Serdecznie pozdrawiam z właśnie rozpoczętego urlopu...
Pewnie myślicie, że gdzieś mi się poprzewracało, skoro w dwa tygodnie po powrocie z półrocznego zwolnienia znów nie ma mnie w pracy, ale przyczyna jest bardzo prosta: kasa. Jak każdy pracownik sądów zamiast pensji mam wypłacany zasiłek ministra sprawiedliwości dla pracujących. Każda okazja żeby zdobyć dodatkowe pieniądze jest więc cenna, ale system premiowy przewiduje wyłącznie nagrody uzależnione od wielu czynników, w tym dyspozycyjności. Z powodu zwolnienia ominęły mnie dwie kolejne, prawdopodobnie ominie również trzecia bo zwolnienie zahacza o jej okres rozliczeniowy. A więc jedyne co mi pozostało to pójście na urlop żeby dostać choć dofinansowanie do wczasów pod gruszą...
Zanim jednak powróciłam do zarywania nocek przy serialach i marnowania dni na czytanie zdążyłam, przez wspomniane dwa tygodnie, popracować w nowej komórce mego budżetowego pracodawcy, do której przerzuciła mnie fantazja mojego Oddziału Kadr: księgach wieczystych.
Trzeba Wam wiedzieć, ze moja nowa komórka znajduje się w najładniejszej z dotychczas znanych mi lokalizacji: oficynie świeżo odnowionego (choć tylko od frontu) pałacyku, przy jednej ze starszych ulic Pięknego Miasta. I to w zasadzie jej jedyna zaleta.
Do wad zaś mogę śmiało zaliczyć fakt, ze w zajmującym trzy piętra i archiwum, liczącym około 50 pracowników wydziale mamy:
- jedną drukarkę na pokój czteroosobowy;
- jedną niszczarkę na 2 - 3 pokoje;
- jedną małą lodówkę i jedną mikrofalę;
- jedną kabinę w damskim WC na 14 kobiet na piętrze;
- cztery szafy na akta na pokój zajmowany przez cztery osoby prowadzące cztery referaty. Średnia pojemność referatu - trzy szafy;
- jeden podbiórkowy przybornik na wspomniane cztery osoby - reszta trzyma prywatny szpej pudełkach po papierze do drukarki pod biurkami.
Jedyną różnicą jaką widzę wobec stanu kiedy szesnaście lat temu zaczynałam pracę jest fakt, że każda ma na biurku własny komputer, i to z monitorem płaskim, a nie kineskopowym. Co, wobec faktu zdigitalizowania danych i pracy wyłącznie na systemie komputerowym jest wymogiem koniecznym.
Poza tym czas zakręcił się w tył jak sprężynka, tylko nie wiem czemu Rysiek wciąż taki duży...
Jako że nadal zaliczam się do grona stanowczych przeciwników naszego nierządu, i nadal mieszkam w Pięknym Mieście, które ma bardzo zacna kandydatkę na Prezydenta nierządowi zupełnie nie odpowiadającą - było dla mnie jasne, że te wybory są jeszcze bardziej obowiązkowe niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Problem polegał jak zwykle na tym, że zameldowana jestem nadal zupełnie gdzie indziej, a więc czekało mnie dopisanie się do spisu wyborców.
Pierwsza wizyta w odpowiednie komórce Urzędu Miasta: o nie, nie można już złożyć oświadczenia że się przebywa i dopisać się od ręki. Trzeba do wniosku załączyć dokumenty potwierdzające przebywanie, na przykład umowę najmu mieszkania, i dopiero można złożyć całą paczkę, ale za to zostanę dopisana już na stałe, do zgłoszenia następnej zmiany przebywania.
Git.
Druga wizyta w odpowiedniej komórce Urzędu Miasta: nie, umowa najmu mieszkania nie wystarczy, jeśli nie jestem jego głównym najemca. Fakt, że jestem wymieniona w umowie jak zamieszkująca się nie liczy, muszę mieć jeszcze oświadczenie głównego najemcy że zamieszkuję. A najlepiej to w ogóle umowę o pracę, to znaczy kopię.
Argh. No niech wam będzie...
Trzecia wizyta w odpowiedniej komórce Urzędu Miasta: umowa o pracę bardzo piękna, poprzedni adres na niej widoczny nie przeszkadza. Oświadczenie głównego najemcy tez śliczne, wraz z kopią umowy najmu i umowy o pracę złożone, wszystko poprawne, będzie pani zadowolona.
Git.
Pierwsza wizyta w komisji wyborczej: nie mamy pani na listach. Ani na stałej, ani na dodatkowej. Tu jest, bardzo proszę, telefon do ewidencji, niech pani do nich zadzwoni i wyjaśni.
!@#$%
Pierwsze jedenaście telefonów do ewidencji: numer zajęty.
Dwunasty telefon do ewidencji: już sprawdzamy. Tak, jest pani na liście dodatkowej, pod takim - to - a - takim numerem.
Uff.
Druga wizyta w komisji wyborczej: owszem, jest pani na liście dodatkowej pod wskazanym numerem. Ale pod nazwiskiem panieńskim. Tak, rozumiemy że wyszła pani za mąż 14 miesięcy temu, ale nazwisko panieńskie widnieje na liście i nic nie poradzimy. Proszę czekać, zadzwonimy do ewidencji.
Argh. Argh, argh, argh!!!
Pierwsze dwa telefony do ewidencji: numer zajęty.
Trzeci telefon do ewidencji: no my nie wiemy, może pani niedawno wyszła za ten mąż, ale jak chce głosować to głos przyjmijcie.
Victory!!!
Narobiłam się. Nie przeczę. Ale wiecie co? Było warto. Skorzystałem ze swojego prawa i skreśliłam na kartach to, co naprawdę myślę,
Pomykając radośnie o paskarskiej porze do pracy mojej ulubionej nabrałam zwyczaju zaglądania do sąsiadującej z pracą Biedronki, coby nabyć ciasteczko marki Kruszynka i coś do popicia. Podobne poranne zwyczaje kultywuje mniej więcej połowa naszego sądu, tylko przysmaczki wybierają sobie najróżniejsze, a nierzadko o 7:20 robią pełen kosz zakupów na cały dzień.
Niemniej jak dotąd spotykałam w Biedzie tylko towarzystwo urzędnicze, sędziowie najwyraźniej gdzie indziej zaopatrywali się w przysmaki.
Do ostatniej środy.
W środę otóż oczęta me zaspane ujrzały w kolejce do sąsiedniej kasy dwóch sędziów z naszego wydziału. Obaj odstrzeleni w fajne garnitury i zagadani ze sobą po pachy. Zapewne na tematy służbowe, zapewne sędzia nr 1 (z amarantową chusteczką w kieszonce i soczkiem marchewkowym w dłoni) wygłosił coś wyjątkowo kontrowersyjnego, bo sędzia nr 2 (w trzyczęściowym garniturze i okrągłych okularkach) zaczął mu wygrażać trzymanym w dłoni żółciutkim bananem.
Okej, kupując banany i soczki marchwiowe w Biedzie nie byli podpisani urzędem sędziowskim, ot dwóch niebrzydkich facetów w niezłych wdziankach zadyskutowało się o poranku z użyciem owoca. Za to pani prokurator, która tej samej środy stawiła się na naszej sesji miała już na sobie togę z czerwonym kołnierzem.
Prokurator owa, drobna dziewczyna z solenną blond grzywką weszła na salę, usiadła na swoim miejscu i zaczęła rozpakowywać dużą, płócienną torbę w której przyniosła sobie akta, notatnik, pisaki... I tajemnicze, zielonkawe coś, co znienacka z torby jej wyskoczyło i potoczyło się na środek sali.
- Ups. Lizaczek - Oświadczyła prokurator pogodnie, podkasawszy togę zanurkowała po zielonego chupa - chupsa i z przepraszającym uśmiechem wrzuciła go z powrotem do torby.
Tym razem o biegłych sądowych. Historia - ku mojemu przerażeniu - najzupełniej prawdziwa.
Jest sobie pani psycholog. Pani psycholog zbliża się do czterdziestki, przygotowanie zawodowe ma bardzo bogate - certyfikaty pokończonych przez nią szkoleń zajmują kilka przewinięć ekranu na ładnie zaprojektowanej stronie jej własnego gabinetu. I pani psycholog, w ramach dalszego poszerzania kwalifikacji, dwa lata temu postanowiła zostać biegłą sądową.
Zapewne od ręki nią została, na psychologów zawsze jest popyt. Z racji tego, że nasz wydział dorobił się już własnego grona stale współpracujących biegłych - kogoś nieznajomego powołuje się tylko wtedy, kiedy ktoś z tego grona nie jest dostępny. No i po dłuższym oczekiwaniu wreszcie trafiła się taka sprawa, do której pierwszy raz powołaliśmy ową psycholog.
Sprawa akurat z mojego referatu, więc na własne oczy oglądałam reakcję sędziego kiedy dostał od niej wszechstronną, pełną opinię, z oddzielnym omówieniem każdego zastosowanego testu i jego wyników, z kilkoma stronami szczegółowych wniosków - perełkę po prostu. Wzorzec z Serves opinii sądowo - psychologicznych, w pełni uzasadniający wzbudzony zachwyt. Huk z tym, że rachunek za to cudo był lekko licząc dwa razy wyższy niż za standardową opinię, Skarb Państwa zapłacił, sędzia nowo odkrytą biegłą uczuciem obdarzył i postanowił powoływać częściej.
No i powołał. Przesłaliśmy akta, sprawa szczupła - ot, zwykłe naruszenie czynności ciała połączone z groźbami. Biegły konieczny bo pan miał historię leczenia psychiatrycznego. Równie szczupłą jak akta, nawet nie spojrzałam na nią szczerze mówiąc.
A tu pani pani biegła, po otrzymaniu akt - zadzwoniła do nas. Trafiła na kumpla, kumpel po odbyciu rozmowy przyszedł do mnie w ciężkim stuporze. Ponieważ pani psycholog powiedziała mu że:
- ona boi się oskarżonego;
- dodatkowo boi się o dzieci, które będą obecne podczas badania;
- w związku z tym żąda doprowadzenia oskarżonego przez policję i obecności policjanta przy badaniu;
- a jeśli nie, to ewentualnie może być dwóch ochroniarzy z agencji która ochrania poradnię w której będzie badanie, ale wtedy sąd musi za nich zapłacić.
Na takie dictum w stupor popadł dokładnie cały sekretariat. Strasznie ciężko zmieścić w prostej, urzędniczej główce że wykształcony, wyszkolony psycholog, biegły sądowy - chce prowadzić badanie oskarżonego w sprawie karnej w obecności osób trzecich, w tym dzieci.
Okazało się, że równie ciężko zmieścić to w wykształconej i wyszkolonej głowie sędziego. To że pani nie zobaczy już na oczy żadnego postanowienia z naszego wydziału jest pewne. Nad tym, czy o jej zachciankach zostanie poinformowane Polskie Towarzystwo Psychologiczne - sąd jeszcze myśli,
Niestety nie da się bezinwazyjnie pogodzić funkcji biegłego sądowego z byciem błękitną, niewinną niezapominajką...
Parę, w zasadzie to już paręnaście dni temu byliśmy na urodzinach znajomej. Nieduży pub w Śródmieściu Pięknego Miasta, dobre piwo, sympatyczna jubilatka - i tylko towarzystwo jakieś dziwnawe, każda osoba i innej parafii, małe grupki wzajemnej adoracji a jubilatka między nimi jako ten wolny elektron.
Sytuacja nieco się zmieniła kiedy kolejny gość z kolejnej parafii zaproponował zsunięcie stolików, na co - o dziwo - reszta przystała. Skoro nad nagle skupionym towarzystwem powiało duchem integracji uznałam, że to już pora na kilka moim firmowych, makabrycznych opowiastek z sal sekcyjnych, sądowych i nie tylko. Opowiastki się spodobały, towarzystwo rozkręciło żywą dyskusję - i tylko ja znów poczułam się jak dyżurna specjalistka od okropności. Co prawda łączących pokolenia - ale zawsze okropności.
Nigdy w sumie nie myślałam, jak słuchacze odbierają moje historie - ot, jak to galiard żyję dla ich opowiadania. Nie ważne jak reagują, byleby błędów w nazwisku nie robili...
Ale nagle zaczęłam właśnie o tym myśleć. Jak ludzie postrzegają kobietę, która z upodobaniem zabawia ich historyjkami o zwłokach? Czy zastanawiają się, do czego jeszcze jest zdolna, gdzie ma jakieś granice tolerancji na okropności?
Chyba mogłabym na to odpowiedzieć.
Bo parę, w zasadzie to już paręnaście dni temu przekazałam Mały Sąd w dzielne łapki Martusi, spakowałam litrowy kubek i zapas herbat, po czym przeprowadziłam się z powrotem do wydziału karnego i dużego, popartyjnego budynku do którego rano idę na piechotę 9 minut z przejściem przez Żabkę i kupieniem energetyka.
Dokładnie tego samego budynku (choć na szczęście innego wydziału) w którym ostatnio pan oskarżony o stalking zmęczony oczekiwaniem na rozprawę polał swoją ofiarę kwasem siarkowym.
Niby już minęło, sąd żyje dalej, jedynie kontrolę przy wejściu wzmocnili - ale cień tej historii wisi nad wszystkimi.
Nade mną w tej postaci, że wydział w którym rzecz cała się wydarzyła to mój były, koszmarny wydział, a sędzia pod którego salą do tragedii doszło - to ta sama moja ulubienica co wiecznie "tą kiecę" gubiła.
Nie, nie poszłam do nich się witać, nie jestem aż tak fałszywa. Kogo chciałam spotkać i tak spotkałam na budynku, i nie, nie wypytywałam o tamto, bo wypytywanie wydało mi się po prostu nie na miejscu... A zresztą mój osobisty nowy sędzia karny gdzieś między sprawami z pierwszej wspólnej wokandy rzucił uwagą, że oni się po tym zdarzeniu uważają za elitę naszego sądu i straszliwie zadzierają nosy. I znając ich - jakoś uwierzyłam, choć absurd zadzierania nosa z powodu tego, że śliczna dziewczyna leży w Siemianowicach z ciężkimi oparzeniami wciąż nie mieści mi się w psychice.
Podczas następnej zaś wokandy jako obrońca w jednej ze spraw stanęła babeczka, która była również obrońcą tamtego stalkera. Jako że najwyraźniej zna się dobrze i z moim sędzią, i z prokuratorem obecnym wtedy na sali - zaczęła opowiadać.
A ja zaczęłam sobie wyobrażać co by było, gdybym to ja była protokolantem w tej sprawie. Jak bym zareagowała? Jak bym się czuła, gdyby to się wydarzyło pod moją salą rozpraw? Na oczach mojego sędziego? Czy w panice i amoku byłabym w stanie pamiętać, że kwasu nie zmywamy wodą która wzmocni jego działanie, tylko czymś zasadowym, na przykład wodą ze zwykłym mydłem?
Zapewne nie.
Ponieważ to jest właśnie moja granica. Wszystko co dzieje się ludzkim zwłokom jest barwną opowieścią umilającą czas. To co dzieje się człowiekowi - jest tragedią. Ale tragedią tego człowieka, nie moją - ja nie mam prawa o niej mówić.
Znów eksmisja, no pecha jakiegoś do tych spraw o opróżnienie lokalu mamy.
Pozwana, nieco chudawa czterdziestolatka z siódemką dzieci - sądząc po nazwiskach pierwsza piątka z jednym partnerem, szóste z drugim, siódme z trzecim, tylko jedno pełnoletnie.
Pozwana owoż, jak procedura każe, zeznaje o sytuacji majątkowej. Że ze względu na schorzenia (poważne) bezrobotna czwarty rok, zarejestrowana, bez prawa do zasiłku. Że zasiłki na dzieci pobiera, łącznie około półtora tysiąca, i to jedyne źródło utrzymania jest.
- A alimenty? - pyta sędzia.
A alimentów pani nie dostaje, i jeszcze musi ponad dwadzieścia nienależnie pobranych tysięcy zwrócić Funduszowi Alimentacyjnemu.
- Dlaczego? - pyta sędzia.
- Bo mój były mąż zabił mojego pierwszego męża a ja o tym nie wiedziałam.
Cóż, jak widać nawet na sali sądowej zdarzają się rzeczy od których filozofowie bledną...
Zastanawiam się tylko, znając wysokość kwot przyznawanych przez Fundusz: przez ile lat pani nie zauważyła śmiertelnego zejścia jednego z ojców swoich dzieci i uwięzienia drugiego, skoro należności uzbierało się ponad 20 tysięcy?
Otóż ostatnio, zupełnie przez przypadek, jako że mój kontakt z Martusią niemal nie istnieje - dowiedziałam się, jaki był finał tego płomiennego romansu wszechczasów.
Wannabe Grey okazał się otóż... synusiem mamusi.
Mamusia miała klucze do mieszkania i regularnie wpadała tam robić porządki pod nieobecność synusia, mamusia co niedziela czekała z obiadkiem więc niedziele musiały być święcie dla mamusi przeznaczone, mamusia wiedziała i umiała wszystko najlepiej. Synusiowi to nie przeszkadzało zupełnie i oczekiwał od otoczenia bezdyskusyjnej aprobaty takiego stanu rzeczy. Martusia zaś, wywodząca się z domu w którym ma zdrowe relacje z obojgiem rodziców, kiedy już jej pierwsze oczadzenie przeszło - aprobaty za nic okazywać nie zamierzała, gdyż wszechwładne panoszenie się mamusi mocno ograniczało jej przestrzeń życiowej partnerki. Rozmawiać z wanabe Greyem próbowała, rozmowy prowadziły dokładnie donikąd. Krach romansu i marzeń o wspólnej przyszłości nastąpił, kiedy wannabe uczęstował ją tekstem: "Ależ nie, nie mam zamiaru przedstawiać Cię mamusi, bo kiedy się dowie ile zarabiasz uzna, że jesteś ze mną tylko dla pieniędzy".
Podziwiam Martusię nie tylko za to, że od matury twardo zarabia na swoje potrzeby, a od rodziców pobiera wyłącznie dach nad głową, prąd, wodę w wannie i czasem jedzonko, całą resztę - w tym zarówno studia zaoczne jak utrzymanie własnego samochodu - zapewniając sobie samodzielnie. Podziwiam ją przede wszystkim za to, że na takie dictum nie huknęła wannabe Greya co najmniej w ucho, a jedynie obwieściła mu gromko w którym kierunku i jak szybko ma się udać, po czym opuściła dzieloną z nim lokację. Wannabe próbuje co prawda odzyskiwać jej względy, ostatnio nagabywał ją z kwiatami kiedy była ze znajomymi w pubie, ale obwieściła mu ponownie, a potem zwierzyła mi się smutno, że chyba musi na razie od jakichkolwiek romansów odpocząć.
Mam nadzieję, że szybko jej minie, bo niewątpliwie będzie to korzystne dla świata.
I jakoś tak mniej więcej w tym samym czasie co smutną rozmowę z Martusią miałam ci ja na sesji sprawę...
Tu krótka dygresja: z moim Małym Sądem łączy mnie nie tylko podobny wiek, okulary, złośliwość i zwierzolubność. Przede wszystkim łączy nas fakt, że obie wychowałyśmy dorosłe dziś i studiujące córki bez pomocy ich ojców. W moim wypadku wytwórca Ryśka zmył się jeszcze przed jej pojawieniem się na świecie, w wypadku Małego Sądu mąż ślubny krótko po narodzinach pierworodnej rozwodu zażądał. Dlatego też obie mamy twarde zadki i niską tolerancję na pandy, czyli takich obywateli co to po "Pan da..." wyciągają łapki gdzie tylko mogą. Ja mam łatwiej, bo tylko protokołuję, ale Mały Sąd niestety musi orzekać merytorycznie i obiektywnie, także wtedy, kiedy na jej własnej sali rozpraw staje przed nią klasyczna panda.
Tak więc miałam ci ja na sesji sprawę. Sprawę o eksmisję małoletniej w imieniu której stawała matka jako przedstawiciel ustawowy - matka eksmisję orzeczoną już miała. Się więc owa matka stawiła. Nawet fajnie się prezentująca, skromna, ładnie ubrana, spokojna. I oświadczyła co następuje:
Tak, mieszkanie ma zadłużone, kwota zadłużenia przekracza pięćdziesiąt tysięcy złotych. Ale to rodzice zadłużyli mieszkanie, ona dowiedziała się o zadłużeniu dopiero po śmieci mamy, czyli trzy lata temu. W razie zasądzenia eksmisji wnosi oczywiście o przyznanie lokalu socjalnego, tylko bardzo prosi żeby pozostawić ją w dotychczas zajmowanym lokalu ze względu na dzieci (małoletnią pozwaną i drugą córkę lat piętnaście), żeby nie musiały zmieniać przedszkola/szkoły i środowiska, więc żeby zmienić status jej lokalu na socjalny, ona wie na pewno ze tak można, bo koleżance tak zrobiono, a jej lokal przecież wcale nie jest w dobrym standardzie.
Tak prosiła, tak przekonywała, że aż popłakała sobie troszeczkę, biedulka, bardzo oczywiście przepraszając i uważając, żeby makijażu nie rozmazać. Dobrze, że choć ona się własną historią wzruszyła, ani Małemu Sądowi ani mnie do wzruszenia wcale nie było.
Pani bowiem oświadczyła również że:
- od kwietnia pracuje na ćwierć etatu osiągając dochód 1500 - 1700 zł miesięcznie;
- razem z nią i z córkami mieszka konkubent który pracuje na czarno w budowlance i osiąga około 2500 zł miesięcznie;
- rodzina jest pod opieką MOPSu, pobiera zasiłki i zapomogi celowe oraz stały zasiłek na dzieci w kwocie około 300 zł na jedno, czyli około 600 zł na obie;
- a z programu 500 + mają jeszcze 1000 zł miesięcznie;
- nie próbowała się dogadać w sprawie spłaty zadłużenia, bo przecież nie ona je zadłużyła tylko rodzice;
- konkubent ma ograniczoną władzę rodzicielską za znęty nad starszą córką i z tego też tytułu rodzina jest pod nadzorem kuratora;
- konkubent ma umierającą na nowotwór mamusię która ma własne mieszkanie, ale nie zamieszkają z nią bo się nie zmieszczą i nie będą mieli podstawowych warunków - mieszkanie ma jakieś 20 metrów kwadratowych i wychodek w podwórku.
Mały Sąd zgubił się w tej łzawej opowieści do tego stopnia, że w pewnym momencie zapytał po prostu: "Dobrze, to ile macie państwo miesięcznego dochodu? Cztery tysiące?" Na co pani z nieco urażoną minką odrzekła: "Cztery? Nie, nie ma mowy. Co najmniej pięć tysięcy!"
Cztery osoby. Pięć tysięcy. Mieszkanie zadłużone na pięćdziesiąt tysięcy.
A konkretnie: mój punkt widzenia. Na moją własną pracę.
Otóż, zgodnie z tradycją - od punktu siedzenia oczywiście.
Już spieszę wyjaśniać.
Praca na zastępstwo ma to do siebie, że ciepają takim pracownikiem wszędzie tam, gdzie aktualnie tania siła robocza jest potrzeba. W moim obecnym Sądzie zaczęłam więc od Wydziały Karnego w podstawowej lokalizacji, a kiedy przestałam być tam przydatna - przesiedlono mnie do Wydziału Cywilnego na dalekiej peryferii.
Wydział Karny. Ech, wydawałoby się sama poezja, wymarzone środowisko naturalne dla moich kryminalnych ciągot i pomysłów. Otóż - nie.
Owszem, sprawy jak to w karnym ciekawe. Sąd Rejonowy, więc żadnych poważnych paragrafów, ale pobicia, narkotyki, kradzieże - a i owszem. Wydział z ujemnym wpływem, więc spraw w referacie raptem kilkadziesiąt, sesje wykańczane w ciągu jednego dnia, protokołowanie za to 3 do 5 razy w tygodniu, ale po 2 - 5 spraw na raz. Ogólnie - nie przepracowywałam się. Nieraz bywało tak, że akta sprawy to sobie przed rozprawą czytałam w całości (zwłaszcza jeśli dotyczyły przesłuchań w Niebieskim Pokoju), nieraz jak mi się nie chciało drążyć zawiłości merytorycznych cały dzień czesałam Wikipedię na najprzedziwniejsze tematy. W szafie albo pusto, albo słupek akt jak akurat mi się dwie sesje do wykonania skumulowały. Na całą szafę jeden słupek, tyle co nic.
Dlaczego zatem nie? Bo ludzie.
W pokoju siedziało nas sześcioro. Ton nadawali: starsza dziewczyna, moja imienniczka zresztą, która na wejściu zabroniła mi się do siebie odzywać oraz krępy ojciec dwójki dzieci który na każde moje pytanie odpowiadał takim tonem, że kuliłam się ze strachu. On przynajmniej wiedział jak mi na imię, ona na trzy miesiące siedzenia biurko w biurko splamiła usta zwróceniem się bezpośrednio do mnie dwa razy. Dwa. Oprócz tej dwójki był jeszcze drugi ojciec rodziny - kiedy ich nie było był wesoły i zaczepny, kiedy pojawiało się któreś z prowodyrów zaczynał się zajmować tylko nimi i ignorować mnie całkowicie. Zespół uzupełniali młoda dziewczyna, ulubienica pokoju, uprzejma i delikatna osóbka której ślubem żyli wszyscy i młody chłopak, jako jedyny traktujący mnie zawsze w sposób przyjazny. Ta ostatnia dwójka za plecami pozostałych potrafiła mi powiedzieć, że oni też uważają że coś tu jest nie w porządku, ale nigdy nie zrobili nic żeby się temu przeciwstawić. Rezultatem takiego podziału siły bywały tygodnie, kiedy przez większość czasu w pracy mówiłam tylko "cześć" wchodząc do pokoju i drugie "cześć" opuszczając go po ośmiu godzinach, przez które byłym traktowana jak przejrzyste powietrze. Nie znosiłam tego najlepiej. Dodatkowo drażnił sędzia z którym pracowałam - ignorował mnie na podobnym poziomie, z sali uciekał zaraz za ostatnią stroną, o poprawienie protokołów musiałam go prosić około tygodnia, nigdy nie miał czasu o niczym ze mną rozmawiać.
Męczyłam się. Teraz już mogę powiedzieć wprost: pomimo otoczenia wymarzonych okładek z czerwonymi paskami każdy dzień w takiej atmosferze był dla mnie męką. Nie raz powtarzałam sobie, że lepiej tak niż z nieustająco trajlującym mi nad głową babińcem ze starego Sądu, ale wcale nie było lepiej. Było inne gorzej.
Wydziałów Cywilnych, w których przepracowałam większość swojej sądowej "kariery" nie znoszę serdecznie, gdyż zupełnie nie po drodze mi z tematyką dziejących się tam spraw. Może w co setnej dzieje się cokolwiek dla mnie interesującego, a może i nie. Do tego ilość akt nie do przerobienia dla jednej osoby - i już wiadomo czemu polecenie przesiedlenia się przyjęłam z widocznym szczękościskiem.
Niemniej darowanemu zastępstwu nie zagląda się nigdzie. Przesiedliłam się. Dostałam biurko tyłem do drzwi i przydział do sekcji nakazowej - brrr!
Moja praca składa się z otwarcia akt, ułożenia stron we właściwej kolejności, przedziurkowania, zszycia klipsem, ponumerowania, ostemplowania odpisów. wygenerowania z sytemu pism przewodnicz (nic nie muszę pisać, wciskam tylko "twórz"), podpisania, zakopertowania, zaniesienia do poczty. I tak na razie 20 - 25 razy dziennie, docelowo powinna około 50. Nic tylko womitować z nudy, prawda?
Ale w mojej pracy pokój dzielą ze mną: Ania (+50, nieco rozproszona ale opiekuńcza), Marek (+50, zabójcze poczucie humoru), a przez sąsiednią ścianę występują: Marta (studentka, gadżeciara, uświadamia mnie w kwestiach technicznych), Michał (+20, wielbiciel muzyki folk) i Karolinka (+40, rockandrollowa mamuśka). Czujecie różnicę?
Bo ja czuję. Codziennie. Jest sporo śmiechu, jest sporo rozmów merytorycznych, jest sporo zgodnego milczenia kiedy każdy wściubia nos w swój monitor. Jest dobra atmosfera i nawet nakazy zapłaty jakieś mniej obrzydliwe się robią.
Tak więc jasno widać, że mój punkt widzenia na własną pracę zależy od punktu w jakim siedzę, a konkretnie - między kim siedzę.
A tak jeszcze w ramach P.S.: nie umiem przejść do porządku dziennego nad tym, że we wtorek Oscar Pistorius wychodzi z więzienia, po odbyciu raptem roku kary z pięciu lat zasądzonych za czyn, który jeśli nie był morderstwem to ja jestem krzaczkiem agrestu i piszę tu do Was liściami.
Jeśli jest coś gorszego i bardziej bezsensownego od perspektywy zmian na naszej scenie politycznej po przyszłej niedzieli - to jest to południowoafrykański wymiar sprawiedliwości.
Pełnię sobie obowiązki służbowe przy najmilszej sędzi w wydziale z najfajniejszym poczuciem humoru - tej samej, co onegdaj prosiła żeby jej kiecę skołować bo zapomniała. Wywołuję sprawę, melduje się świadek - wysoki, nieźle zbudowany, łysy facet około czterdziestki, wyraźnie od sędzi starszy. Świadek podaje swoje dane i pada pierwsze pytanie - gdzie świadek jest zatrudniony i na jakiej podstawie. Świadek nabiera dużo powietrza i z wielkim oburzeniem rzecze "Pracuję w Takiej Łonej firmie, a jak jestem zatrudniony? To chyba oczywiste, że jestem pracownikiem najemnym Takiej Łonej firmy, zupełnie tak samo, jak pani jest pracownikiem najemnym sądownictwa".
Bez komentarza, Wysoki Sądzie.
W bonusie od Ryśka tabliczka z włoskiego marketu:
"Ogłoszenie: Prosi się szanowną klientelę o nie pukanie w arbuzy. Większość z nich nie odpowiada."
No więc, wiem że nie zaczyna się zdania od no więc, ale no więc - uważaj o co prosisz, bo czasem możesz to dostać.
Poszłam sobie do nowej pracy, do mojego ślicznego, dużego Sądu. Zaświadczenie od lekarza, obiegówka, klimaty jak to pierwszego dnia w budżetówce. Wchodzę między innymi do informatyków, coby hasła wszelakie wydali i dostępy potrzebne porobili, miła niewiasta - rzadkość wśród informatyków - klepie w komputer mrucząc pod nosem "pani... wydział karny..." Ale że co? przecież ja do rodzinnego miałam iść. Ale na obiegówce skierowanie do karnego jak bawół. Telefon do kadr - obiegówka wystawiona prawidłowo. Rozmowa z kadrowym - generalnie dynda mu, że właśnie z tego karnego odeszła moja znajoma opowiadając o nim uprzednio horrory, albo biorę, albo wychodzę, bo to jedyna dla mnie propozycja.
No to wzięłam.
Bardzo szybko okazało się, że horrory znajomej były mocno przesadne - owa przykładna Matka Polka (mega kochana zresztą) nie umiała przejść do porządku nad tematyką spraw, czuła się z ich powodu nieszczęśliwa i dorabiała nieistniejącą ideologię. Umiem zrozumieć.
Ja tematykę tych spraw kocham i w pobiciach, rozbojach, narkotykach, zniesławieniach - pławię się jak w najlepszej benzynie lotniczej. A przy okazji oddycham wreszcie pełną piersią, mocno przez ostatnie pół roku stłamszoną. Bo nikt mi nie opowiada nad głową o grillu z teściami czy alergiach dwulatka. Bo kierownik jest kierownikiem. Bo sędzia na sali potrafi walnąć: "O rany, zapomniałam tej kiecy, niech mi pani jakąś skołuje, proszę....". Bo jest bardziej prawdziwie, i w ogóle bardziej, niż przez ostatnie pół roku bywało. Bo jest wydział karny.
Aklimatyzuję się więc w nowym Sądzie z dziką radością - tymczasem Sąd stary, jak raz, na moje pożegnanie ogłosił konkurs. Konkurs taki jest to stworzenie przydatne, bo wygrywa go i etat od ręki dostaje jedna osoba, za to spora grupka osób którym też dobrze poszło tworzy w jego wyniku listę rezerwową, z której zatrudniane są potem w miarę zwalniania się kolejnych miejsc. W konkursie więc udział brać warto, bo daje on niejaką perspektywę zatrudnienia każdemu, kto na listę się załapie. Bez listy - zapomnij.
Postanowiłam więc schować dumę do kieszeni, przygotowałam dokumenty - a konkurs sądowy wymaga tego w okolicach 10 stron - najstaranniej jak potrafiłam, w kopertę włożyłam i pocztą posłałam. Po kilku dniach podano listę zakwalifikowanych - a mnie na niej nie ma. Dzwonię więc do kadr i grzecznie zapytuję - cóż to się stało. Kadrówka Młodsza ogląda moje dokumenty i nie co zdziwiona mówi że nie wie, zapyta Kadrówki Starszej. Naradzają się dłuższą chwilę i wreszcie niepewnie informuje mnie, że zabrakło numerka. Otóż przesyłając dokumenty pocztą należało na kopercie dopisać "Konkurs numer..." a ja napisałam co prawda "Konkurs", ale numeru już nie, bo nieuważnie przeczytałam treść ogłoszenia. Co z tego, że tylko jeden konkurs jest aktualnie w toku i bez problemu można właściwie sklasyfikować moje prawidłowo przygotowane dokumenty - numerku brak, klasyfikacji nie będzie.
Każda rozprawa przed sądem powszechnym w Polsce zaczyna się od tego, że protokolant wychodzi przed salę rozpraw, wywołuje jakieś "Sprawa przeciwko Janowi Kowalskiemu", wykreśla ową sprawę z wiszącej gdzieś w pobliżu drzwi wokandy i wraca na salę wpuszczając przed lub za sobą strony. Kiedy dociera z powrotem do swojego stanowiska pracy i zasadza się za swoją klawiaturą sędzia zaczyna dyktować kto się stawił.
Sesję dzisiejszą miałam wyjątkowo męczącą, co odczuła także sędzia. Wywołałam kolejną sprawę, ledwo zdążyłam przejść przez próg w drodze do swojej miejscówy - a sędzia nie unosząc wzroku znad akt zaczęła dyktować mi stawiennictwo. Kiedy przeszłam całą długość sporej sali i dotarłam do stanowiska była już przy świadkach, nadal nie unosząc wzroku...
Przebranżowiwszy się jakiś czas temu z inteligentnego przedłużacza słuchawki na równie inteligentne przedłużenie klawiatury vel protokolanta sądowego odkryłam, że dziwne rzeczy które mówią do mnie ludzie nadal się przytrafiają. Ale "Między słowami" było różowo - niebieskie i pozostało szczęśliwie za mną, trzeba mi było nowego pomysłu. A onego nie było...
Aż nadszedł dzień dzisiejszy, zbrojny w pewne niezwykłe ptaszę i przyniósł mi inspirację. Inspiracją stal się ukochany dialog:
" - Otwórzcie okno. Myślę, że orłów nie ma, żaden nie wyleci.
- A pan major drzwiami?"
Tak więc w pierwszej odsłonie cyklu "A pan mecenas drzwiami?" poznajcie proszę... Orlicę Palestry.
Była sobie Pani Strona. Miała ona Panią Pełnomocnik. I była też Sprawa, nieważne jaka, co się już trzeci rok w naszym wydziale toczyła. Rozprawa odbyła się dwudziestego piątego marca, Pani Strona na nią nie przyszła, Pani Pełnomocnik a i owszem, była. Sędzia wydał wyrok. Fakt, niezbyt korzystny dla Pani Strony, więc Pani Pełnomocnik po kilku dniach namysłu złożyła wniosek o jego uzasadnienie. Sędzia, zgrzytając nieco zębami, do pisania uzasadnienia zasiadł. Napisać nie zdążył - od Pani Pełnomocnik wpłynęła informacja, że Pani Strona zmarła. Do informacji załączony był akt zgonu wyraźną jak to na aktach zgonu datą - jedenastego marca.
Gdyby Pani Pełnomocnik chciała tu jakiś wałek ukręcić i wyrok niestandardową metodą wzruszyć raczej by tego aktu zgonu sądowi nie pokazywała. Bo wynika z niego czarno na białym, że poszła na rozprawę reprezentować martwą od dwóch tygodni mandantkę.
Dobra, mogę zrozumieć że nawet nie zadzwoniła do niej przed rozprawą - może wszystko miały wcześniej ustalone. Ale czemu nie skontaktowała się po rozprawie, żeby choćby o wyroku poinformować, czy ustalić zasadność jego uzasadniania, tylko wniosek złożyła już na własną rękę - tego już nie ogarniam. Jakiś Kodeks Etyki chyba powinien obowiązywać...
Spieszę ukoić drogich moich czytelników, że co prawda mój rósioffy pracodawca wywalił mnie na zbitą twarz, ale Piękne Miasto pracą na słuchawce stoi i mój nowy pracodawca, dla którego wciąż inteligentnie przedłużam ten ważny element telefonu jest dla odmiany ubezpieczycielem. Niebieskim.
Tyle tytułem wstępu.
Robota prosta jak drut, przyjmujemy zgłoszenia wszelkiego rodzaju uszkodzeń mienia i ciała, z tytułu których to uszkodzeń ubezpieczeni mają dostać kasiorę.
No i właśnie takie zgłoszenie odebrała Kasia z boksu obok, pyta co się stało, słucha odpowiedzi, i nagle twarz jej się wydłuża.
- Aha - rzecze ponownie - Ale jak to? Z kolana ta rana przeniosła się na brodę???
Tytułem wstępu: posiadając numer u mego rósioffego pracodawcy (a zapewne i u innych operatorów) na fakturze otrzymujecie zawsze, oprócz kwoty do zapłaty także oznaczenie taryfy. W wypadku numerów stacjonarnych jest to najczęściej skrót NTD (Nowa Taryfa Domowa) i ilość minut w niej dostępnych.
Otóż Angelika odebrała niedawno pana, który chciał wiedzieć... czemu wyłączyliśmy mu TVN. Tak, pan opłaca za naszym pośrednictwem telewizję. Przecież na fakturze ma pozycję NTD, czyli Nielimitowany Telewizyjny Dostęp i 120, czyli tyle ma mieć kanałów. A ma tylko kilka, same zagraniczne, TVN mu odłączyliśmy bezprawnie, bo faktury przecież płaci...
Marta z kolei rozmawiała z panią, która miała prześladowcę. Dzwonił, smsował, samo piekło. Pani zmieniła więc numer. I wielce z tego zadowolona wysłała do prześladowcy smsa "Koniec stalkingu"... oczywiście z nowej karty. Do Marty zadzwoniła po ponowną zmianę numeru.
Sylwii zaś dostał się pan, który chciał poinformować, że nie zapłaci nam faktury. Nie ma nóg, więc na pocztę nie pójdzie. Internet odcięliśmy mu za brak płatności. Nie zapłaci, nie ma jak, i możemy sobie z tym zrobić co chcemy.
Choć u mnie, wyjątkowo, był spokój, to i tak wyobraźnia naszych klientów nie przestaje mnie zachwycać...
Historia poniekąd również służbowa, ale o jakże innym ciężarze gatunkowym...
Siedzę otóż w pracy mej rósioffiuśkiej, miły piątkowy wieczór, klienty nie dzwonią zbyt nachalnie - luz i plaża. Wpada mi połączenie - i ku swemu zdziwieniu po raz pierwszy widzę na monitorze nazwisko znanej osoby.
Nie zrozumcie mnie źle - nie dziwi mnie, że znane osoby mogą dzwonić na infolinię tylko to, że spośród tyludziesięciu konsultantów rozmowa wpadła akurat do mnie.
Nazwisko należy do pewnego Wielkiego Aktora starszego pokolenia. Nie, nie do celebryty z seriali, tylko do Aktora przez wielkie "A", znanego głównie z ról teatralnych. Nie tylko w Polsce, także we Francji - jeśli ktoś ciekaw jego tożsamości;)
Lekko zatem zakręcona zagajam rozmowę moim firmowym "W czym mogę pomóc", i jednocześnie szybciutko spozieram na datę urodzenia. Dokładnej nie znam, ta widoczna w systemie pi razy oko się zgadza, poza tym ten aksamitny, idealnie ustawiony głos... A zatem uznajemy, że rozmawiamy ze Sławą - i jedziemy.
Perspektywa rozmowy ze Sławą nie tamuje mojej przyrodzonej gadatliwości - kiedy mój rozmówca nie może sobie przypomnieć hasła i prosi o pomoc żonę, a ta zza kadru podrzuca właściwe radośnie rzucam "Zgadza się, proszę podziękować małżonce". "Kochanie, to prawidłowe hasło, pani przesyła Ci podziękowania... A moja żona poleca się pani na przyszłość" słyszę z wyraźnym śmiechem w tym przepięknym głosie. Dobra nasza, już wie, że nie rozmawia z jakąś dziunią, kupiony. Okazuje się że nasz Wielki Aktor przeszedł sobie do naszej sieci i ma problemy z pierwszą fakturą. Powolutku więc, kawałek po kawałku ją sobie przerabiamy i rozszyfrowujemy. Tak się wkręcam, że autentycznie zapominam z kim gadam. Mój rozmówca prezentuje sobą pełne skupienie na rozmowie i błyskawiczną analizę słyszanej treści, co oczywiście powoduje, że łapie wszystko niemal w pół słowa i rozumiemy się jakbyśmy razem tą fakturę wystawiali. W pięć minut sprawa załatwiona i klient zadowolony, dobrowolnie obdarza mnie nawet komplementem na temat obsługi. No to hopla i prezentuję ofertę mobilnego netu - niestety muszę. A tu siurpryz - oferta zainteresowywuje małżonkę klienta. Rozmawiamy sobie za jego pośrednictwem, bo małżonka zajęta PITami nie chce podjąć rozmowy, wreszcie z dużym śmiechem zostaje do tego namówiona, bo Wielki Aktor, jak twierdzi, jest zupełnie nie internetowy i to dla niej byłaby oferta. Rozmowa z małżonką równie wspaniała, pani o przemiłym głosie życzy sobie przemyśleć temat i żebym oddzwoniła, może jutro "kochanie, o której skończysz próbę"... a więc to naprawdę on!
Była to bez wątpienia najwspanialsze rozmowa jaką przeprowadziłam przez niemal dwa lata bycia inteligentną przedłużką słuchawki. Człowiek, który będąc Wielkim Aktorem rozmawia z konsultantką na infolinii jak z damą, prezentując przy tym ogromną klasę i miłe poczucie humoru - jest też Wielkim Człowiekiem, tak po prostu. Mógłby wymagać - a słucha. Mógłby całym sobą sugerować "czy ty wiesz, kim ja jestem" - a załatwiwszy swoją sprawę w mgnieniu oka grzecznie dziękuje. A do tego jeszcze sposób, w jaki zwracają się do siebie nawzajem z żoną - tak ciepły i serdeczny, że wręcz nierealny... Całość odczuwam jak plasterek miodu na znękanym codziennością serduchu, i o ile nigdy nie byłam fanką Wielkiego Aktora - chyba na starość zostanę.
"Proszę natychmiast zmienić warunki mojego aneksu! Zgodziłem się podpisać go na 24 miesiące, a na papierze mam 2 lata. Dlaczego zmieniliście warunki aneksu bez mojej zgody?"
Po południu ja odbieram rozmowę:
"- Proszę pani, 30 dostaję wynagrodzenie i 30 na pewno zapłacę tą zaległą fakturę.
- Dopiero 30 marca?
- Nie no, 30 lutego zapłacę, jak tylko odbiorę wynagrodzenie, od razu..."
W moim ulubionym, rósioffym zajęciu każda rozmowa obligatoryjnie zaczyna się od identyfikacji klienta, czyli m. in zapytania: "Na kogo numer jest zarejestrowany?".
Powiedzcie mi, proszę, jak ujemnej wielkości trzeba mieć członka, żeby na tak postawione pytanie odpowiedzieć z solennym naciskiem: " No jak to? Na PANA Zygfryda Stułbię!"
Nie tylko mnie przytrafiają się rozmowy z ufoludkami. Mamy w zespole Krzysia - Krzyś jest duży, ma widoczny tatuaż, lekko nadkruszony ząb na froncie i podczas rozmów jest najcierpliwszą i najbardziej wyrozumiałą dla klientów osobą jaką znam. Wczoraj rozpoczęliśmy szychtę o godzinie 7:00 od rozładowania ośmiominutowej kolejki (ludzie, w niedzielę???). W trakcie tej upojnej czynności Krzyś odbył dialog:
- Proszę pana, mnie ktoś prześladuje! Dzwoni regularnie, co pięć minut, puszcza trzy sygnały i się rozłącza, a jak odbieram to się nie odzywa! Nie, nie ma żadnego numeru na liście połączeń, po prostu dzwoni i się nie odzywa, co pięć minut, jak w zegarku, no co ja mam zrobić???
Tak już mam, tak żem skonstruowana, że przewlekły stres wyłazi mi na skórę. Podczas pracy w Sądzie spotkało mnie to pierwszy raz, kiedy na skutek sytuacji służbowej pokryłam się liszajem płaskim. Kilka dni temu zorientowała się wreszcie, że pomimo przemiennego stosowania na dłoniach kilku kremów nawilżająco - odżywczo - wygładzających mam już przy nadgarstkach i między palcami normalny stan atopowy, który trza ciupasem zanieść dermatologowi pod rozwagę.
Tak więc czeka mnie trochę wyższej pierdolencji i doprowadzania się do stanu użyteczności - co może też być zaletą, bo przy okazji doprowadzę do dermatologa także Mysz z kolejnym wyrzutem trądziku.
A potem nastanie złota polska jesień i złota wolność.
Moja sytuacja służbowa na Wszystkich Świętych polepszy się znacznie, zmieniam bowiem zespół, w którym pracuję, a nawet lokalizację miejsca pracy. Dotychczasowy, pożal się, Kierownik, główna przyczyna moich zmian skórnych zostanie sobie w starej lokalizacji i spokojnie będzie zadręczał kolejne pokolenia konsultantów - a mnie już nie będzie.
Okoliczność tyle szczęśliwa, co po raz kolejny potwierdzająca, że jestem dobrym człowiekiem. Bo dobrym ludziom przytrafiają się dobre rzeczy. Albo inni dobrzy ludzie, którzy pomagają. W moim przypadku pomogła Ola, która moim kierownikiem przestała być trzy miesiące temu, ale nadal lubi mnie na tyle, żeby szepnąć tu i ówdzie dobre słówko i spowodować przeniesienie na które, wiem o tym, moje fatalne wyniki ostatnio wcale nie zasługują.
Tak więc po Wszystkich Świętych w planach lepsza pogoda do lotów. A na razie leczym łapki oblezione ze skóry niczem u mumii...
Siedzę w pracy. Słuchawka na uchu prawym, znudzenie w okach obu, od czasu do czasu półgębkiem wymieniane z Martą "Nie chce mi się", "Nieprawda, to mi się nie chce" - ot, taka nasza świecka tradycja.
I nagle - tadam, niespotykane wszak na infolinii - dzwoni Pan!
Dialog toczy się mniej więcej tak:
M (Mrija): Dzień dobry, tu infolinia Pana ulubionej sieci komórkowej, jak się Pan nazywa i jakie ma pan hasło?
P (Pan): Dzień dobry, nazywam się Pan, a hasło jakieś tam mam.
M: W czym zatem mogę pomóc? P: Proszę mi powiedzieć, co wyście mi tu za abonament naliczyli??? M:... Ależ proszę Pana... Pan ma telefon na kartę, pan nie ma u nas abonamentu...
P: No wiem. To dlaczego mi napisaliście, że mam 20, 40 zł zaległego abonamentu i mam zapłacić, i nawet numer konta podaliście??? M: Proszę Pana, czy Pan dostał od nas pismo z wezwaniem do zapłaty?
P: Nie, żadnego pisma nie dostałem.
M: No to wobec tego jak Pan powziął informację, że jest jakaś zaległość?