specjalnych i sprawności montażystów. Jako że nasz główny bohater, Stefan, zostaje ranny i trafia do szpitala, skąd wychodzi w ciężkim szoku nie odzywając się nawet do wlokącej go za sobą w celach ratunkowych Ali - zamiera cały film, dialogi spadają do niezbędnego minimum, brak więc wyjaśnienia kilku ważnych scen: dlaczego Stefan zostawia Alę, która zdezerterowała żeby go ratować i wraca do oddziału? Dlaczego oddział przyjmuje go z powrotem, choć za dezercję kula w łeb? Jednym ważny dialog w tej części filmu następuje pod koniec, kiedy Kama i Ala wloką wspólnie jednego rannego, i nagle Kama wyzywa Alę od kurew, informując że jej nienawidzi, bo Stefan i tak ją wybierze. Ala milczy, więc w sumie jest to pół dialogu, ale zawsze. Wyjaśnienia tego nagłego wybuchu agresji u skądinąd pozytywnej i chyba jako jedyna narysowanej więcej niż trzema kreskami bohaterki, która do tego jest w tym momencie górą, bo to z nią Stefan przestał być prawiczkiem w ruinach śródmiejskiej kamienicy jednak się nie doczekujemy. A po chwili Kama ginie, w ostatnim słowie wysyłając Stefana z powrotem do Ali.  Która, w międzyczasie, ma tajemnicze spotkanie z tajemniczym mężczyzną w mundurze, którego ze zmęczenia tą wysublimowaną fabułą już nie rozpoznałam, i (chyba?) zostaje jej darowane życie. Choć może i zostaje zabita, a w ostatniej scenie Stefan w miejscu, w którym się przed Powstaniem poznali spotyka tylko jej ducha? Tego, drogi widzu, już się nie dowiesz.
Film, jak napisałam, miał potencjał. Dobry pomysł na scenariusz został jednak zmasakrowany do stopnia momentami uniemożliwiającego ogarnięcie fabuły (motywacja bohaterów? zakończenie?). Z młodych, nieogranych odtwórców głównych ról jakikolwiek warsztat aktorski posiada jedynie Kama. Stefan cały film gra na jedną minę, Ala - na jeden kołtun z ogromnych, jasnych włosów. I o ile u odtwórczyni roli Ali jakieś starania o zagranie widać, choćby w scenie kiedy opowiada bajkę dzieciom w powstańczym szpitalu, o tyle nasz główny bohater równie dobrze mógłby być bohaterem tego wiersza Leśmiana, do słów którego powstał utwór "Panna Anna" grupy Viridian (jest na TyTubie, a jakże). W rezultacie pokazania tej postaci jako dziecinnego, egocentrycznego neurotyka mniej więcej od połowy filmu zgasły we mnie jakiekolwiek resztki sympatii do niego i czekałam w utęsknieniem, która niemiecka kula będzie uprzejma pozbawić mnie konieczności patrzenia na niego. Żeby nie było, żem uprzedzona - siedzący obok mnie Rysiek miał dokładnie tak samo. 
Drugi element potencjału - realizacja. Owszem, nowoczesna, nieco teledyskowa stylistyka w połączeniu z naprawdę dobrymi efektami specjalnymi jest ciekawą metodą pokazania filmu wojennego i sprawdza się nad podziw dobrze. Niestety, bardzo atrakcyjna strona wizualna nie jest w stanie zakryć powalającej mielizny scenariusza. Nawet poruszająca scena wybuch samobieżnej miny jest zepsuta montażem, który osobom nie domyślającym się, skąd nagle z nieba deszcz krwi i ludzkich fragmentów nie wskazuje tego wyraźnie. Niemniej tak, ta scena wstrząsa nawet tak sarkastycznym samolotem jak ja. Ta jedna. 
Atrakcyjną wizualnie stronę filmu psuje mocno upodobanie reżysera do scen kręconych na zwolnieniu. Tu, niestety, trochę krecią robotę odwalił Staszek Mąderek, który kilka dni temu, na "Kapitularzu" miał świetną prelekcję o tym, jak ratował teledysk Ireny Santor zabity nadmiarem złego slow motion. Mając w pamięci jego opowieść już po drugim slo - mo w filmie miałam dziką potrzebę natychmiastowej obecności Staszka, który i ten film może by uratował. Zwłaszcza, że jako druga zwolniona w filmie występuje ta powalając swoją głupotą scena pierwszego pocałunku Stefana i Ali. Oczywiście pod niemieckim ostrzałem, a w naprawdę złym slo - mo pociski zakreślają wokół nich płonące koła. Nie da się uniknąć skojarzeń z faerie i wszelkim wróżkowym narodem, dzięki Ci reżyserze, że serduszek nie kreślą. Z całej kolekcja bardzo złego zwolnionego montażu w tym filmie jako tako wypada jedynie scena parcour przez nagrobki, która (o ile ogarnęłam, bo już wtedy mało co mówili do siebie) obrazuje ucieczkę bezbronnego Stefana spod niemieckiego ostrzału. I ją niestety zabija - tym razem wyjątkowo źle dobrana ścieżka dźwiękowa. Ale za to, jeśli jesteśmy przy ścieżce dźwiękowej - nieco dyskusyjne użycie muzyki dubstepowej w podkładzie do sceny zbliżenia Stefana i Kamy mi na przykład spodobało się bardzo, i jest chyba kwintesencją ducha świeżej nowoczesności w tym filmie. 
I jeszcze słówko o brutalności: niestety, samymi gęsto ścielącymi się urwanymi kończynami współczesnego widza ciężko poruszyć. Jeśli nie stoi za nimi jakaś historia, tak ja w scenie z samobieżną miną, za którą jeszcze raz szacun, to przy takiej ich ilości, jaką w filmie zastosowano, bardzo szybko następuje zmęczenie materiału i widz przestaje reagować. Innych środków na pokazanie brutalności reżyser nie opatentował, żenująco nieautentyczna scena próby gwałtu na Ali nie zawiera nawet odpięcia najwyższego guzika u sukienki, wybuch granatu w kanale, którym powstańcy ewakuują się ze Starówki wszystkich pozostawia przy życiu, a śmierć matki i brata Stefana robi wrażenie dosztukowanych bardzo na siłę do nieodpowiedniej sceny. 
W charakterze końcowego gwoździa do trumny pozwolę sobie zapytać, dlaczego w tak okrutnie pruderyjnym filmie, gdzie wszyscy bohaterowie pomimo trudnych warunków latają szczelnie pozapinani w odzież, a w scenie erotycznej nie ma nawet kawałka nagiej piersi zostałam tak bezsensownie potraktowana widokiem chłopięcych genitaliów w całej okazałości w senie, w której Stefan pomaga się kąpać młodszemu bratu? Do fabuły te genitalia nie wniosły nic, za to niesmak pozostawiły duży.
Poza tym nie najmniejszym problemem "Miasta 44" jest również to, że na wiosnę przeszła przez nasze ekrany adaptacja "Kamieni na szaniec". Owszem, Gliński miał łatwiej niż Komasa, bo pracował na gotowym, sprawdzonym materiale literackim. Ale też budżet i środki miał sporo mniejsze. A jednak zrobił film spójny, porywający, może i kontrowersyjny - ale i bardzo realistyczny. Jedna scena ze skatowanym Rudym prostowała mózg bardziej niż wszystkie urwane ręce.

Dawno temu Terentz chwalił się, jak to w księgarni wyjął młodej parze z rąk "Władcę Pierścieni" w tłumaczeniu Łozińskiego i podał Skibniewską mówiąc, że to był jego najlepszy uczynek w tym roku. Chociaż nie miałam już siły szukać 44 powodów, dla których nie wolno na ten film iść, i choć w myśl zasad fair play przyznałam mu też kilka zalet - mam nadzieję, że ten post powstrzyma choć jedną osobę od zrobienia sobie krzywdy za pomocą obejrzenia "Miasta 44" i w ten sposób stanie się moim najlepszym uczynkiem tego roku.




piątek, 25 lipca 2014

Research. Od tego się nie umiera.

Czyli dlaczego niektóre samoloty są mądrzejsze od niektórych amerykanów.

Jakiś tydzień czy dwa temu, pod wpływem zgrabnego artykułu na Wybiórczej (tak, wiem, miałam nie czytać, ale w pracy czasem trzeba nie umrzeć) zapadłam na nagłą fascynację radiostacjami numerycznymi.
Cóż to, zapytacie, za fokken kak?
Otóż mniej więcej od zakończenia drugiej wojny światowej, choć niektórzy badacze twierdzą, że nawet od pierwszej, co jakiś czas na falach krótkich pojawiają się transmisje polegające na odczytaniu przez kogoś ciągu cyfr, czasem przedzielonych znakiem "/". Co jakiś czas to znaczy co kilka dni, i na ogół bez żadnej regularności. Głosy są i męskie i żeńskie, a nawet bywają dziecięce, najczęściej słychać, że jest to syntezator mowy. Wśród używanych języków dominują angielski i rosyjski, ale jest sporo transmisji niemieckich, hiszpańskich, a nawet polskie się trafiają. Cyfry są odczytywane kilku - kilkunastokrotnie, a potem eter milknie. I tak aż do następnej transmisji.
Pomimo tego, że żaden rząd nigdy nie przyznał się do posiadania radiostacji numerycznej uważa się, że w ten sposób agencje wywiadowcze nadają rozkazy dla swoich agentów terenowych. Sposób śmiertelnie prosty i dużo trudniejszy do namierzenia niż transmisja na ten przykład internetowa - teoria ma sporo sensu.
Ciekawych tematu zapraszam na podwieczorek z Ciocią Wikipedią, temat jest tam omówiony nad podziw rzetelnie. Lubiącym natomiast wkręcać się w klimat polecam:
http://tajemnicesw.cba.pl/t/tajemnice_sw.html
Bardzo przystępnie napisana polska strona o wszelakich dziwactwach fal krótkich, ze smaczną kolekcją nagrań transmisji numerycznych. Słuchanie po zmierzchu tylko na własną odpowiedzialność.
Tu zaś:
 
Naprawdę mocny utwór wykorzystujący nagranie transmisji numerycznej. Czytanej przez głos dziecka, z powodu zakłóceni niemożliwe do ustalenia, czy syntetyczny. Słuchanie w ogóle na własną odpowiedzialność.
Dokąd zmierza ten przydługi wstęp? Otóż w ubiegłym roku nasi Wielcy Bracia nakręcili film sensacyjny "The Number Station". Streszczenie scenariusza brzmi prosto ale ciekawie: otóż wypalony cyngiel na usługach jakiejś amerykańskiej agencji dostaje przydział służbowy do ochrony stacji numerycznej gdzieś w Anglii, i własną głową ma odpowiadać za obsługującą ją szyfrantkę. Aż pewnego dnia na stację napadają nieznani sprawcy...
Zanęcona fascynującym mnie ostatnio tematem wyszperałam film w otchłaniach internetów, uczyniłam w narożnej Żabie zapas piwa Zacnego, zgasiłam światło, zapaliłam świece i zasiadłam do seansu.
I to był błąd.
Spiętrzenie absurdów, niedociągnięć scenariusza, nieznajomości realiów - którą widzę po tygodniu studiów internetowych - wołają bowiem o pomstę wszędzie.
Na początku jedno dobre słowo: scenografia. Zdjęcia w stacji są naprawdę przekonujące, labirynty zielono oświetlonych, obskurnych pomieszczeń z czasów zimnej wojny tworzą śliczną i klaustrofobiczną atmosferę. Mniejsza, że nierealną - ale to naprawdę jedyne dobre słowo jakie mogę powiedzieć o tej produkcji. Dalej będzie już tylko planowe niszczenie gatunku.
Pamiętacie, że nasi bohaterowie, cyngiel i jego szyfrantka pracują w głęboko zakonspirowanej radiostacji, prawda? No to na dzień dobry dostajemy widok z zewnątrz na labirynt piaskowo - betonowych wydm kryjących w sobie podziemną stację. Antena radiowa? A po co nam tu antena radiowa? Czy my coś nadajemy, a zwłaszcza na falach krótkich? Anteny, proszę państwa, ani śladu.
Pod tym linkiem
http://www.simonmason.karoo.net/page496.htm
Macie zdjęcia kompleksu RAF na Cyprze. Ilość i wielkość zabudowanych w nim anten wywołała powszechnie uznaną teorię, że to tu mieściła się jedna z najsławniejszych stacji numerycznych, The Lincolnshire Poacher, nadająca nieprzerwanie od 1946 do 2008 r. i każdą audycję rozpoczynająca charakterystycznym fragmentem piosenki ludowej.
Jeśli macie jakiś kontakt do amerykańskich scenarzystów podrzućcie im proszę te zdjęcia i spróbujcie wytłumaczyć, że radiostacja bez anteny nie będzie działała. No nie da się.
Druga sprawa to konspiracja. Skoro radiostacje numeryczne oficjalnie nie istnieją, to jasne, przyjeżdżając na trzydniową szychtę w głębinach jednej z nich zaparkujemy sobie pod samym wejściem samochód. Nie, nie na parkingu kilometr dalej, skąd będziemy drałować do naszej stacyjki podziemnym korytarzem. Tuż pod wielkimi, żelaznymi, zabezpieczonymi śluzą drzwiami do naszy kazamatów, nos w nos. I nie, nie dyskretne osobowe autko - dosadnego czarnego suva, krzyczącego na cały silnik "cześć, jestem samochodem rządowym".
Mało? No to jedziemy dalej.
Przychodzi zakodowany rozkaz, pani szyfrantka koduje go jeszcze raz z pomocą komputera, następnie wynik działania komputera przepisuje ołówkiem do notesiku, i z notesiku odczytuje do mikrofonu. Jeden jedyny raz, transmission is over. Tymczasem każde znalezione przeze mnie źródło internetowe, z ciocią Wiki na czele twierdzi, że transmisje numeryczne są powtarzane kilka - kilkanaście razy (no bo co, jeśli agent spóźni się na nasłuch 10 sekund? nie dostanie połowy rozkazu?). Ponadto od wynalezienia syntezatora mowy znakomita większość transmisji jest nadawana za jego pośrednictwem, chociażby dla zminimalizowania możliwości identyfikacji stacji na podstawie badań głosu lektora.
Dochodzi do napadu, nasz wypalony cyngiel i jego śliczna szyfrantka zostają zaatakowani przy wejściu do stacji i salwują się ucieczką do jej wnętrza. We wnętrzu okazuje się, że najpierw trzeba się zająć opatrzeniem rany dziewczyny i filozoficzną dyskusją o życiu pszczół, potem wezwaniem pomocy, a potem tępym gapieniem się w ścianę i użalaniem nad sobą i koniecznością wykonania nieładnych rozkazów. Dopiero potem następuje sprawdzenie, pomieszczeń stacji, żeby ustalić co tu się do pioruna stało. I to też nie takie dokładne, bo okazuje się, że o ile napastnicy skasowali nagrania z kamer przemysłowych stacji, to jakimś cudem ocalały nagrania audio, i nasi bohaterowie zaczynają je przesłuchiwać. Dość wybiórczo zresztą, i oddzielają kolejne odsłuchy kolejnymi dyskusjami o niczym. Dopiero po jakiejś połowie filmu państwo wpadają na pomysł zwizytowania piwnicy, w której coś się ewidentnie nagrało. W piwnicy owej znajdują dwa trupy płci męskiej i jeden włączony i nie zahasłowany laptop marki Apple, z którego poznają niecne plany złoczyńców. W tym momencie wiemy też, że złoczyńcy zdążyli nadać piętnaście zakodowanych przez siebie transmisji za pomocą naszej stacji bez anten.
I otóż na początku filmu mieliśmy wzmiankę o tym, że pani szyfrantka jest w istocie kryptologiem wykształconym na Uniwersytecie Browna. Jako wykształcony kryptolog przez kolejny kwadrans wpatruje się w laptopa bezradnie, nie mając pomysłu jak złamać hasło, którym zabezpieczony jest klucz do kodu złoczyńców. Nie próbuje ani pół programu dekodującego, jedynie zgrywa na pendrive nie zabezpieczone dane.
Samo tłuste to jednak końcówka.
Otóż dzielnym bohaterom udaje się złamać klucz, odwołać rozkazy z poprzednich transmisji i salwować ucieczką. Zupełnie nagle okazuje się, że radiostacja była też małym składem gotowych ładunków semtexowych o dużej mocy, i cyngiel opuszczając stację z ranną szyfrantką na rękach rozrzuca je wokół siebie niczem kasztanowiec liście jesienią. Taka niefrasobliwość powoduje za chwilę ognisty wybuch. Z zegarków na zapalnikach wynika, że facet w średnim wieku z nieprzytomną sporą osobą na rękach odszedł od stacji przez dwie minuty,  a mimo to wybuch o sile wyrywającej w górę piaskowo - betonowe wydmy nawet go z tej odległości nie osmala. Za to w najeździe kamery widzimy, że jakieś 100 m przed nim jest za siatką droga, a tą drogą właśnie przejeżdża biała półciężarówka, której kierowca nawet nie próbuje się zainteresować, co tu wybuchło.
I deserek. Tak, po tym wszystkim jest jeszcze deserek...
Nasi bohaterowie to, przypominam, amerykanie, jesteśmy zaś w Wielkiej Brytanii. Jakby nie patrzył  nie u siebie. Nasi bohaterowie zdążają kradzionym autkiem wprost do najbliższego szpitala, pod którym widowiskowo rozbijają się na zaparkowanej karetce. Następnie nieprzytomny facet, który właśnie zdemolował własność szpitala, i równie nieprzytomna dziewczyna z raną postrzałową, bez jakichkolwiek dokumentów tożsamości (tego się akurat tylko domyślam) zostają do tego szpitala przyjęci i odłożeni ad acta. Nawet policji przy sobie nie mają odzyskując przytomność i spokojnie czekając na przyjazd swojego szefa.
Do tej pory myślałam, że większe zło fabularne niż pamiętna "Salt" nie może istnieć. Przykro mi, byłam w błędzie - ale dlaczego musiałam przekonać się o tym tak dotkliwie???
Idę obejrzeć kolejny odcinek "ER". Ten serial przynajmniej ma merytoryczną konsultację...

czwartek, 22 maja 2014

Dyskretny urok PRL

Kto z Was pamięta jeszcze czasy słusznie minionego ustroju?
Ja - słabo.Stan wojenny wprowadzono kiedy miałam kilka lat i pamiętam tylko, jak Mamuśka zaprowadziła mnie, już po zmroku, na pobliską pętlę autobusową gdzie stał transporter opancerzony a żołnierze grzali łapy na koksowniku. Chciała mi w ten sposób pokazać, czego mam się wystrzegać, kolejny transporter spotkałam jednak dopiero jako dorosła.
Mam pewien sentyment do tamtych czasów. Owszem, było szaro i beznadziejnie - ale Mamuśka dawała radę z jednej pensji posłać mnie co roku na obóz harcerski. Ja, w kraju demokratycznym, na obozy Ryśka musiałam brać już pożyczki z banku.
A dlaczego w ogóle ten wstęp przydługi? Bo pewien pan Sławomir, Koper zresztą, popełnił był cykl książek. A ja je właśnie skończyłam czytać.
Pan Sławomir z wykształcenia jest historykiem. Debiutował opisując - z różnym skutkiem - czasy II RP, po czym znienacka postanowił się przesunąć do przodu, do czasów PRL właśnie.
Pięciotomowy cykl biograficzny połączony skrótem "PRL" w każdym tytule tworzą: "Kobiety władzy", "Życie artystek", "Sławne pary", "Skandaliści" i "Gwiazdy kina". W pierwszej kolejności polecam, jako najciekawszą z tego grona, "Życie artystek".
Ogólnie pan Sławomir ma fajne, lekkie pióro, i gdyby nie to, że zbyt często powtarza całe fragmenty jednej opowieści, jeśli jej bohatera przestawia w kolejnej - byłoby 5. Niestety jednak jest nasz autor leniuszkiem, i choćby za to, że opisując w "Życiu Artystek" Marylę Rodowicz a w "Gwiazdach kina" Daniela Olbrychskiego cały fragment o romansie tej pary przekopiował z jednego w drugie - jest 4 z plusem.
Ale pomimo tego błędu, widocznego w zasadzie tylko kiedy się czyta całą serię ciągiem - polecam. Polecam przekonać się osobiście, że PRL wcale nie był taki szary i beznadziejny jak nam się z dzisiejszej perspektywy wydaje. Miał swoje gwiazdy. Ot, choćby pani Nina Andrycz, aktorka skądinąd genialna - a jednak żona komunistycznego premiera, poddająca się kolejnym aborcjom, aby dzieci nie przeszkadzały jej w graniu. Albo Wojtek Frykowski - syn milionera - prywaciarza, który ukrywał ojca po całej Polsce przed stalinowskim wymiarem sprawiedliwości (tak, tak, wtedy bycie prywatną inicjatywą było karane), potem poślubił najpopularniejszą poetkę tamtych czasów, Agnieszkę Osiecką, doprowadził do ruiny otrzymany od ojca majątek i wyemigrował do Stanów, gdzie padł ofiarą morderstwa. Albo Kalina Jędrusik - zaszufladkowana jako seksbomba, przez ukochanego męża, Stanisława Dygata odsunięta od łoża, (ciężka choroba serca wykluczała jakikolwiek wysiłek z jego strony), sprowadzająca do domu coraz to nowych kochanków, nieraz w obecności ukochanego męża.
Działo się wtedy, działo dużo i barwnie. Maryla Rodowicz, w przerwach między koncertami jeździła po Polsce konno z Olbrychskim lub wyścigowym samochodem z Andrzejem Jaroszewiczem. Owdowiała Maria Dąbrowska po latach zgodnego pożycia z mężem zawikłała się w romans z zamężną pisarką i wciąż od nowa schodziła się z nią i rozstawała. Władysław Broniewski popadał w alkoholizm po przypadkowej śmierci najukochańszej córki. Agnieszka Osiecka z kolej córkę pozostawiła jej ojcu, Danielowi Passentowi, a sama dalej pisała, piła, i pogrążała się w romansach. Jarosław Iwaszkiewicz z poświęceniem opiekował się żoną pomiędzy jej kolejnymi pobytami w szpitalach psychiatrycznych. Władysław Gomułka starał się nie wychylać z informacją, że jego żona to żydówka.  Halina Poświatowska szykowała się do drugiej operacji serca, której miała nie przeżyć...
Można PRL lubić, nie lubić, albo lekce sobie ważyć. Niemniej pan Sławomir udowadnia każdemu, nawet najbardziej opornemu, że PRL żył i bawił się we wszystkich odcieniach. Może tylko szarości - ale, jak widać z jego książek, szarość odcieni ma mnóstwo.
PRL miał też gwiazdy, których ekstrawagancji nie powstydziłby się dzisiejszy Pudelek. I wciąż ich niezwykłe życiorysy czyta się z wielką przyjemnością. 
Warto czasem, tak zwyczajnie i bez spinki uśmiechnąć się do tamtych czasów. A pan Sławomir Koper i jego książki mogą Wam w tym pomóc.

sobota, 15 marca 2014

Pomniki z brązu

Jak się już kiedyś przyznałam - wychowana na etosie Szarych Szeregów od podstawówki, dotąd trzymam w ciepłym kawałku serducha Rudego, Alka, Zośkę i całą resztę "Kamieni na szaniec". Na planowaną ekranizację Roberta Glińskiego czekałam niecierpliwie, co prawda pełna niepokoju że jednak pociągną poprawny politycznie wątek stosunków homo między bohaterami, ale kiedy tylko pojawiła się na ekranach wzięłam vouchery w kieszeń, Ryśka pod pachę i zarządziłam kino.
Wyszłam z niego spłakana, głęboko poruszona i mówiąc krótko - szczęśliwa, że ktoś wreszcie pokazał bohaterów mojej młodości w tak prawdziwy sposób. Owszem, razi w filmie skupienie na postaciach Zośki i Rudego i niemal całkowite zepchnięcie Alka na trzeci plan.W caluśkim filmie ma jeden istotny dla swojej postaci wątek: szczęśliwej kurtki pożyczonej na akcję. A gdzie "Jam tu, ludu Warszawy", a gdzie płyta z pomnika Kopernika, a gdzie wreszcie ważna w książce scena, gdy umierający Alek niemal ostatnimi słowy upewnia się, że z Rudym wszystko dobrze, a umierający kilka kilometrów dalej Rudy pyta, kiedy Glizda przyjdzie go odwiedzić?. Okrutnie brak Alka, tego porywczego i pomysłowego żywego srebra, które tak doskonale uzupełniałoby nad wiek poważnego Zośkę i delikatnego romantyka Rudego - ale tylko dla fanów książki. Scenarzyści poprowadzili historię tak zgrabnie, że nie ma między tamtymi dwoma pustki, ich niezwykła przyjaźń nie wymaga uzupełnienia. Ale jako fan książki ten brak Alka zarzucić mogę. I tylko to.
Wciąż przytłoczona ostatnimi, przesmutynymi scenami wróciłam do domu, otwarłam internety coby coś więcej o filmie poczytać - i doznałam szoku bladego.
Otóż okazało się, że film zbiera tak chłoszczące recenzje, że skoro mi się spodobał - powinnam rozważyć po raz kolejny stan własnego zdrowia psychicznego. Spadkobiercy Kamińskiego wycofali swoje nazwiska z czołówki, "Pomarańczarnia" rozsyła wszędzie listy otwarte o tym, jak bardzo nie zgadza się z szarganiem legendy swoich bohaterów, panowie krytycy filmowi jadą bez trzymanki po Danucie Stence i Arturze Żmijewskim grających rodziców Rudego - no niedobrze się robi.
A o co tak w zasadzie idzie?
Otóż nasi bohaterowie mają dziewczyny i wątpliwości moralne. Z dziewczynami chodzą do łóżka, a wątpliwości moralne okazują zastanawiając się, czy mogą strzelać do ludzi, nawet jeśli to Niemcy. Ponadto nie mają za specjalnego nabożeństwa do rozkazów swojego nieco ciapowatego przełożonego, i w większości akcji najpierw działają, potem myślą. Czyli - nienaganne pomniki z brązu jakby chwieją się w posadach...
Więc zastanówmy się przez chwilę:
Rudy i Zośka (uszanujmy decyzję scenarzystów o usunięciu Alka, nawet jeśli zupełnie jej nie rozumiem) mieli podczas opisywanych zdarzeń po 22 lata. Z jednej strony owszem - pełnili wysokie funkcje w harcerstwie, z drugiej -mieli po 22 lata i próbowali się odnaleźć w chaosie wojny, która dopadła ich jako osiemnastolatków. Chcieli bić Niemców i chcieli odzyskać swoją ojczyznę - ale nie chroniło ich to przed przezywaniem przyjaźni czy miłości.
Zresztą: miłość, ha, jakaż perwersyjna i dosadna jest w tym filmie! Rudy i jego Monika (wielkie brawa za tą rolę, Monia niby jest nieco histeryczną i dość płytką, choć wielce uroczą blondyneczką, ale scena, w której z płaczem tuli i całuje martwe, zakrwawione ciało Rudego wołając "Janeczku, zabiorę Cię stąd, tylko daj mi rękę, pójdziemy stąd Janeczku" wywraca coś w człowieku do spodu) jeden raz się całują i zaczynają z siebie ściągać ubrania, kiedy przerywają im wracający skądś rodzice Rudego. Zośka i Hala z kolei (wielkie brawa za tą rolę, Hala jest nad wiek poważna i spokojnie nudna, taki typowy odpoczynek wojownika) idą ze sobą do łóżka tuż po Akcji pod Arsenałem, co możemy poznać po namiętnym pocałunku, a tuż potem nagim biodrze Hali. Toż to pornografia, prawda?
Czy to takie złe, że w ich życiach nie było tylko walkie o niepodległość ale też uczucia? W czym fizyczna miłość do Hali jest gorsza od przyjaźni do Rudego, jaką czuł Zośka? Dlaczego odmawia mu się prawa, aby po stresie przygotowania i przeprowadzenia akcji pod Arsenałem i traumie utraty w niej trzech kolegów poszukać zapomnienia i ulgi w łóżku z Halą, dziewczyną z którą był i pomieszkiwał już od dłuższego czasu?
Rudy nie umie skręcić karku kupionemu na obiad gołębiowi, a potem nie chce jeść pieczeni z ptaka zabitego na jego oczach. Co w tym dziwnego? Jest młody, idealistyczny, myśli dużo o świecie i swojej w nim roli. Ale przecież kiedy podczas czyszczenia mieszkania Heńka na podwórko znienacka wchodzą Niemcy - strzela do nich jako pierwszy.
Chłopcy wyrywają się dziko do walki, rozkopują cmentarze w poszukiwaniu broni, ciułają pieniądze i sprzedają niemal wszystko aby od kogokolwiek odkupić choć pistolet, błagają dowódcę Grup Szturmowych o skontaktowanie ich ze strukturami AK. Mają dość gazowania kin i malowania swastyk na murach, chcą walczyć. I trudno ich potępić. Są młodzi, pełni ideałów patriotycznych, chcą ratować swoją ojczyznę. Zgodnie z wiekiem - najpierw działają, potem myślą. Albo raczej zgodnie z wychowaniem - nikt się nimi nie interesuje, nikt nie próbuje skanalizować gdziekolwiek rozrywającej ich energii, dowódca spycha ich na dalszy plan jak jakiś trudny problem. Czy to takie dziwne, że trochę wariują i nie zawsze myślą odpowiedzialnie?
No i wreszcie sceny z rodzicami Rudego... Litości!
Tato Bytnar mówi, ściskając ręce skatowanego syna, jak bardzo jest z niego dumny. Wszystkie źródła zgodnie twierdzą, że tato Bytnar był prostym człowiekiem, byłym żołnierzem. Może naprawdę podziwiał bohaterstwo swojego syna tak bardzo, że musiał to powiedzieć? A może tylko widział, jak źle jest z Rudym i chciał się z nim pożegnać?
Mama Bytnarowa na widok zakrwawionego Rudego mówi, że zrobiła rosół. A on się uśmiecha. Miała usiąść przy nim i zapłakać, czy zemdleć widowiskowo? Mamę Bytnarową z kolei źródła opisują jako przedwojenną damę o kręgosłupie z żelaza, która niemal sama od podstaw stworzyła w Warszawie szkolnictwo specjalne. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że na widok umierającego dziecka skupiła się w całości na nim, na tym, aby go wesprzeć, uspokoić swoją obecnością. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego wolała wszystkie siły włożyć w wywołanie na jego twarzy choć cienia uśmiech niż w łzy. Swoją drogą - kawałek dalej następuje scena z mamą Bytnarową i Zośką, który przyszedł ją poinformować o śmierci syna. Jest genialna, a  Danuta Stenka pokazuje w niej mistrzostwo aktorskie. Już bardziej łopatologicznie niż tą sceną nie można włożyć widzom do głowy jaką osobą była mama Bytnarowa.
Reasumując: bez wątpienia "Kamienie na szaniec" to film Roberta Glińskiego. Pokazuje w nim swoją wizję tamtych wydarzeń, nie bije czołem przed jedynym słusznym obrazem wykreowanym w książce Kamińskiego - i chwała mu za to. Do mnie wizja Glińskiego przemawia mocno. Bohaterstwo Zośki, Rudego i ich kolegów zdaje się tym większe, że oparte na tak ludzkich postawach. Bali się, kochali - ale walczyli, bo tak było trzeba. A gdyby Rudy miał czas o ty myśleć - to sam by był pewnie najbardziej zdziwiony tym, że jednak wytrzymał.
Ja takich bohaterów kupuję na pniu.  Radzę sprawdzić, czy i Wy kupicie - naprawdę warto obejrzeć ten film.


niedziela, 19 stycznia 2014

Dallas'63

Na skutek nadmiaru lektur papierowych przypomniało mi się ostatnio o cudownym wynalazku służbowego telefonu i możliwości pobierania nań e-booków na koszt firmy. I jakoś tak w podobnym czasie przypomniało mi się też, jak dawno nie czytałam Kinga. A więc na mojej żółtej komóreczce wylądowało "Dallas'63".
Zacnie panu Kingowi wyszło, nie powiem. Jakże oklepany temat podróży w czasie udało mu się opisać całkiem sensownie. Może dlatego, że jako jeden z niewielu zwraca uwagę na takie subtelności, jak użycie określeń których jeszcze nie ma, czy konieczność pozbycia się współczesnych przyzwyczajeń. Oraz na to, co może wyniknąć ze zmian w przeszłości.
Temat wyszedł świetnie, podobnie jak tak ukochane przez mnie małe miasteczka - tu wyjątkowo w stanie Teksas - ich mali obywatele, i ich małe codzienne sprawy. King mistrzem powieści obyczajowej jest i basta. 
Biorąc pod uwagę te dwa wątki - rekomenduję serdecznie "Dallas'63" jako jeden z lepszych ostatnio utworów Kinga.
Ale zostaje jeszcze najważniejszy wątek powieści - zabójstwo Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. 
Tu, na szczęście, King ograniczył się do opisu pogoni bohatera za Lee Oswaldem, którego plany stara się udaremnić. Dla każdego, kto kiedykolwiek czytał świetną "Historię Oswalda" Normana Mailera spotkanie z Lee na kartach "Dallas'63" będzie jak spotkanie ze starym znajomym. King napisał go niemal tak samo jak Mailer: jako znerwicowanego, niepewnego, nieco zagubionego w świecie. Nie byłby jednak Kingiem, gdyby nie dołożył czegoś od siebie. I o ile wyeksponowanie patologicznej relacji Lee z matką może wzbudzać dla niego niechętne współczucie, o tyle przemocowe traktowanie Mariny, przywiezionej z ZSRR żony nie władającej angielskim i zagubionej jeszcze bardziej niż on sam - trudno wybaczyć.
W każdym razie Oswald wychyla się do nas z kart książki dokładnie tak szczurkowato - wężowaty, jak można by wnioskowac na podstawie jego zdjęć. I następuje olbrzymi dysonans - ponieważ według Kinga ten niezaradny życiowo wymoczek... działał sam.
W dużo bajek jestem w stanie uwierzyć, ale w samotnego strzelca w Dallas - nigdy. Przeczą tej tezie co najmniej trzy fakty:
1)
Teoria magicznej kuli.
Według Komisji Warrena jeden, słownie jeden pocisk o kalibrze 6,5 mm (spory, ale jeszcze nie duży, tak więc niesiony energią też wyłącznie sporą) miał przebić klatkę piersiową Kennedy'go, klatkę piersiową  siedzącego przed nim gubernatora Connely'ego, a następnie jego przedramię i udo, zakręcając przy tym w powietrzu między Kennedy'm na tylnym siedzeniu, a Connel'ym na przednim. Na poniższym miłym filmie:
Pan grafik komputerowy rekonstruuje przebieg magicznej kuli w oparciu o pozycje zajmowane przez obu polityków w samochodzie, i przekonująco udowadnia, że kula nie musiała wcale zakręcać między nimi. I git. Ale nie próbuje się nawet rozprawić z teorią, że jeden pocisk średnigo kalibru, po pokonaniu ponad połowy swojego zasięgu był w stanie przebić cztery przeszkody, z czego dwie pierwsze znacznej grubości i utknąć gdzieś w wykładzinie samochodowej. Według wszelkich zasad balistyki taki pocik powinien zakończyć lot na drugiej przeszkodzie, której już nie byłby w stanie przebić. A co z przebiciem dwóch męskich torsów w linii całkowicie prostej (jak to udowadnia pan grafik na filmie), bez choćby milimetrowego rykoszetu na kościach? 
No magiczna kula, nic innego... Albo drugi pocisk, z broni innej niż karabin Carcano Oswalda, której nijak nie dało się przylepić do teorii samotnego strzelca.
2)
Czysta fizyka część 1.
Lee Harvey Oswald odbył służbę wojskową. Odbył ją, owszem, w korpusie piechoty morskiej - ale jako operator radaru na lotnisku w Japonii. Zachowały się jego wyniki z wojska świadczące o tym, że strzelcem był średnim. Tymczasem wg ustaleń Komisji Warrena oddał ze swojego starego Carcano w stronę oddalającego się samochodu prezydenta trzy strzały w ciągu niewiele ponad sześciu sekund. Na poniższym miłym filmie widać, co się dzieje, kiedy współczesny strzelec wyborowy US Army próbuje powtórzyć ten wyczyn:
3) 
Czysta fizyka część 2.
Na koniec zapraszam do obejrzenia najsłynniejszego świadka zamachu w Dallas - filmu Abrahama Zaprudera. Jakość jest średniawa, jak to filmu zrobionego w 1963 r. amatorską kamerą, ale w 0:20 widać dokładnie moment, kiedy pocisk zamachowca trafia Kenned'ego w głowę. (Uwaga, ta scena naprawdę wymaga mocniejszych nerwów). Oswald strzelał z tyłu, będąc już za limuzyną. Widać, że prezydentowi nagle brakuje połowy czoła - czy rana wylotowa od pocisku 6,5 mm, bo przy strzale z tyłu to musiała być wylotowa, może w ogóle spowodować takie obrażenia? Oraz, to najważniejsze pytanie ostatnich 50 lat: dlaczego po strzale z tyłu głowa prezydenta odskakuje DO TYŁU właśnie?
Tak więc o ile na codzień mam raczej dobry ubaw z teorii spiskowych, tak w tym szczególnym wypadku bardzo proszę, i pana Kinga, i całą resztę: nie wmawiajcie mi, że Oswald strzelał sam. Nie warto. I tak Wam nie uwierzę.
"Dallas'63" natomiast przeczytać warto. Polecam. 

środa, 4 września 2013

Najpierw kryminalnie

Zbiegł mi się w czasie wyrok w sprawie Katarzyny Waśniewskiej z lekturą i filmem, które mogłyby stanowić doskonałą przeciwwagę dla tej sprawy.
Co do wyroku - żal, że to tylko 25 lat, ale rozumiem sędziego - od dożywocia mogłaby się wyapelować. W mało której sprawie ostatnio miałam tak radykalną potrzebę natychmiastowego przywrócenia kary śmierci, jak w sprawie pani W. 25 z prawem do zwolnienia po 15 wydaje mi się nieco pogłaskaniem jej po główce "tak, tak, już dobrze, społeczeństwo Cię utrzyma", ale z drugie wstyd by był, gdyby jakiś radykalny sędzia SN przesunął się jednak na stronę dzieciobójstwa (w polskim KK przestępstwo uprzywilejowane) i uznał jej apelację. 25 więc, choć nie zaspokaja mojego poczucia sprawiedliwości jest wyrokiem bezpiecznym i dającym szanse na utrzymanie się w apelacji.
Kilka dni temu, zajrzawszy po coś jak zwykle innego do Empiku ujrzałam na półce z bestsellerami "Życie po śmierci" Damiena Echolsa, i, rzecz jasna - natychmiast nabyłam. I to jest właśnie moja przeciwwaga.
W 1993 roku, w West Memphis, samym środku południowego "niczego" w Stanach doszło do wstrząsającego morderstwa trzech ośmiolatków. Nagie, skrępowane ciała chłopców znaleziono w strumieniu sporego lasu na terenie miasta. Wszyscy trzej zostali dotkliwie pobici a następnie utopieni.
Bardzo szybko lokalny kurator d/s młodzieży, cierpiący na chorobliwą obsesję na punkcie satanistów wskazał jako sprawców trzech nastolatków noszących się na czarno i słuchających haevy metalu, a policja potulnie poszła tym tropem. Damien oraz jego przyjaciel Jason i wspólny kumpel Jessie zostali aresztowani i oskarżeni na podstawie samych poszlak. Jedną z nich było na przykład zeznanie Jessiego - 17 latka o ilorazie inteligencji 72 pkt, przesłuchiwanego przez 12 godzin bez obecności rodzica lub adwokata, w trakcie przesłuchania przekupywanego obietnicą zmniejszenia kary i wypłacenia 35 tys dolarów na nowy samochód dla ojca. Inną - zeznanie kelnerki, której dziećmi czasem zajmował się Jason o tym, jak to wraz z nim i Damienem pojechała na satanistyczny esbat. Samochód miał prowadzić Damien, który ani prawa jazdy, ani własnego samochodu nie posiadał.
Na skutek różnych, nieraz dziwacznym manipulacji władz sądowych Arkansas 17 letni Jessie został skazany na dożywocie + 40 lat, 16 letni Jason na dożywocie bez prawa do warunkowego zwolnienia, 18 letni Damien, uznany za przywódcę - na karę śmierci.
Na szczęście do zrobienia reportażu o tej sprawie została skierowana ekipa filmowa z HBO. Kręcili się po West Memphis blisko rok, rozmawiali z rodzinami ofiar i oskarżonych, uczestniczyli w procesach. Z ich materiałów powstał wielokrotnie nagradzany film dokumentalny "Paradise Lost. The Child Murders at Robin Hood Hilla" a pod wpływem jego pokazów zaczęło się formować grono zwolenników tzw. Trójki z West Memphis i podnosić się pierwsze głosy o tym, że zostali niesłusznie oskarżeni. W walkę o uwolnienie Trójki zaangażowały się z czasem tak znane osoby jak Johnny Deep, Marylin Manson, Eddie Vader czy Peter Jackson. Trwała długo - 18 lat. Kiedy udało się przeprowadzić nowe badania DNA wykazujące, że na żadnych z dowodów z miejsca znalezienia zwłok nie ma DNA żadnego z Trójki, za to jest np. ojczyma jednej z ofiar i stan Arkansas stanął w obliczu bardzo prawdopodobnego odszkodowania za niesłuszne skazanie i niemal 60 lat niesłusznego więzienia - z dnia na dzień Trójka została zwolniona z więzień na postawie kontrowersyjnej konstrukcji prawa precedensowego która spowodowała, że w świetle prawa nadal są skazanymi mordercami dzieci. Wszyscy trzej są na wolności już prawie dwa lata, i wszyscy trzej są nadal zaangażowani w prywatne śledztwo w sprawie morderstw, gdyż na mocy ugody ze stanem nie mają prawa do pozwu o niesłuszne skazanie i dopiero wykrycie prawdziwego mordercy pozwoli na ich uniewinnienie.
Damien Echols na wolności opublikował już dwie autobiograficzne książki. Z tej, którą przeczytałam wyłania się obraz inteligentnego i mocno uduchowionego człowieka, który wykorzystał swoje 18 lat i 78 dni na niesamowity rozwój psychiczny i intelektualny. Lubię Damiena z tej książki. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby kiedyś podyskutować z nim o muzyce, która nam obojgu jest bliska. Lubię też Jasona. W filmie "Paradise Lost" sam wygląda jak dziecko w za dużym, więziennym uniformie. Jego wiek zdradza tylko niski, już całkiem męski głos i brzydko popsute zęby. Kiedy Jason otrzymał propozycję ugody ze stanem jako jedyny z Trójki odmówił twierdząc, że jest niewinny i wyjdzie z więzienia niewinny lub wcale. Dopiero kiedy dowiedział się, że jego niewidziany od 18 lat najlepszy przyjaciel Damien mocno podupadł na zdrowiu i dalsze pozostanie na oddziale śmierci grozi mu całkowitym załamaniem - przyjął ugodę podkreślając wyraźnie, ze robi to dla Damiena.
Dlaczego uważam te dwie sprawy za przeciwne? W obu zginęły dzieci. W obu sprawczyni i "sprawcy" byli często eksponowaniu w mediach i stali się swoistymi "nekrocelebrytami". Katarzyna W. od samego początku napełniała mnie nieskrywanym obrzydzeniem i mocnym przekonaniem, że ta baba coś knuje. Trójka wzbudza tylko współczucie i sympatię.
Mam nadzieję, że uda im się wygrać swoją walkę do końca.