Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 sierpnia 2018

Dla każdego coś kiczowatego

Byłam na Suwalszczyźnie, kicam już w miarę samodzielnie i na własnych nogach, dla odmiany wysiadł mi błędnik, moje zwolnienie dobiegło chwalebnego końca i w poniedziałek z obrzydzeniem podążam do roboty - krótki bilans brakujących 3 tygodni. Ale ja nie o tym. 
Z ulicy wchodzi się do nas bramą usytuowaną po prawej stronie pierwszego bloku, za którym stoi drugi, z ulicy średnio widoczny. Od bramy idzie się wzdłuż jednej ściany pierwszego bloku, a dopiero za nim skręca w podwórko, po drodze następuje więc kilka metrów z których widać jedynie skrajną prawą ćwiartkę podwórka. 
No i właśnie wczoraj, wracając sobie z Ryśkiem z upiornie zdrowych zakupów żywieniowych sunęłyśmy przez te kilka metrów, kiedy nagle, jak w tym dowcipie o czołgach zasypanych piaskiem - PIERDUT!. A mianowicie orkiestra huknęła tango. Normalna, regulaminowa (choć nieduża) orkiestra: harmonia, skrzypce, jakiś ręczny bęben, sami panowie, odziani na niebiesko. Pomiędzy momentem PIERDUT a chwilą ich zobaczenia zdaje się osiwiałam ze strachu, a już na pewno moje serce wykonało potrójne salto ze śrubą. Mamo Gaju! Nie ma pojęcia o zaskoczeniu kto nigdy nie przeżył znienackiego tanga zza winkla, serio. 
Jak się okazało, i jak można było przypuszczać - była to zupełnie zwyczajna orkiestra weselna, pod pierwszą klatką stało odpowiednio odpicowane autko, zaraz zaroili się kamerzyści ze statywami i dzieci z płatkami kwiatków i sąsiedzka para młoda statecznie opuściła budynek, cierpliwie prezentując fotografom sztuczne uśmiechy, a następnie zapakowała się do autka. To wszystko zarejestrowałam kątem oka, kicając pośpiesznie do domu coby nikomu w kadr nie wleźć. Chyba się udało. 
Orkiestra odegrała uczciwie całą melodię, zdobywając przy okazji oddaną fankę w postaci sąsiadki z pierwszego piętra (na codzień drącej się do partnera "Zaje*** cię" lub "zaje*** mnie" tak, że u nas słychać), która przetańczyła całość na chodniczku koło garaży. Sama ze sobą, partnera nie stwierdzono. Młodzi odjechali, w ślad za nimi orkiestra, a my z Rysiem spuściłyśmy kuchenne zasłonki zza których oglądałyśmy sytuację i odetchnąwszy wróciłyśmy do swoich spraw. 
Rzecz jasna ja, wracając, rozmarzyłam się pluszowo na temat mojego własnego wesela - że mieliśmy taki luz, żadnych orkiestr, żadnych fotografów, tylko my, nasi przyjaciele i dobre piwo. Scena na podwórku była kwintesencją tego, czego marząc tyle czasu o ślubie za wszelką cenę pragnęłam uniknąć - potwornego i typowo polskiego przerostu tradycji nad treścią. A wszak ślub ma być świętem młodej pary, która może wcale nie życzyć sobie orkiestry rżnącej do ucha i mieć bardzo z tyłu to, że ich rodzice, dziadkowie i ciotki takie orkiestry mieli. 
Swoje sprawy polegały przede wszystkim na uczynieniu dużej ilości sałatki (rukola, tuńczyk, kukurydza, kiszone ogórki, serdecznie polecam) i rozsiadnieciu się z nią przed kompem w celu obejrzenia wyczekiwanego "Hurricane Bianca: From Russia With Hate". Randka z ulubionym królowymi przebiegła nadzwyczaj pomyślnie, i naładowana mega pozytywną energia mogłam już przystąpić do reszty mojego dnia.
W trakcie którego rozważałam smutno, dlaczego, do diabła, straciłam półtorej godziny kończącego się za szybko zwolnienia na ten przerysowany film zaczynający się od dowcipu o kupie a potem równąjcy w dół. Biancę Del Rio, Shangelę Laquifę Wadley i Jekaterinę Pietrownę Zamołodczykową mogłam sobie równie dobrze pooglądać na YouTube a nie męczyć się słuchając różnych okropnych wersji rosyjskiego akcentu i czekając, aż wysadzą kiepsko narysowany Kreml. 
A może młodzi państwo sąsiedzi właśnie marzyli o wyjeździe z domu przy wtórze orkiestry, i długo się będą chwalić jak pięknie ich powitała?
Notka dla siebie: nie mierz innych swoją miarką i zrozum wreszcie, że nie każdy musi mieć taki sam gust jak ty. You stupid bitch!
Notka dla czytelników: nawet jeśli kochacie RuPaul's Drag Race zdecydowanie radzę odpuścić sobie "From Russia With Hate".

sobota, 21 lipca 2018

Ze wspomnień niewidzialnego człowieka

Jaki jest niezawodny sposób, aby od ręki zniknąć, zwaporyzować się, przestać istnieć?
Wsiąść do dowolnego pojazdu MPK z ortezą i o kuli. 
Pomimo posiadania tych dwóch, jakże ważnych dodatków do mojej skromnej osoby czasem muszę jednak gdzieś pojechać - na przykład do lekarza na kontrolę. Na ogół staram się wybierać terminy poza godzinami szczytu i jest całkiem znośnie - nawet kilka razy zdarzyło się, że ktoś mi ustąpił miejsca, uznając najwyraźniej, że w prawie pustym wagonie stanie nie jest takie złe. Jeśli jadę przystanek - dwa to z kolei sama bez problemu postoję, cumując się wygodnie przy samych drzwiach i nie terroryzując współpasażerów bez potrzeby.
Czasem jednak się zwyczajnie nie udaje. Bo, na przykład, awaria wodociągów podmyje tory i wyłączy z użytku jedną z dwóch w Pięknym Mieście zajezdni tramwajowych, a próby obsługi linii pozostałymi wozami wprowadzą stan niebezpiecznie zbliżony do katastrofy komunikacyjnej. 
A ja akurat tego dnia muszę się dostać z centrum do dentysty za pomocą autobusowej linii zastępczej...
Najpierw trzeba na nią czekać dobry kwadrans. Zegarek tyka, czas wizyty zbliża się niebezpiecznie. Wreszcie jest - pierwszy przystanek po krańcówce, a autobus już zapchany. W połowie studenteria (linia jedzie w kierunku osiedla uniwersyteckiego mijając po drodze kilka wydziałów), w połowie czcigodne i omszałe starowinki (mija również dwa duże szpitale). Tarabanię się jakoś do środka - nic, zero reakcji. Okej, to tylko klika przystanków, ścisk duży, próba przedarcia się na któreś wolne miejsce wywołałaby zbyt dużo zamieszania. Nie warto. Postoję sobie. Serio. To, że tradycyjnie nikt z siedzących przy samych drzwiach mnie nie widzi zupełnie jakoś nie dziwi...
Cumuję na słupku przy drzwiach, szczelnie do niego przytulona, na przystanku przy pierwszym szpitalu wpływa kolejna szeroka struga ludzi, autobus korkuje się zupełnie. Próbuję się zwinąć w jeszcze ciaśniejsza kulkę, kiedy nagle słyszę gromkie:
- Co pani tak stoi, pani usiądzie, pani tylko miejsce ludziom tą kulą zajmuje, to jest po prostu chamstwo!
Zerkam przez ramię - starszy facet, nawet schludny, ale nos czerwony i wali od niego jak po wczorajszej libacji. 
Pytam grzecznie:
- A gdzie mam usiąść, nie wie pan może?
Współpasażerowie siedzący pracowicie liczą muchy na suficie. Ze stojących - ktoś dalej parska śmiechem.
- A co mnie to, urwał, obchodzi? - odwrzaskuje mi z oburzeniem facet i coś do siebie jeszcze pod nosem mamrocze.
Z lekka osłupiała wysiadam na swoim przystanku.  Z pasażerów, rzecz jasna, nie reaguje nikt. 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Od planespotterów mnie zachowaj, z wrogami poradzę sobie sama

Moja niechęć do członków zorganizowanych grup obserwujących samoloty i robiących im zdjęcia datuje się jeszcze z czasów mieszkania w Warszawie i posiadania dostępu do portu lotniczego z normalnym ruchem. Wtedy bardzo okropnie chciałam do nich należeć, ale że rekrutacja była non stop zamknięta, rzecz jasna nie mogłam. Zaczęłam więc patrzeć na nich trochę (bardzo) krytyczniej i wręcz wypatrywać różnych drobnych incydentów, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że planespotterzy są przekonani, że o samolotach wiedzą wszystko, tymczasem wiedzą guzik. Taki z czterema dziurkami. 
Najdobitniejszym przykładem z tamtych czasów pozostaje historia lądowania pewnego Jumbo Jeta.
Otóż, wbrew pozorom, B747 Jumbo Jet wcale nie pojawiają się na Okęciu regularnie. Lot nie ma ich na wyposażeniu, a linie które mają przeznaczają głównie na przeloty transkontynentalne, i w najbliższym oceanu hubie przerzucają pasażerów na mniejsze maszyny. Wyjątkiem jest El - Al który w okolicy rocznicy powstania w gettcie warszawskim zawsze przysyła Jumbo Jetami dwa lub trzy czartery. Poza kwietniowymi El - Alami każda operacja Jumbo jest szeroko zapowiadaną atrakcją i gromadzi zwykle sporą grupę samolotolubów. 
A co dopiero nocne lądowanie. Takie właśnie miało nastąpić pewnego pamiętnego maja, i to, o ile dobrze pamiętam, po 23:00. Mieć z tego zdjęcia byłoby cudnie!
Przyjechaliśmy wcześniej, na górkę przy ul Wirażowej gdzie zastaliśmy już sporą grupkę - w tym kilku panów w odblaskowych kamizelkach Warsaw Spotters przy rozstawionych na statywach aparatach i z jakimś czymś do nasłuchu na wieżę.
Siedzimy sobie, kurzę papieroska, samoloty ślicznie lądują na 15, znad Lasu Kabackiego. Jest około 5 minut po planowanej godzinie przylotu Jumbo, kiedy pojawiają się kolejne światła, tym razem jakby większe i szerzej rozstawione. Szturcham więc Ryśka łokciem że chyba jest, i zaczynam szykować moją mizerną Minoltę. Rysiek, ucieszony, podskakuje do płotu, panowie spotterzy czują się w więc w obowiązku uspokoić nieletnią tłumacząc, że to na pewno nie 747, to lotowski czarter z Londynu Heathrow, przed chwilą się zgłaszał do wieży. 
No może i lotowski, ale te światła takie duże... I jakby dwa silniki pod skrzydłem się rysują... No to myk, do płotu, i wzdech z zachwytu jak ślicznie, majestatycznie i cichutko sobie nasz 747 właśnie usiadł. A ponowie spotterzy, z klasyczną wojskową kurwą waszą macią na ustach pogalopowali do swoich grubych tysięcy w sprzęcie fotograficznym. 
Nie wiem, czy zdążyli zrobić jakiekolwiek zdjęcie. Ja całkiem sporo. Jakość ujemna, ale emocje cudowne. I od tamtego wieczoru zaczęłam powtarzać, że ja nie jestem spotterem tylko miłośnikiem awiacji. Bo spotter musi, a miłośnik co najwyżej może...
Niedawno znów wyrwałam się na wywczas do stolicy, a czując wielki już głód lotniskowego ruchu zaplanowałam również chwilę (czytaj: trzy godziny) na posiedzenie na ulubionym tarasie widokowym Portu Lotniczego im. F. Chopina. Atrakcją miał być start Boeinga 777 Emirates Airlines do Dubaiu - i był, a że opóźniony o prawie 2 godziny to już urok transkontynentalnych startów. Oczekiwanie miało jednakże dwa zasadnicze, dobitne minusy: dwóch wannabe spotterów.
Młodzieńcy - mniejszy jakieś 10 - 12 lat, większy jakieś 12 - 13 szaleli po całym tarasie pod znudzoną opieką taty większego. Większy był chyba zresztą szefem tego duetu, bo z rzadka tylko robiąc przerwy na oddech wciąż nauczał młodszego jak skutecznie kochać samoloty, i jak bardzo kocha je on sam. Fakt, że obaj mieli na komórkach odpalone liveatc.net i żaden z nich nie używał słuchawek był doprawdy najmniejszym problemem - super że młodzież zna tą przydatną stronę. Problemem były kocopoły plecione przez starszego - i fakt, że nijak nie dawało się ich nie słuchać, tak głośno terkotał.
Między innymi dowiedziałam się że :
- bardzo chce zostać pilotem, a jak się nie uda zostać pilotem to nie, nie chce być stewardem, chciałby zostać szefem personelu...
(Fakt, że nie da się zostać szefem personelu nie zdobywszy najpierw wymaganego nalotu i potrzebnych uprawnień stewardów niższych szczebli zapewne złamie mu karierę)
- ten samolot co to wystartował już zaraz przełączy się na aprocz i od startu będzie rozmawiał już z aproczem...
(Na approach, zwany też zbliżaniem, samoloty przełączają się po osiągnięciu pierwszego korytarza przelotowego, ponieważ po starcie piloci są zajęci wchodzeniem na pułap i trzymaniem kursu oraz gadaniem z wieżą, nikt nie ma głowy do zmiany częstotliwości i przełączania się na kolejnego kontrolera. Niby podział obowiązków wieża/zbliżanie/obszar wydaje się elementarzem każdego słuchacza liveatc. A tu nie...)
Zaś kiedy 777 wreszcie ruszył do kołowania większy z młodzieńców zaniósł się radosnym wrzaskiem: 
- Słyszałeś? Powiedział "Dzień dobry Emirates 001"! Polak go pilotuje, powiedział "Dzień dobry Emirates 001"!!!
Obawiam się, że gdybym wtedy nie założyła słuchawek próba wytłumaczenia młodzieńcowi iż: po pierwsze to "Dzień dobry Emirates oo1" mogła powiedzieć co najwyżej wieża Okęcia do samolotu, po tym jak grzecznie powitał ją "Good afternoon Okęcie Tower" - w komunikacie wskazuje się jego adresata a nie identyfikuje siebie - a po drugie żeby nie robił hecy bo powitanie w języku kraju na którego lotnisku jesteśmy jest standardem savoire vivre'u wśród pilotów, i "Dzień dobry Okęcie Tower" od arabskiego kapitana też by niezwykłe nie było  - mogłoby się skończyć naprawdę źle...
Nowe pokolenie Warsaw Spootters dorasta i jest gotowe napsuć krwi każdemu samolotolubowi!

 

niedziela, 8 stycznia 2017

Poniedziałek

W tamten grudniowy poniedziałek jechałam z domu na Atlas Arenę, na mecz ulubionych Budowlanych, zwanych też Kluskami. Zwykle jadę tramwajem, a pod Dworcem Kaliskim przesiadam się na jeden przystanek na autobus. Zwykle dojeżdżam też na ostatnią chwilę, ale w tamten poniedziałek, akurat wyjątkowo, udało mi się wyjść z domu na tyle wcześnie, że pod Dworcem miałam całkiem bezpieczny zapas czasu. Postanowiłam wykorzystać go z pożytkiem, i jako że telefon sygnalizował obecność ciekawych Pokemonów pod dworcem - ruszyłam w tamtą stronę coby drani nałapać. Nałapawszy, cała zadowolona, wróciłam na przystanek - i już wychodząc zza kiosku zobaczyłam, że przed przystankiem stoi samochód, na jezdni ktoś leży, a w okół kręci się kilka osób, na pierwszy rzut oka widocznie zdenerwowanych.
Podeszłam. Na nieco miękkich nogach. Stojący samochód okazał się nie mieć połowy przedniej szyby a leżącą osobą okazała się ciemnowłosa kobieta z lewą stopą odkręconą o 180 stopni względem anatomicznego położenia. Wypadek.
Na pewno jakaś część mojego mózgu  na chwilę po prostu się zatrzymała. Niedowierzanie, zdziwienie, może nawet jakiś lekki szok. Druga część, ta malutka i uparta zaczęła jednak momentalnie odwijać z zakurzonego zwoju skrypt do zajęć z zabezpieczenia miejsca zdarzenia jakie prowadziłam przecież dość często w Mińsku. A za drugą częścią  mózgu ruszyły nogi. 
Wlazłam w sam środek, uklękłam przy kobiecie podkładając jej pod głowę kłębek z mojej czapy, rękawiczek i chusty. Zapytałam czy pogotowie zawiadomione, kazałam wezwać policję, zapytałam co się stało, wysłałam chłopaka żeby odganiał jadące tym pasem samochody, histeryzującej pani w płaszczu która na własne oczy widziała jak dziewczyna szła po pasach a wariat zgarnął ją na maskę nie próbowałam nawet tłumaczyć, ze facet nie jest wariatem skoro zatrzymał się i grzecznie czeka na służby tylko kazałam zaczekać również, tyle że na przystanku, w bezpiecznej odległości.
O dziwo - posłuchali. 
I na to wszystko zza moich pleców rozległ się wysoki od nerwów głos Ryśka, który też przecież na mecz jechał i tu się miał przesiadać: "Mama, co się dzieje, coś trzeba pomóc?". Kiedy nie odwracając się odparłam że nie, under contcrol, czekamy na służby, może jechać na halę - też o dziwo posłuchała. 
Dziewczyna odzyskała przytomność i zaczęła pytać, co się stało. Doskoczył do niej jeden z kręcących się chłopaków, niemal biały blondyn, ten sam który wzywał pogotowie. Kazał jej poruszyć głową, uścisną się za rękę, poruszyć zdrową stopą - jest dobrze, kręgosłup cały. 
Jakoś po chwili nadjechała policja, zapytali co się stało, kazali nam z jej pilnować - no to pilnujemy. Zaczęłam ją wypytywać o dane personalne, adres, gdzie mieszka, co tu robiła, kogo zawiadomić - podała telefon rodziców, blondyn zadzwonił.  Ja w tym czasie wciąż pytałam, zmuszałam ją go mówienia. Co kilkanaście sekund, z monotonną regularnością dziewczyna zapętlała się "Ale co się stało? Miałam wypadek? Przecież ja przechodziłam na zielonym? Jak to możliwe?", za każdym razem używając niemal tych samych słów. 
W końcu nadjechało i pogotowie. Rozcięli jej spodnie,ustabilizowali nogę, założyli kołnierz, pozwolili sobie pomóc i przytrzymać jej głowę przy przenoszeniu na deskę. Zapakowałam jej jeszcze do torby okulary - całe - i miękki , szary szal który chłopcy znaleźli na miejscu wypadku, życzyłam zdrowia czego pewnie nie zrozumiała nawet, i dopiero kiedy karetka ruszyła zaczęły mi się trząść ręce. 
Policjant poprosił mnie i blondyna, dostał personalia pokrzywdzonej, numery kontaktowe, i nasze dowody z informacją, że nic nie widzieliśmy, bo blondyn stał plecami do jezdni a ja przyszłam po wypadku.
A potem nam podziękował. Tak po prostu.
I wiecie co? Ja wiem, że naprawdę zasłużyliśmy na te podziękowania. 
Nie, nie uratowaliśmy dziewczynie życia. Ale jednak pomogliśmy je ratować. Nie pozwalając jej na ponowną utratę przytomności czy panikę. Nie pozwalając ciekawskim gapiom na zadeptanie jej. Ustalając przed przyjazdem policji większość potrzebnych danych.  
To właśnie o tym uczyłam w Mińsku - że najważniejsze jest objąć kontrolę nad sytuacją i minimalizować straty. 
Acz kiedy dojechałam wreszcie na halę, zdjęłam rękawiczki żeby przywitać się z kolegami i zobaczyłam krew dziewczyny na swoich rękach - zrobiło mi się słabo.
Budowlane, dziękuję, wygrały.
A Tobie, Kasia, w Nowym Roku szybkiego powrotu do zdrowia i skutecznej rehabilitacji!

niedziela, 1 stycznia 2017

Przepis na Sylwestra...

... może nie najlepszego na świecie, ale na pewno jednego z fajniejszych:
1. Od miesiąca marudź, że na pierwszy Sylwester po odzyskaniu MGIP najchętniej rzuciłabyś wszystko i wyjechała w Bieszczady;
2. Zgłoś się na ochotnika do służbowego dyżuru w Nowy Rok, co jakikolwiek wyjazd skutecznie uniemożliwi;
3. Ulegnij chlipaniu Przyjaciółki że pokłóciła się z Fagasem szlag jej trafił plany Sylwestrowe, i obiecaj że zaplanujecie coś razem;
4. Zlekceważ temat, zajmij się swoim życiem, zostaw wszystkie knowania na głowie Przyjaciółki;
5. Na tydzień przed Sylwestrem daj się zaskoczyć informacją że pogodziła się z Fagasem i Sylwestra spędzicie tak jak chciałaś przy planszówkach - ale wspólnie i u niego;
6. Wścieknij się solidnie i przy każdej okazji opowiadaj MGIP dlaczego nie trawisz Fagasa Przyjaciółki;
7. W Sylwestra śpij do południa a następnie weź się za porządki w domu, no bo Jaskinia zarosła a w Nowy Rok chcecie wrócić do przytulnego gniazdka;
8. Ponieważ Fagasa nadal nie cierpisz więc na gościnę u niego musisz być przygotowana na tip top - po zakończeniu porządków stań przy kuchni i dopieszczaj jedną sałatkę i jedno ciasto niczym na przyjęcie u Elżbiety II;
9. Po zakończeniu przygotowań kuchennych poweźmij męskie postanowienie że nie wyjdziesz z domu dopóki nie obejrzysz horroru;
10. Załóż słuchawki, włącz "Blair Witch" i przez następne półtorej godziny warcz na MGIP że im dłużej będzie ci przerywał, tym później wyjdziecie;
11. Obejrzawszy swój horror przygotuj się do wyjścia w 20 minut - łącznie z pełnym makijażem typu smokey eye i położeniem farbek w sprayu na włosy;
12. Po przybyciu na miejsce zaurocz się akwarium Fagasa;
13. Dużym nakładem sił i środków powstrzymaj się od wytłumaczenia mu, że alkoholowy Chińczyk i "Magia i Miecz" to NIE SĄ takie same planszówki;
14. Zaurocz się  idealnie przygotowanym przez Fagasa stołem z przekąskami i ciekawym alkoholem;
15. Razem z MGIP wyłóżcie zwięźle zasady "Magii i Miecza" i zaurocz się wielkimi uśmiechami Przyjaciółki i Fagasa którzy już, natychmiast chcą zacząć grać;
16. Spędźcie cały wieczór przy "Magii i Mieczu" zaśmiewając się do rozpuku, klimacąc i bawiąc w najlepsze;
17.  W ostatniej chwili oderwijcie się od planszy żeby jechać na pokaz fajerwerków;
18. W drodze na przystanek i w nocnym zaśmiewajcie się dalej z MGIP i Fagasa ratujących butelkę domowego wina z której wysadził się korek;
19. Podczas pięknego pokazu wypijcie wspólnie półtora litra musującej Kadarki a następnie szczerze się uściskajcie i rozejdźcie do własnych domów;
20. Po raz kolejny, tym razem w ramach postanowienia noworocznego, napisz sobie na czole: NIE BĘDĘ OCENIAĆ LUDZI NA PODSTAWIE PIERWSZEGO WRAŻENIA!

Moim miłym czytelnikom w 2017 roku chciałabym z tego miejsca życzyć:

 

sobota, 19 listopada 2016

Paprykarz z moherem

Pojechaliśmy sobie na saunę. Wszyscy troje bardzo lubimy od czasu do czasu się porządnie ugrzać, ani Rysiek ani MGP nie mają problemów z wzajemną nagością, zawsze spędzamy super czas.
Mając już pewien staż saunowy wiemy, że często przychodzą tu pary. Potrzymają się chwilę za rączki, usiądą razem podczas naparzania, jedno drugiemu zrobi masaż plecków - rzuca się w oczy, jeśli dwie osoby spozierają na siebie nawzajem męsko - damskim wzrokiem. I nic więcej ponad spozieranie jak dotąd się nie rzuciło, gdyż pewne zasady zachowania na saunie są tak powszechne, że na ogół nie trzeba ich tłumaczyć.
No właśnie - na ogół.
Przy ostatniej naszej wizycie weszliśmy do rzymskiej sauny wypełnionej mnóstwem aromatycznej pary. Powiedzieliśmy grzeczne "dzień dobry" i usiedliśmy na ławeczce. Dopiero wtedy zauważyłam, że na ławeczce po drugiej stronie siedzi spory, łysy pan i drobna, czarnowłosa pani - na jego kolanach. Pan obejmował ją ciasno, gładząc po krągłym bioderku i... Cóż, naprawdę wyglądało to tak, jakby pieścił językiem jej szyję. Pani z wdzięcznym chichotem zarzuciła głową i donośnie pocałowała pana z mokrym mlaśnięciem. Ukontentowany pan wymierzył jej siarczystego klapsa i oddał pocałunek, jeszcze bardziej mokro i jeszcze głośniej. 
Rysiek usiadł do państwa plecami, ale ja i MGP popatrzyliśmy po sobie ze sporą konsternacją. MGP wzruszył w końcu ramionami i zamknął oczy, ale ja jakoś nie mogłam sobie znaleźć wygodnej pozycji żeby nie patrzeć na dłoń pana znów wędrującą w rejonie prawego biodra pani. Na szczęście nadeszło kilku kolejnych saunowiczów i państwo przerzucili się na szeptanie sobie na uszko i chichoty przerywane cmoknięciami. A my wyszliśmy.
Wyszliśmy zaś po to, żeby przechodząc koło okrągłego basenu z umieszczonymi po obwodzie dyszami zobaczyć leżącą w strumieniu bąbli panią, którą leżący obok partner leniwie gładził po obu pośladkach. 
I teraz z jednej strony czuję się konserwatywnie jak pół kilo paprykarzu i niemal moherowo, skoro zgorszyły mnie niewinne w sumie pieszczoty. I, szczerze mówiąc, nie jest to miłe uczucie.
A z drugiej strony... Nigdy nie chodziłam na saunę dla nagości, tylko dla relaksu i zdrowia, akceptując z dobrodziejstwem inwentarza że nagość jest do tego potrzebna. Dokładanie do tej nagości podtekstu seksualnego sprawia, że przestaję się czuć dobrze będąc nago w obecności dodających. I to też nie jest miłe.

Miłe natomiast bez wątpienia jest to, że portal Meduza przygotował dla czytelników playlistę z najnowszym albumem Metallicy, po rosyjsku zwanej czule Mietłą.
"Hardwired... To Self - Destruct" - indżojcie!



środa, 2 listopada 2016

Zupełnie nowy szczyt...

... bezczelności.
Otóż moim drodzy - nasrać komuś na wycieraczkę, zadzwonić i poprosić o papier to od dziś już przereklamowany przeżytek!!!
Dzisiejsze popołudnie, centrum Pięknego Miasta, chwilowa przerwa w deszczu. Pakujemy się z Ryśkiem do tramwaju, całe zadowolone że podstawiła się cicha, wygodna i dość mało zaludniona Pesa. I nagle fala smrodu wgniata nas w głąb wagonu. Rzecz jasna - żul jedzie tramwajem więc tramwaj jedzie żulem. 
Żul jak żul - pińcet plus warstw odzieży i przedwieczna torba, śmierdząca niemal równie okropnie. Pakuje się całą swoją lepką od brudu osobą do wagonu, przepycha do młodej blondyny w czerwonej kurtce, nachyla ku niej - i niezbyt dyskretnym sznaps barytonem każe sobie ustąpić miejsca.
Dziewczę, prawdopodobnie oczadziałe od jego nachylenia się - wstaje i odchodzi w głąb wagonu.
Żul z zadowolonym stęknięciem zasadza zadek.
Młody chłopak zajmujący siedzenie przed nim również się zrywa i oddala, tym razem w stronę motorowego. 
Mama siedząca na równoległym podwójnym bierze swoje dziecię w wieku przedszkolnym na kolana i odsuwa się z nim do okna, nerwowym szeptem tłumacząc, że tu wcale nie śmierdzi, wydaje się dziecięciu.
Innych reakcji brak.
Tolerancja - okej, popieram. Bądźmy tolerancyjni.
Ale bez przesady...

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Za każdy kamień Twój...

Bardzo kocham moje Piękne Miasto, i dam w ucho każdemu, kto powie że nie. W końcu sama je wybrałam. Ale jest taki jeden, specyficzny dzień w roku kiedy od samego rana wciąż bez przerwy myślę o innym mieście, tym,  w którym się urodziłam i wychowałam.  A potem, o 17:00, wychodzę na ulicę żeby zatrzymać się na chwilę wśród ryku syren. A jeśli nie syren - to ze słuchawką w uchu, do której kochane Muzo FM gra mi jak co roku "Godzinę W" Lao Che. 
Bo tak mnie wychowano i głęboko wierzę, ze tak trzeba. 
I tak samo starałam się wychować córkę - chyba się udało, bo dziś podziękowała mi, że nauczyłam ją co to znaczy być dziewczyną z Warszawy. 

Bardzo kocham moje Piękne Miasto.
Ale ja również jestem dziewczyną z Warszawy. 

niedziela, 17 lipca 2016

Takie małe wzruszenie...

W ostatni piątek pojechałam oddać krew. Zupełnie nie miałam tego w planach ze względu na ciężką sytuację w pracy, ale okazało się że Mały Sąd pilnie potrzebuje donacji dla krewnego, a że sama nie może oddać, w trybie nagłym wysłała mnie, nie przejmując się marudzeniem "Ale pani Sędzio, przecież my mamy sesję...". Przestałam zatem marudzić i pojechałam.
Pierwsze zdziwienie spotkało mnie już przy rejestracji - zostałam poproszona o oddanie płytek. Drugie, znacznie większe - zostałam do pobrania płytek dopuszczona. Nie żeby ktokolwiek był tym zachwycony, no co Wy, nie obyło się bez uwag że recepcjoniści kierują jak leci w ogóle nie weryfikując czy dawca się nadaje. Jak niby recepcjonistka miałaby to weryfikować wydając formularze już siostra nie wyjaśniła, a ja się nie dopytywałam, bo właśnie zakładała mi wkłucie. Sympatyczny komentarzyk wywołały oczywiście moje mizerne żyły ze zrostami, i miły laborant przy badaniu miał mały problem, i siostra przy wkłuciu do separatora, ale jak już wkłuła - niebo. Nie wiem na czym polegała zmiana, od mojej ostatniej separacji minęło ładnych parę lat i zostało po niej tylko dość koszmarne wrażenie ogólnego umęczenia. Tym razem leżałam sobie wygodniutko, a jakże na podusi, separator mruczał przyjemnie, wyraźnym pufnięciem sygnalizując zmianę kierunku przepływu krwi, monitor od razu odwrócono w moją stronę więc mogłam sobie wszytko bacznie obserwować. Może chodziło o to, że niwelujące działanie podawanego z transfuzją zwrotną cytrynianu wapno podano mi przed zabiegiem, a nie dopiero kiedy zaczęła drętwieć twarz, a kiedy zaczęła - natychmiast i bez żadnych komentarzy dostałam drugą dawkę? A może o to, że cykle pobranie/transfuzja były dużo dłuższe i równiejsze niż je zapamiętałam, w związku z czym i skoki ciśnienia między moim własnym 102/64 a maszynowym 125/90 były mniej dolegliwe? A może po prostu separator Amicusa jest lepiej przygotowany niż wcześniej przeze mnie testowanej Trimy? Nie umiem tego sprecyzować, śmiało jednak mogę powiedzieć, że ta separacja była po prostu przyjemna. A na zakończenie, od tej samej siostry która opiekowała się mną cały zabieg usłyszałam, że z przyjemnością widzimy się za miesiąc, tylko żebym pamiętała prawą rękę do zabiegu zostawić, bo w lewą to nawet ona mi się nie wkłuje. Czyli jednak się da. 
Szkoda, że tyle lat na to "da się" musiałam czekać i denerwować się po drodze, ale jak już nastąpiło - to naprawdę jakoś tak milej się zrobiło.
Najmilsze jednak było przede mną. Wychodząc zatrzymałam się jeszcze przy rejestracji czekając, aż moja donacja pojawi się w systemie i będzie można podpiąć do nazwiska biorcy. Konwersowałam sobie przy tym z sympatyczną siostrą recepcyjną, między innymi ciesząc się głośno że umówiłam się za miesiąc na następną separację, i wreszcie popchnę jakoś te moje nieszczęsne uprawnienia. "A ile potrzeba popchnąć?" zapytała siostra. "No, na darmowe podróże MPK to 22,5 litra, czyli jeszcze prawie dwa" odrzekłam zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. "Nie, nie" naprostowała mnie siostra "Na darmowe MPK jak wszędzie 15 litrów dla pań, 18 dla panów, w zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że zmienili".
Po kilkukrotnym upewnieniu się, że nie wpuszczają mnie w kanał, że faktycznie moje wielkie utrapienie że w Warszawie mogę za darmo a w Pięknym Mieście już nie wreszcie za mną, po kilkunastokrotnym głośnym wyrażeniu radości z tego faktu i odebraniu od siostry zaświadczenia, że 15 litrów to już ho, ho i dawno temu, które ma mi teraz zastąpić migawkę - dałam się wreszcie wygonić do domu. Gdzie dotarłszy oczywiście padłam spać.
Jakoś tam w środku jednak wciąż się uśmiecham do świeżo pozyskanych uprawnień, więc kiedy dziś po treningu w szatni siedziałam ze znajomą i skarżyła mi się, że miała feralny dzień zakończony do tego bliskim spotkaniem z kanarem i przyjęciem mandatu - pochwaliłam się na ten tychmiast że mi to już nie grozi. Znajoma zaczęła pytać jak to, wyjaśniłam więc pokrótce że krwiodawstwo, uprawnienia itp. A w swoim kątku za szafkami siedziała przez cały czas jedna z instruktorek, dziewczyna spokojna do granic autyzmu, słynąca z tego że nie raz nie odpowiada nawet na pytanie, a nie pytana nie odzywa się nigdy. Po moim zwięzłym wyjaśnieniu znajoma krzyknęła "Co? Ty chyba nienormalna jesteś! Ja bym dawno umarła ze strachu przed igłą!"
Nie zdążyłam zripostować. Instruktorka jak duch wysunęła się ze swojego zakątka i nie patrząc na nikogo powiedziała spokojnie: "Może i nienormalna, ale niektórzy żyją dzięki takim jak ona. Na przykład ja. Pęknięcie śluzówki żołądka, cztery transfuzje. Dziękuję ci. Robisz świetną robotę, nie przestawaj" i nie czekając na niczyją reakcję wyszła. 
A mnie ze wzruszenia aż zatkało. Bo właśnie po raz pierwszy, a krew oddaję od 18 roku życia, stanęłam twarzą w twarz z kimś, kto powiedział że żyje dzięki transfuzji i mi dziękuje. Zawsze wiedziałam, że warto - ale teraz także zobaczyłam, dlaczego warto. I tak mi się nieprawdopodobnie ciepło zrobiło... 
Bo to właśnie o to chodzi. Bo moja krew może uratować czyjeś życie.

I Twoja, kochany czytelniku też. Więc może by pora zajrzeć w końcu do najbliższego RCKiKu;)?

sobota, 18 czerwca 2016

Patologia nie jedno ma oblicze...

Pamiętacie jeszcze domorosłego Greya z mojej lutowej notki o rasizmie literackim? 
Otóż ostatnio, zupełnie przez przypadek, jako że mój kontakt z Martusią niemal nie istnieje - dowiedziałam się, jaki był finał tego płomiennego romansu wszechczasów.
Wannabe Grey okazał się otóż... synusiem mamusi. 
Mamusia miała klucze do mieszkania i regularnie wpadała tam robić porządki pod nieobecność synusia, mamusia co niedziela czekała z obiadkiem więc niedziele musiały być święcie dla mamusi przeznaczone, mamusia wiedziała i umiała wszystko najlepiej. Synusiowi to nie przeszkadzało zupełnie i oczekiwał od otoczenia bezdyskusyjnej aprobaty takiego stanu rzeczy. Martusia zaś, wywodząca się z domu w którym ma zdrowe relacje z obojgiem rodziców, kiedy już jej pierwsze oczadzenie przeszło - aprobaty za nic okazywać nie zamierzała, gdyż wszechwładne panoszenie się mamusi mocno ograniczało jej przestrzeń życiowej partnerki. Rozmawiać z wanabe Greyem próbowała, rozmowy prowadziły dokładnie donikąd. Krach romansu i marzeń o wspólnej przyszłości nastąpił, kiedy wannabe uczęstował ją tekstem: "Ależ nie, nie mam zamiaru przedstawiać Cię mamusi, bo kiedy się dowie ile zarabiasz uzna, że jesteś ze mną tylko dla pieniędzy".
Podziwiam Martusię nie tylko za to, że od matury twardo zarabia na swoje potrzeby, a od rodziców pobiera wyłącznie dach nad głową, prąd, wodę w wannie i czasem jedzonko, całą resztę - w tym zarówno studia zaoczne jak utrzymanie własnego samochodu - zapewniając sobie samodzielnie.  Podziwiam ją przede wszystkim za to, że na takie dictum nie huknęła wannabe Greya co najmniej w ucho, a jedynie obwieściła mu gromko w którym kierunku i jak szybko ma się udać, po czym opuściła dzieloną z nim lokację. Wannabe próbuje co prawda odzyskiwać jej względy, ostatnio nagabywał ją z kwiatami kiedy była ze znajomymi w pubie, ale obwieściła mu ponownie, a potem zwierzyła mi się smutno, że chyba musi na razie od jakichkolwiek romansów odpocząć. 
Mam nadzieję, że szybko jej minie, bo niewątpliwie będzie to korzystne dla świata. 
I jakoś tak mniej więcej w tym samym czasie co smutną rozmowę z Martusią miałam ci ja na sesji sprawę...
Tu krótka dygresja: z moim Małym Sądem łączy mnie nie tylko podobny wiek, okulary, złośliwość i zwierzolubność. Przede wszystkim łączy nas fakt, że obie wychowałyśmy dorosłe dziś i studiujące córki bez pomocy ich ojców. W moim wypadku wytwórca Ryśka zmył się jeszcze przed jej pojawieniem się na świecie, w wypadku Małego Sądu mąż ślubny krótko po narodzinach pierworodnej rozwodu zażądał. Dlatego też obie mamy twarde zadki i niską tolerancję na pandy, czyli takich obywateli co to po "Pan da..." wyciągają łapki gdzie tylko mogą. Ja mam łatwiej, bo tylko protokołuję, ale Mały Sąd niestety musi orzekać merytorycznie i obiektywnie, także wtedy, kiedy na jej własnej sali rozpraw staje przed nią klasyczna panda.
Tak więc miałam ci ja na sesji sprawę. Sprawę o eksmisję małoletniej w imieniu której stawała matka jako przedstawiciel ustawowy - matka eksmisję orzeczoną już miała. Się więc owa matka stawiła. Nawet fajnie się prezentująca, skromna, ładnie ubrana, spokojna. I oświadczyła co następuje:
Tak, mieszkanie ma zadłużone, kwota zadłużenia przekracza pięćdziesiąt tysięcy złotych. Ale to rodzice zadłużyli mieszkanie, ona dowiedziała się o zadłużeniu dopiero po śmieci mamy, czyli trzy lata temu. W razie zasądzenia eksmisji wnosi oczywiście o przyznanie lokalu socjalnego, tylko bardzo prosi żeby pozostawić ją w dotychczas zajmowanym lokalu ze względu na dzieci (małoletnią pozwaną i drugą córkę lat piętnaście), żeby nie musiały zmieniać przedszkola/szkoły i środowiska, więc żeby zmienić status jej lokalu na socjalny, ona wie na pewno ze tak można, bo koleżance tak zrobiono, a jej lokal przecież wcale nie jest w dobrym standardzie. 
Tak prosiła, tak przekonywała, że aż popłakała sobie troszeczkę, biedulka, bardzo oczywiście przepraszając i uważając, żeby makijażu nie rozmazać. Dobrze, że choć ona się własną historią wzruszyła, ani Małemu Sądowi ani mnie do wzruszenia wcale nie było.
Pani bowiem oświadczyła również że:
- od kwietnia pracuje na ćwierć etatu osiągając dochód 1500 - 1700 zł miesięcznie;
- razem z nią i z córkami mieszka konkubent który pracuje na czarno w budowlance i osiąga około 2500 zł miesięcznie;
- rodzina jest pod opieką MOPSu, pobiera zasiłki i zapomogi celowe oraz stały zasiłek na dzieci w kwocie około 300 zł na jedno, czyli około 600 zł na obie;
- a z programu 500 + mają jeszcze 1000 zł miesięcznie;
- nie próbowała się dogadać w sprawie spłaty zadłużenia, bo przecież nie ona je zadłużyła tylko rodzice;
- konkubent ma ograniczoną władzę rodzicielską za znęty nad starszą córką i z tego też tytułu rodzina jest pod nadzorem kuratora;
- konkubent ma umierającą na nowotwór mamusię która ma własne mieszkanie, ale nie zamieszkają z nią bo się nie zmieszczą i nie będą mieli podstawowych warunków - mieszkanie ma jakieś 20 metrów kwadratowych i wychodek w podwórku. 
 Mały Sąd zgubił się w tej łzawej opowieści do tego stopnia, że w pewnym momencie zapytał po prostu: "Dobrze, to ile macie państwo miesięcznego dochodu? Cztery tysiące?" Na co pani z nieco urażoną minką odrzekła: "Cztery? Nie, nie ma mowy. Co najmniej pięć tysięcy!"

 Cztery osoby. Pięć tysięcy. Mieszkanie zadłużone na pięćdziesiąt tysięcy. 



czwartek, 26 maja 2016

A pan mecenas drzwiami? Dla odmiany - oknem

Zatrudniający mnie sąd zamieszkuje wielki, molochowaty, popartyjny, pięciopiętrowy kloc. Na samym czubku kloca mieści się mój były wydział karny, z moją byłą salą rozpraw tuż przy klatce schodowej, a piętro niżej - duża, ozdobna sala balowa... eee, pardon, konferencyjna.
W owej sali miał się odbyć wczoraj ostatni etap konkursu o zatrudnienie w sądzie na stałym etacie. Jako że, nie chwalący się, idzie mi jak dotąd całkiem sympatycznie, stawiłam się na sam początek konkursu, a wręcz akademicki kwadrans przed, i cupnęłam w kątku schodów przy sali coby jeszcze ustawy przejrzeć. Po chwili od mojego cupnięcia nadciągnął z naręczem segregatorów mój ulubiony długowłosy kadrowiec, przyjaźnie poradził żeby schować to bo w pytania i tak nie trafię i otworzył drzwi na salę. A z otwartych drzwi, wprost nad jego głową - coś wyleciało.
Ja zmartwiałam, nieco spłoszony nagłym przelotem kadrowiec zapytał czy to ptak, na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam że nie. Nietoperz.
Nietoperz, gacek - maleństwo, jakieś 30 - 40 cm rozstawu skrzydeł, śmignęło w górę na szeroko rozpostartych skrzydłach. 
Śmignęłam za nim,
Siedzący pod salą rozpraw dwaj adwokaci z klientami na mój widok zawołali zgodnie "tam, tam poleciał, na tej ostatniej kamerze po lewej siedzi". Wchodzę w korytarz, paczam - faktycznie, zza ostatniej kamery monitoringu wystaje ciemne futerko.  No to do sekretariatu, dziewczyny zdziwione moim widokiem, wyjaśniam co się i dzieje i że może by tak kogoś z gospodarczego zawiadomić, niech przyjdą z drabiną i jakąś płachtą żeby nietoperza ratować, bo jest środek dnia, kupa ludzi, nieszczęście wisi w powietrzu. Dziewczyny nieco zdębiałe mówią że ok, zawiadomią. Wracam więc pod swoją salę, jestem z powrotem na szczycie schodów kiedy nietoperz, pięknym low passem wzburzając mi fryzurę, wpada z powrotem na klatkę i schodową i celuje w okno. 
Okno, jak to na ostatnim zakręcie klatki schodowej jest wielkie, od podłogi do sufitu, górna część i uchylona do wewnątrz i zaparta podpórkami.  Otwór tworzy spory, wyraźnie czuć z niego świeże powietrze, ale co z tego - nietoperz dolatuje do okna, ląduje na nim, i piskiem pazurków zjeżdża po szybie na dół ramy, żeby tam skulić się w nieszczęśliwą kuleczkę, przemyśleć szybko swój błąd i poderwać się ponownie do lotu. Zatoczywszy kilka kółek pod sufitem znów celuje w szybę, ląduje, zjeżdża po niej ze smutnym piskiem, chwilę odpoczywa i znów startuje. Po czym znów celuje w szybę.
W tym momencie na dole schodów stoi już pół mojej komisji konkursowej, z czego przewodnicząca nerwowo podskakuje pytając "Nietoperz? Skąd tu nietoperz? Naprawdę nietoperz?" zaś kadrowiec kojącym barytonem zapewnia ją że zawiadomił już odpowiednie służby. Na górze schodów stoją z kolei dwaj wspomniani adwokaci z klientami i wyrazami życzliwego zainteresowania na twarzach oraz trzy dziewczyny z wydziału karnego zaciskając kciuki i powtarzając wraz ze mną "Dawaj chłopaku! Celuj! Tym razem się uda!". Nietoperz zaś wytrwale krąży na trasie sufit - szyba, po każdym kolejnym pisku pazurków skracając ilość okrążeń pod sufitem, robiąc coraz dłuższe przerwy na framudze,  i ogólnie wyglądając coraz bardziej nieszczęśliwie. Za którymś kolejnym nawrotem celuje dla odmiany w dolną, zamkniętą szybę i kiedy ląduje na podłodze widać go w całej, niespełna półmetrowej okazałości, na co przewodnicząca komisji konkursowej reaguje kolejnym nerwowym podskokiem i schowaniem się za moimi plecami. 
Sytuacje zdaje się patowa i trwa już dobre kilkanaście minut - cierpnę wewnętrznie na myśl o tym, jak bardzo przemęczony i spanikowany musi być nietoperze miotający się tak w pełnym świetle zbliżającego się południa. Myślę coraz szybciej nad wyjściem z sytuacji, chyba trzeba będzie panów adwokatów poprosić o wypożyczenie którejś togi i próbować go w nią łapać, ale tyle się słyszy historii o nietoperzach przenoszących wściekliznę że wcale się nie zdziwię jak obaj odmówią, a wtedy co? 
Na szczęście za którymśnastym nawrotem nietoperz jakimś cudem wreszcie trafia w otwór okienny i rozpościerając szeroko skrzydełka odlatuje nad dachami, mniej więcej w stronę najbliższego parku. 
Oddychamy z ulgą.
Nietoperz uratowany, świat jest piękny, do rozpoczęcia konkursu mniej niż pięć minut, stres zniknął jak sen złoty. 
Wyniki do wtorku. Mam nadzieję, że to był mój szczęśliwy nietoperz...:)


środa, 27 kwietnia 2016

Nic dwa razy się nie zdarza?

Otóż nie zawsze i nie do końca, pani Wisławo.
Jakoś latem zeszłego roku dotarło do mnie, po długich bojach z awizowaną na stary adres przesyłką InPostu, pisemko z Prokuratury. Pisemko, informujące o wszczęciu postępowania, nic mi nie mówiło. Na szczęście pracowałam wtedy w Wydziale Karnym i miałam troszkę nieprzepisowych możliwości zasięgnięcia informacji. Zasięgnąwszy dowiedziałam się, że zostałam pokrzywdzona usiłowaniem. Usiłowaniem kradzieży pieniędzy podczas wypłaty z bankomatu konkretnie. Przedsiębiorczy, i - sądząc po nazwisku - bardzo śniady obywatel umyślił sobie bowiem zainstalowanie na szparze banknotowej mojego ulubionego urządzenia nakładki z klejem, która w założeniu miała przechwytywać wypluwane pieniążki. Założenie zrealizowało się kiepsko, bo poszkodowanych faktyczną kradzieżą wyszło kilkunastu, poszkodowanych zaś usiłowaniem, czyli takich którzy bez strat na koncie przepuścili swoje karty przez bankomat w okresie zainstalowania nakładki - kilkudziesięciu. 
Dowiedziawszy się przestałam się sprawą interesować. Jedynie przez jakiś czas wytrwale próbowałam nie korzystać z trefnego bankomatu, jednakże wobec faktu że jest po prostu dla mnie najwygodniejszy, bo położony idealnie po linii prostej na przystanek tramwajowy, bez konieczności zmiany stron ulicy nawet, i do tego jako BPS płaci dwudziestozłotówkami, czyli moim podstawowym źródłem utrzymania - uległam. No bo w końcu skoro raz coś nie wyszło, to wobec ilości bankomatów w okolicy i na świecie szanse że nie wyjdzie drugi raz w tym samym bankomacie -  wydawały mi się bliskie zeru.
O ja naiwna...
W poniedziałek, jak to w poniedziałek, wlokę się o 7:00 noga za nogą w stronę tramwaj, usiłując otworzyć oczy. Na widok bankomatu przeciera się do mojej świadomości myśl, że skoro na koncie mam ostatnie dwadzieścia złotych a w lodówce światło, to lepiej pieniążek wyciągnąć teraz, bo jak nie spotkam dwudziestek w PKO w centrum handlowym będzie krótko. Podchodzę więc do ściany, zapodaję kartę, wbijamy PIN, zamawiam kwotę i czekam. 
Czekam.
Czekam.
W słuchawkach kończą mi się już wiadomości na Muzo, a ja wciąż czekam. Bankomat uparcie prezentuje ekran zwrotu karty oraz zamkniętą szparę banknotową. Szturchnięty zaś delikatną prośbą o anulowania transakcji - kartę odpluwa, gotówki nie, i radośnie wraca do ekranu startowego. 
Zaś poproszony ponownie o podjęcie pieniążka informuje mnie, że na koncie nie mam środków.
Do pracy, dzięki ruchomemu jej czasowi, zdążyłam. Pieniądze pożyczyłam od koleżanki z sąsiedniego biurka. Panna z infolinii bankomatów trzy razy usiłowała mi wytłumaczyć, że pieniędzy mi nie odda bo się zaksięgowały. Dopiero za czwartym moim tłumaczeniem że ja nie chcę żadnych pieniędzy tylko awarię bankomatu zgłosić łaskawie obiecała przekazać zgłoszenie do działu technicznego. Na szczęście pani z infolinii banku przynajmniej była uprzejma. 
We wtorek przyszła wypłata i oddałam od ręki dług honorowy (że przy okazji wydałam ponad pięć dych na różne kolorowe rzeczy do oczu na promocji w Rossmannie to inna rzecz).
Co do bankomatu - zastanawiam się, czy opłaca mi się testować go na okoliczność "do trzech razy sztuka"... ?


sobota, 13 lutego 2016

Jestem rasistą

Nie, nie zaczęłam nagle ganiać z młotkiem za licznymi w mojej okolicy osobami o śniadej karnacji (akademiki dwóch uczelni), spokojnie. 
Jestem rasistą literackim.
Parę tygodni temu siostra przyjaciółki szykując się na jakąś imprezę wymagającą obdarowania organizatorki zapytała, czy zaproponowałabym jakąś książkę na prezent. Tylko nie fantastykę, bo obdarowywana nie lubi, może coś lekkiego, psychologicznego?
A mnie nieco zatchło. Gdyż uświadomiłam  sobie że nie mam pojęcia, co zaproponować. Jeśli ktoś na dzień dobry wyłącza ze stawki fantastykę i nie będące wszak lekkimi kryminały to ja nie mam pojęcia, co jest na rynku, co się czyta, co warto czytać... Od wielu lat dobieram książki według własnego gustu, który najwyraźniej, o rany, jest mocno niszowy i absolutnie nie czyni ze mnie osoby oczytanej...
Na szczęście sytuację uratowała Milva czytająca wszak wszystko co się na kindlu zmieści, podrzuciła trzy tytuły z których jeden wybrany został i uznanie obdarowanej zyskał. 
Ja zaś mocno się zastanowiłam, czy powinnam popaść w kompleksy. I wyszło mi że nie koniecznie, bo może i nie jestem na bieżąco z szerokim rynkiem wydawniczym, ale ze swoją wąską półką a i owszem.  A to już coś. Chylę czoła przed ludkami znającymi się na literaturze popularnej, ale na moim podwórku - ciasnym ale własnym - to ja oczekuję ukłonów. I na ogół, nie chwaląc się, otrzymuję;)
Niemniej temat właściwego doboru lektur pozostał, tym razem za sprawą Martusi. Urocza, inteligentna, aktywna dziewczyna - bardzo młoda przy okazji, co nie jest bez znaczenia - pożyczyła sobie od naszej wspólnej koleżanki z pracy jakąś książkę, którą ta bardzo mocno jej zachwalała. Książkę z serii "porno dla mamusiek", "jak Kowalska wyobraża sobie BDSM", vel "50 Shades Of Grey Inspired", oczywiście pierwszą część trylogii, tytułu szczęśliwie nie pomnę. 
No i Martusia popłynęła.  Niemal codziennie musiałam słuchać jęków i westchnień jaka książka jest wspaniała, jak pięknie napisana, jaki tworzy fenomenalny klimat i jak trudno się od niej oderwać w autobusie. Parę razy nie powstrzymała się przed streszczeniem mi co wspanialszych scen - już to jak bohater zabrał bohaterkę na spotkanie biznesowe, położył nagą i skrępowaną przed kontrahentami i zabronił dotykać, a jak jeden nie wytrzymał i dotknął to dał w pysk, lub jak  bohaterka, znów związana, radośnie oddaje się bohaterowi a na to wchodzi jej brat... Sceny te były mi opisywane jako piękne i inspirujące, a fakt że w tym samym czasie przychodząc do pracy demonstracyjnie kładłam na szafce najpierw "Długi film o miłości" Hugo - Badera a potem "Wampira z Zagłębia "Semczuka - starannie ignorowany.
Cóż, o gustach nie ma dyskusji, jedni znaczki hodują inni rybki zbierają, co ja się będę wtrącać. Na wszystkie zachwyty grzecznie odpowiadałam "Ja, mhm...", a Martusia zachwycała się dalej. Aż wreszcie, będąc jeszcze w trakcie lektury, Martusia poszła na randkę. Jedną, potem drugą, potem do łóżka, potem trzecią, potem zaczął być negocjowany temat spędzenia wspólnej nocy, gdyż facet starszy od niej o prawie 10 lat mieszkanie własne posiada, a i owszem. Nie moje łóżko, nie wnikam. Tylko Martusia, aktywna na pograniczu ADHD nagle zaczęła odpuszczać nasze wspólne treningi fitnessu, preteksty podając naprawdę tak dziwne, że to że chciała mieć czas dla faceta biło po oczach. W międzyczasie zamiast książką zaczęła się zachwycać facetem. Że wysoki, i taki męski. I zapytał ją czy chciałaby pójść do kina, na co ona uczciwie że kina nie lubi, a facet "To polubisz, bo mam darmowe bilety", i to takie wspaniałe było, bo on taki silny jest, i to cudownie móc czasem przy facecie nie myśleć...
Tu już "Ja, mhm..." nie przeszło mi przez gardło.
Po prostu zamilkłam definitywnie. Bo uznając prawo do myślenia za swoją konstytucyjną własność z której mogę zrezygnować tylko kiedy ja tego chcę oraz związek partnerski oparty na wzajemnym zaufaniu i szacunku, także do zdania partnera który ma prawo się ze mną nie zgodzić, za ideał związku do którego dążę całe życie - obawiałam się, że zabiję ją śmiechem skuteczniej, niż panna Justyna Zygmunta Korczyńskiego w serialu "Nad Niemnem".
Tematu już nie kontynuujemy, zresztą i rozmawiamy ze sobą coraz mniej, a ja się smutno zastanawiam: czy gdyby Martusia spotkała faceta kiedy indziej, nie świeżo po lekturze "wspaniałej" książki o "związku" opartym na dominacji silnego samca nad głupią samicą to tak samo cudownie byłoby jej przy nim nie myśleć? Czy może jednak zachowałby się jak panna Justyna, czego mówiąc szczerze spodziewałabym się po znanej mi Martusi która "wspaniałej" książki nie przeczytała?
Dlatego twierdzę, że niektóre książki bywają szkodliwe. Po prostu złe.
Dlatego jestem rasistą literackim.
I czytam sobie "Ginekologów" Thorwalda, których z tego miejsca serdecznie chciałabym polecić.
A co do Grey i wyrobów mu pochodnych - najbardziej dosadny pogląd wyrazili kibole z mego Pięknego Miasta zapraszając go do słynnej kibicowskiej wojny na wrzuty na murach:


sobota, 30 stycznia 2016

Suknia ślubna

Dlaczego nie można mnie i Martusi puszczać samych na złe fitnessy? 
Bo mamy zbyt oryginalne pomysły.
Wybieram się za mąż. Jak przy każdej tego typu uroczystości istotna wielce jest kwestia tego, co na siebie włożyć. Odkąd powitałam nowiutką ramoneskę kupioną przez MGP na charity radosnym kwikiem "Będzie do ślubu" - co zostało chętnie zaakceptowane - dręczył mnie pomysł, coby suknię na Ten Dzień posiadać równie oryginalną.
Na pewno wiedziałam, że musi być ciemnozielona. To zostało postanowione już wiele lat temu, kiedy zamążpójście samotnej matki z pyskatą córą wydawało mi się rzadsze niż skalny smok, ale gdyby jednak - to wiadomo, że w białej wygłupiać się nie będę, śliczna, butelkowa zieleń zaś zawsze była jednym z moich podstawowych kolorów. 
Początkowo planowałam, że zielona suknia powinna być z tych odcinanych pod biustem,w bezpiecznym stylu edwardiańskim, ale jakiś czas temu uzyskałam informację o dziewczynie, która przepięknie szyje w stylu pin - up, a że mam wielką słabość do tego stylu, który z każdej potwory zrobi kobiecą kobietkę wersja robocza głosiła - zielona, krótka, na szerokiej halce, pin - upowa.
Ale życie weryfikuje nawet najdłużej dopieszczane zamysły.
Jako się rzekło - wybrałyśmy się z na zupełnie nowe zajęcia fitness. Przyjechałyśmy za wcześnie, i nieco tym wytrącone z równowagi zwróciłyśmy wreszcie uwagę na fakt, że piętro pod naszym klubem zajmuje olbrzymi sklep z używanymi ciuchami. Idziemy zatem pozwiedzać. 
Sklep jak sklep, tyle że duży. Ciuchy średnie, ale zapewne mocno przetrzepane, bo z rozpiski sklepowej wynika, że nowa dostawa pojutrze.  Łazęgując dla zabicia czasu docieramy pod okno - a tam wysoki stojak ze ślubnymi kieckami. Od niechcenia się przyglądam, większość to bezowate bezy, ale nie wszystkie. Proponuję więc, żeby po zajęciach jeszcze tu wrócić, przyjrzę się bliżej i może mnie co zainspiruje, Martusia wyraża łaskawą akceptację.
Zajęcia okazały się tamtego dnia po prostu wstrętne. Nijak nie zorganizowane, a przez bitą godzinę nie udało mi się nawet rozgrzać. Nadpobudliwa Martusia chciała wychodzić już w połowie, w sumie żałuję teraz że ją zatrzymałam, bo obie totalnie zmarnowałyśmy czas. Złe jak osy wypadłyśmy wreszcie z klubu i zarządziłyśmy powrót do ciucholandu coby się pocieszyć. Ja od razu wbiłam do ślubnych, i oglądam sobie te nie - bezowate. Wybrałam jedną, z ładnym gorsetem i dwuwarstwowym trenem, na oko sporawą. Ładna jest, przymierzę, a co mi szkodzi. 
Suknia okazała się spora ale nie aż tak, do dopięcia się w gorsecie zabrakło dobre 20 cm. Martusia wetknęła głowę do przymierzalni, obśmiała się, po czym w ślad za głową wetknęła drugą suknię mówiąc "To spróbuj tą, mnie się bardziej podoba i powinna pasować".
Spróbowałam. Pasowała. Ha, nawet za duża była, co przy moim rozmiarze nie jest częste. 
Zwinęłam ją więc w kłębek i udałam się do kasy celem ustalenia ceny. Dowiedziałam się, że spod większości tutejszych promocji akurat suknie ślubne są wyłączone, nie da się ich kupić jej na przykład jutro za złotówkę. W zasadzie promocyjnie da się ją kupić tylko dziś, za 50% ceny metkowej.
Szybka kalkulacja sił na zamiary sprawiła, że sięgnęłam po portfel. No bo tak na wszelki wypadek, jakby inne opcje zawiodły, przeróbka i upranie tej wyjdzie taniej niż uszycie nowej, bla bla bla...  
I tak o to za szaloną kwotę:
Stałam się właścicielką skromnej, bezpretensjonalnej acz rozwojowej sukni ślubnej:
Normalnie interes życia;)

 

czwartek, 7 stycznia 2016

Czwarty król

Lidl, jak to Lidl, robi czasem promocje. Na początku roku akurat ogłosił wegetariańską, więc wzięłam Ryśka, który postanowił być kotem bezmięsnym i ruszyłyśmy na łowy, coby na Trzech Króli wyposażyć lodówkę w przyjemną ilość produktów sojopochodnych.
Łazimy sobie zatem alejkami między lidlowymi koszami, kompletujemy powoli świąteczne wyposażenie - kiedy nagle do moich uszu dobiega wyraźny, choć cichy dźwięk małego silniczka. Odwracam się więc, i co widzę?
Otóż widzę pana, na oko koło 50, odzianego schludnie i spokojnie, który stoi przy koszu z golarkami i z wielkim ukontentowaniem widocznym na obliczu... goli się.
Obok mnie Rysiek, sądząc po długiej minie widzi to samo. Czyli pana, który ogoliwszy się, skrzętnie pakuje golarkę z powrotem do pudełka i odkłada na miejsce. 
I w tym momencie do pana podchodzi pracownik Lidla i uprzejmie zaprasza do kasy w celu uiszczenia za wykorzystany sprzęt. Uśmiechamy się do siebie lekko, bo jak widać ochrona od czasu, kiedy w tym samym Lidlu zgubiłam klucz do sali rozpraw poprawiła się znacznie. 
A  pan tymczasem wyrazistą gestykulacją daje do zrozumienia że nie słyszy, po czym wyraźnie, samymi ustami artykułuje "Przetestowane" i pokazuje uniesiony kciuk.
Tak jest. Pan, dość gładko ogolony zresztą, co najwyżej z jednodniową szczoteczką - przyszedł sobie potestować, czy golarka aby dobrze tnie.
Wywiązuje się dłuższy dyskurs oparty na "Zapraszam do kasy w celu zapłacenia za użyty produkt" pracownika z jednej strony, a "Ja tylko testowałem" pana z drugiej. W końcu pada groźba wezwania Policji. Pan decyduje się jednak podążyć w stronę kasy, widzę z daleka że podchodzi do niego z załadowanym wózkiem pani w podobnym wieku i rozmawiają szybko na migi. Pracownik w tym czasie wzywa, jak się domyślam, przełożoną. 
Jako że głupio nam było robić za gapiów - finału historii już nie obejrzałyśmy, wróciłyśmy po ziemniaki. Sądząc jednak po braku policji zakładam, że pan za golarkę uiścił.

... tylko po co ją w ogóle testował?...