Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koci worek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koci worek. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 listopada 2016

And may the odds be ever in your favor...

Swego czasu nieprzytomnie rozśmieszył mnie internetowy żart:
"2015 - w Polsce wybory parlamentarne wygrywa PiS.
2016 - w USA wybory prezydenckie wygrywa Donald Trump.
2020 - Głodowe Igrzyska wygrywa mój Dystrykt!"

A potem dwa pierwsze zdania stały się prawdziwe...

Więc żeby nie wywnętrzać się na temat polityki (na której i tak się nie znam) - jak zwykle dam Wam czegoś posłuchać. 
Skoro "Hunger Games" to najoczywistsze, że Lorde. Jak pewnie wiecie pod tym pseudonimem kryje się nieprzeciętnie utalentowana, niezwykle oryginalna i młodziutka przy tym kiwi o słowiańsko - celtyckich korzeniach, która do trzeciej części filmu nagrała przebój "Yellow Filcker Beat". Ale ja nie o przebojach filmowych. Kiwi ta była bowiem wielką ulubienicą utraconego w tym zasyfionym 2016 pana Dawida Bowiego i została zaproszona do występu wraz z jego zespołem podczas Brit Awards. Wykonała cover "Life on Mars", i wykonała go w taki sposób, że pan Dawid na pewno się uśmiechnął. 
Zaczyna się 8:55. Uśmiechnijcie się i Wy:


czwartek, 21 kwietnia 2016

Znowu

Miała być, jak zwykle, zupełnie inna notka, ale...
2016  - wyjdź stąd wreszcie. I nie wracaj.
A ja... Już nigdy nie będę miała innych Książąt przed Tobą...

niedziela, 27 marca 2016

Przy stole

Nasz najsmutniejszy ze światów przetrwał już Nowy Jork, Londyn, Paryż - a kilka dni temu musiał przetrwać Brukselę.
Wiadomość o tym, że znów wybuch zaskoczyła mnie w pracy. Jak to ja - robotę odłożyłam na zaś, jedną ręką przewijam twittera w telefonie, drugą odświeżam tvn24 na służbowym internecie żeby jak najszybciej zebrać podstawowe dane o sytuacji kryzysowej.  Za mną radio na Zetce puszcza co pół godziny specjalny serwis informacyjny. Przede mną zaś Ania a za mną Kasia - tuż nad moją głową ustalają, czy zapłacą nam jakieś dodatkowe pieniądze na święta, a ustaliwszy że raczej nie - płynnie przechodzą do omawiania świątecznego menu, robota zaś im w łapkach aż furczy.
I trochę dziwnie się poczułam. Czy to ja jestem histeryczką, do tego leniwą, dla której byle wybuch na byle lotnisku jest pretekstem do odpuszczenia sobie wszystkiego i powpadania w panikę a dziewczyny są normalnymi żonami i matkami? Czy może jednak to ja jestem świadomą obywatelką Europy zainteresowaną czymś więcej niż czubek własnego nosa a one to małe domowe kurki? 
Nie mnie oceniać. Jednakże ktoś z nas ewidentnie nie pasuje do tego najsmutniejszego ze światów. 
Miałam zamiar sprezentować Wam jakąś fajną pisankę, ale z powodu ogólnie refleksyjnej zadumy przy świątecznym stole powiem tylko - bądźcie dobrymi jajami!

sobota, 19 marca 2016

Powrót Diabła

Miłość niejedno ma imię, a Moja Gładka Połowa (już nie taka zresztą gładka, irokez podrósł do rozsądnego rozmiaru. Moja Gładko Najeżona Połowa?) niejedno alter ego internetowe hoduje. Skoro obiecałam dawać znać to niniejszym anonsuję, że po przypadkowym odesłaniu w niebyt Hrabonszczy (i Futuropy przy okazji) wspomnianego wcześniej mego osobistego narzeczonego o wielu internetowych tożsamościach można tym razem czytać tu:
http://diabelporuta.blogspot.com
I komentować, żeby nie był smutny. Bo smutny diabeł może przynieść opłakane skutki...

piątek, 4 marca 2016

Uwaga, awaria. Taka awaryjna, serio.

Na prośbę Mojej Gładkiej Połowy chciałabym przekazać wszystkim p.t. Czytelnikom jego blogów - Hrabonszczy i Futuropy - że wczoraj, w przypływie pomroczności jasnej skasował swoje konto google, a wraz z nim oba blogi. 
Przyczyn racjonalnych brak. 
O jakiejkolwiek zmianie powyższego status quo, czyli wirtualnego nieistnienia MGP, będę informować jak tylko podejmie on jakieś decyzje co z tym fantem.

czwartek, 14 stycznia 2016

Niech ktoś zatrzyma świat...

... ja wysiadam. 

Kiedyś napisałam, że kiedy odchodzi ktoś utalentowany zostawia po sobie dużo większą pustkę niż zwykły zjadacz chleba, bo zabiera ze sobą także to wszystko, czego już nie stworzy.

Nadal tak myślę, tylko... Mam nadzieję, że to na długo będzie już ostatnie wideo. Bo trochę strach, kiedy los się aż tak rozpędza, i nie robiąc nawet przerw na nabranie powietrza dziurawi nasz najtrudniejszy ze światów jak ser. A za każdym razem kiedy zabiera sobie kogoś z kim się wychowałam, kogo podziwiałam - zostawia coraz mniej czasu mnie samej.

Więc z samej głębi kolejnej dziury chciałabym bardzo, bardzo mocno podziękować Głosowi Boga, Alanowi Rickmanowi.





wtorek, 12 stycznia 2016

Jak WOŚPować to tylko w Warszawie, w Warszawie...

Wiele razy już chwaliłam się - tak, lubię się tym chwalić - że wszyscy troje jesteśmy silnie związani z ideą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Co prawda przez ostatnie parę lat nie mamy czasu/możliwości/chęci/okazji działać czynnie, ale bierne wsparcie zapewniamy po prostu odruchowo.
W tym roku, w ramach walki z mentalną biedą i mizernymi atrakcjami muzycznymi Finału w naszym Pięknym Mieście padło hasło"Warszawa".  Koncertu bowiem chciało nam się przeokrutnie. Kilka dni trwało oczywiście rozważanie wszelkich za i przeciw i załatwienie zwięzłej pożyczki na transport und atrakcje, ale kiedy nadszedł właściwy czas - znalazłyśmy się dokładnie tam gdzie trzeba. Czyli - o tu:
Wśród wykonawców zaproszonych pod PKiN decydujące dla naszego przybycia były się dwa czynniki. Pierwszy to Oberschlesien.
Świeżo przeze mnie odkryci panowie posiadają kilka niezaprzeczalnych zalet, wśród których najważniejsze są: ciekawa nuta inspirowana silnie Rammsteinem i śląskie teksty (tak, to ci od furgającego na lufcie szmaterloka). Nie mogłam pominąć okazji zobaczenia ich na scenie zaledwie parę tygodni po tym, jak ich obie płyty zdominowały mój odtwarzacz. Zobaczenie pozwoliło się przekonać o kolejnych zaletach, wśród których najważniejsze są: piękna energia i charyzmatyczny wokalista:
Drugi zaś to oczywiście Afromental.
Panowie z Afro od pierwszego wejrzenia skradli moje serce doskonałą muzyką, wielkim poczuciem humoru, nieludzką energią sceniczną i dredami gitarzysty. Jestem ich fanką d0 tego stopnia, że z dumą noszę koszulkę AfroGangu, wcale nie dlatego że kupiłam ją na przecenie w Empiku. Nie pomijam też żadnej okazji żeby zobaczyć ich na żywo - nawet jeśli muszę w tym celu pokonać 140 km. A jako że od niedawna testuję nowego - używanego Nikona, dodatkowo okropnie świerzbił mnie obiektyw. Z poniższym rezultatem:


Piękna więc niedziela za mną: szatańska - fitnessowo - wegetariańska, kreatywna i bardzo, bardzo muzyczna.

Tylko że po niedzieli nastał poniedziałek. I znowu rano - tym razem w tramwaju wiozącym mnie do pracy wprost z dwocra Widzew, bo miły pobyt naciągnęłyśmy ponad wszelkie granice rozsądku - otwieram twittera. I znowu widzę post mojego ulubionego grafika informującego wszechświat że nie żyje Dawid Bowie.
Popłakałam się. Tak po prostu, tak jak siedziałam w tramwaju. Dlaczego Wielcy zawsze odchodzą dwójkami? O ile Lemmy'ego podziwiałam, o tyle w Dawidzie, po "Absolute Beginners" byłam zakochana wielką, jedenastoletnią miłością. I jakoś tak dobrze było od czasu do czasu zobaczyć go czy posłuchać. Po prostu.
Bardzo za mną chodzi najbardziej chyba niepoważny kawałek w jego karierze. Ale za to świadczący o tym, że Ziggy Stardust miał również ogromne poczucie humoru. Takim chcę go zapamiętać, i takiemu powiedzieć
"Dziękuję"


sobota, 2 stycznia 2016

Coś się kończy, coś się zaczyna...

No i mamy, proszę państwa, 2016. Jakoś tak znienacka...
Postanowiłyśmy z Ryśkiem, że w tym roku świąt nie będzie. Zamiast choinki kupiłyśmy sobie kaktusa i dużo pysznych maszkietów z Jarmarku Świątecznego. Kaktus otrzymał dźwięczne imię Kompania Braci (bo jest podwójny), maszkiety zostały pożarte... I zapanowała lekka pustka. 
W Boże Narodzenie i Sylwestra szczególnie dotkliwie brak mi MGP To są takie dni, kiedy całe serce się wyrywa żeby być razem i obok. A kiedy nie jest to możliwe... jest smutno.
Świąt więc nie było, Sylwester jednakże był - w tramwaju. Niech żyje Klub Miłośników Starych Tramwajów w Łodzi, niech żyje klubowy skład 803N i jego wyjątkowo długi motorowy, i w ogóle niech żyją wszyscy. A kto nigdy nie spędził Sylwestra w tramwaju - ma czego żałować. 
I zrobił się 2016. Jakoś tak znienacka...
Moja instruktorka od trampolin uprzedziła, żeby na zajęcia w styczniu zapisywać się z maksymalnym wyprzedzeniem, bo będzie trudno o miejsca - zaczyna się czas realizacji postanowień noworocznych. Na szczęście, według tej samej instruktorki, potrwa jakieś 3 - 4 tygodnie, potem zapisy wrócą do normy.
Może właśnie dlatego nigdy nie pociągało mnie podejmowanie postanowień noworocznych? No bo po co zmieniać coś na 3 - 4 tygodnie...
Nowy Rok to dla mnie raczej czas zawieszony między początkiem i końcem. Nie wiem nigdy czy patrzeć w tył, czy może jednak wyglądać do przodu. No dobrze, akurat teraz 2016 interesuje mnie bardziej niż 2015, wyglądam powrotu MGP od chwili, kiedy wyjechał. Ale wcześniej bywało wszak różnie.
Coś się kończy, ale i coś się zaczyna. Śmiało można powiedzieć, że mój Nowy Rok nastąpił już 30 grudnia. Rano mam zwyczaj szybkiego przejrzenia twittera, jeszcze przez wstaniem z łóżka. Taki odpowiednik porannych informacji w radio. Tak też i uczyniłam w ubiegły wtorek - i z profilu Kadatha, ulubionego grafika od niegrzecznych anthro, a potem z profilu Metalllicy uderzyła we mnie informacja, że Lemmy nie żyje. Nigdy nie należałam do szczególnie zajadłych fanek Motorhead, ale na litość - ten głos znał każdy kto ulubił sobie cięższe brzmienia. To tak, jakby zabrakło... no, może nie Boga Heavy Metalu, ale na pewno któregoś z jego apostołów. I co z tego, że miał 70 lat? Dziury w świecie to nijak nie zmniejszyło.
Więc w drodze do domu nabyłam małego Jacka Danielsa, wzniosłam toast "For those about to rock" - a potem założyłam cieplejszą bluzę i poszłam do kina. Na "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy"
I okazało się, że Star Warsy wreszcie doczekały się drugiej trylogii. Co prawda na razie jest z niej tylko pierwsza część - ale zapowiada się wielce obiecująco. Główna bohaterka - po raz pierwszy w całym cyklu - od razu wzbudza moją serdeczną sympatię i potrzebę kibicowania jej przygodom. Główny przedstawiciel Ciemnej Strony jest oryginalny, nieprzewidywalny i budzi ciekawość. Główna maskotka zaś jest przesłodka, na szczęście jej dawkowana z umiarem obecność nie powoduje wymiotów. Jeśli do tego dodać obecność na ekranie głównych bohaterów oryginalnej trylogii, stylistykę czerpiącą z niej całymi garściami i stosunkowo mało kiksów fabularno - logicznych otrzymujemy naprawdę dobrą, a momentami nawet bardzo dobrą kontynuację kultowego oryginału. 
I tak to właśnie wygląda z Nowym Rokiem; nie ma już z nami Lemmy'ego - ale są Star Warsy.

Ale do posłuchania proponuję jednak jeszcze Motorhead. Bo "Gwiezdnych..." będą jeszcze dwie części, a Lemmy'ego już nie będzie...
Playlistę ułożył MGP, kiedy mu się pożaliłam że nie mam pomysłu pod co pić Danielsa.

sobota, 14 listopada 2015

Piątek trzynastego

Wybaczcie.
Pomysł na nową notkę mam w głowie od tygodnia, tylko zupełnie się nie mogłam zebrać do pisania. Bo za zimno, bo się nie wyspałam, bo cokolwiek. A teraz jest za późno. 
Bo wczoraj nastał piątek trzynastego. I nic już nie będzie takie samo. 
Pamiętam doskonale noc z 11 na 12 września 2001 roku. Jechałam wtedy z Warszawy do Krakowa jako pasażer ciężarówki i wraz z kierowcą, odpalając papierosa od papierosa słuchaliśmy RMF FM, gdzie serwis informacyjny nadawano co kwadrans. Myślałam wtedy, że to najgorsza noc w moim życiu. Myliłam się.
Bo wtedy wszystko działo się w odległej Ameryce. A teraz - tuż za rogiem. Bo wtedy wszyscy moim bliscy byli w domu, bezpieczni. A teraz nie są. 
Chciałabym powiedzieć Wam dziś coś naprawdę pomocnego. Ale nie umiem. Za bardzo się boję. O siebie, o moją rodzinę i bliskich, o Polskę, o każdego muzułmanina który dziś płacze wraz z nami a jutro może być oskarżony o te potworne zbrodnie tylko dlatego, że jest muzułmaninem.  
W zasadzie boję się o cały świat jaki znam. Bo dziś już wiem to, z czego nie zdawałam sobie sprawy wczoraj - może się skończyć w każdej chwili.

poniedziałek, 26 października 2015

Radio to ludzie...

Ciężko jest obiektywnie napisać o imprezie, na którą czekało się dwa lata...

Muzo Fest - pierwsze urodziny radia Muzo FM. Ubiegły wtorek, klub Stodoła, Warszawa.

Pamiętacie może historię pokazowego wykończenia Eski Rock krótko po spektakularnych, urodzinach na których Billy Talent urwali szacownej Stodole sufit, a potem było już tylko lepiej? Duży skrót z historii tutaj: Czarny Czwartek. Po paru miesiącach nerwów cała tamtejsza ekipa zaczęła dyskretnie przenosić się do nowej siedziby, a jak już się przeniosła - na częstotliwościach dotychczasowego PIN wystartowało Muzo FM, "nowe radio w mieście". I właśnie skończyło roczek
Dlaczego te urodziny w ogóle były takie ważne? Zaliczam się do tej części społeczeństwa słuchającego, która najczęściej radio ma w słuchawkach podczas podróży po mieście lub jako tło do pracy kiedy trzeba się na niej skupić. Stąd też bardzo ważni są dla mnie prezenterzy, gdyż czuję z nimi dziwnie intymną więź. W końcu przez większość czasu jesteśmy tylko we dwoje: ja i Głos po drugiej stronie słuchawek. Zdarza mi się chichotać w zapchanym autobusie albo zatrzymać się na środku ulicy jeśli gubię zasięg - a na antenie dzieje się akurat coś śmiesznego lub ważnego. Jasne, że w tym samym momencie co ja chichocze pewnie i zatrzymuje się całkiem sporo osób - ale ja ich nie widzę. Dla mnie w dalszym ciągu Głos mówi bezpośrednio i wyłącznie do mnie, i jest to ten sam Głos który wczoraj odprowadził mnie do domu i dziś odwiózł do pracy, który spędza ze mną tyle czasu, że jest mi już bliski niemal jak Głos przyjaciela...
Zdaję sobie sprawę, że brzmi to trochę jak pamiętnik młodego stalkera, ale tak to właśnie u mnie wygląda, no co poradzę?
Owszem, Muzo FM muzycznie nie powala, jest radiem dla wszystkich i dla nikogo, całkowicie się zgadzam z tymi zarzutami. Ale dopóki to z jego anteny mówią wszystkie moje ulubione Głosy - będzie moim ulubionym radiem. I dlatego jadąc na urodziny gry plan był prosty: koncerty koncertami, ale podstawa to złapać każdego z ulubionych prowadzących (tym mniej ulubionym odpuściłyśmy), wyściskać i podziękować że wciąż są, choć dwa lata temu i my i oni pewnie tal samo wątpiliśmy w następne spotkanie.
Nie powiem, udało się. I to na tyle, że nawet ktoś z tyłu rzucił jakieś "ho, ho!" kiedy po raz kolejny zadyndałam sobie na moim ulubionym panu z radia, bo akurat taki quest sobie na ten wieczór wymyśliłam żeby na nim dużo dyndać. A nie powiem, pan jest wysoki i ładnie pachnie, dyndało się uroczo. 
Oprócz owego prywatnego przeżycia razem z Ryśkiem zaznałyśmy tradycyjnego lansu jako jedyny zestaw "matka z córką" na imprezie, może na nawet niekoniecznie jedyny, ale udzielający się do tego stopnia że niektórzy prowadzący na nasz widok wołali "O, a ja je znam!" Nie będę ukrywać, że to wyjątkowo miły rodzaj lansu, zupełnie jakby ktoś gdzieś od środka taki rozgrzewający plasterek przyłożył. W tym konkretnym przypadku - kiedy słyszę "Dobrze że jesteś" wiem, że to prawda. A kiedy słyszę "Mam nadzieję że zobaczymy się za rok" wiem, że znów dołożę starań żebyśmy wraz z Ryśkiem znalazły się w rozwrzeszczanym tłumie ludków, ludzi i ludzieńków, miały okazję na kimś zadyndać i poczuć znów ten cieplutki plasterek w środku. Bo radio to ludzie.

P.S. 
Nie. nie będzie o polityce, choć data do tego idealna. Nie mam już cierpliwości do polityki. Na Niezatapialnej Armadzie Kolonasa Waazona swego czasu panował obyczaj zastępowania kiepskich gejseksów gifami z Nicholasem Cage. Wobec tego ja zaproponuję Wam obyczaj Okien: tematy polityczne będziemy zastępować dobrą muzyką. Co Wy na to?
Na pierwszy ogień poznajcie więc niekwestionowaną gwiazdę MuzoFestu i posłuchajcie przeboju, którym otworzyli swój set. Sufitu nie urwali co prawda, ale tynk nieco popękał. Czytelniczkom płci damskiej polecam zwłaszcza basistę, który w tej chwili ma już włosy do ramion i wygląda...

niedziela, 4 października 2015

Jak to na Kapitularzu bywa...

Co prawda mój ostatnio ulubiony konwent wielbicieli fantastyki wszelakiej zakończył się już tydzień temu, ale mnie nadal trzymają filozoficzne refleksje na jego temat.
Zacznijmy w ogóle od samej istoty. Kapitularz jest - w odróżnieniu od larpowego Flambergu - konwentem stacjonarnym, co oznacza przed wszystkim mnóstwo prelekcji na mnóstwo tematów. Jak ktoś lubi to do tego może przymieszać planszówki, erpegi, cosplaye, wygrzebywanie skarbów z konwentowych sklepików i całe mnóstwo życia towarzyskiego. Czyli praktycznie - trzy dni wyjęte z rzeczywistości.
Na konwencie zawsze czuję się trochę tak, jak w oddzielnej bańce czasoprzestrzennej. Jest za dużo zdarzeń, tematów, ludzi i rzeczy żeby rzeczywistość miała prawo istnieć. Niech sobie dryfuje gdzieś tam obok, razem z koniecznością zrobienia zakupów czy pójścia w poniedziałek do pracy. Na obiad mogę zjeść zapiekankę ze szpinakiem, a poniedziałek jest dopiero pojutrze. Tu i teraz interesuje mnie wyłącznie żeby zdążyć na następny, ciekawy punkt programu.
Po co mi te prelekcje, po co mi wiedza jak warzy się piwo, które pasożyty są śmiertelne i dlaczego klasycy s-f epoki PRL byli seksistowskimi świniami? A bo ja wiem? Może kiedyś się przyda - a może nie. Ale fajnie się siedzi i słucha dobrze przygotowanego prelegenta, bo nie trzeba przy tym myśleć o niczym prócz jego słów.
Okazuje się, że nie tylko na mnie tak dziwacznie działa konwentowy mikrokosmos. Przywiozłam ze sobą dwie panie, z których każda debiutowała na tego typu imprezie, choć każda z innych przyczyn: M. postanowiła poznać jakichś nowych ludzi zaś A. chciałam zająć czymś konstruktywnym żeby nie czekała bez sensu. Obie wsiąkły. A. przesiedziała cały dzień na bloku poświęconym "Pieśniom Lodu i Ognia", M. wytrzymała całe trzy dni i zachwyciła się starożytnymi bogami walczącymi ze sobą na wielkość penisów. Obie zapowiedziały, że za rok wrócą.
Ja zapewne też, mam już pomysł na swoją przyszłoroczną prelekcję, na tą za dwa lata zresztą też. Mam również nadzieję że przed następnym Kapitularzem nie nabawię się ostrego zapalenia gardła i mięśni karku jednocześnie, będę coś widziała spoza własnej temperatury i nie będę musiała się żywić kawą/energetykami/lodami/zapiekankami prawie nie śpiąc. Bo w tym roku właśnie skończyłam odchorowywać...
Ale było warto;)

poniedziałek, 21 września 2015

Rok temu, o tej samej (prawie) porze ...

- Coś niesamowitego! Dwadzieścia trzy do dwudziestu jeden...

- No ja myślę że teraz nie odważy się Bruno zagrać ani krótkiej, ani lewym...

- Niczego się nie odważy zagrać.

- Do Wallace'a, do Wallace'a, dwójka...

- Nowakowski... Jeszcze tam, Muriloooooo!

- Jeeest! Jeden punkt od mistrzostwa świata!

- Piłka meczowa! Nie ma słów! Absolutnie nie ma słów! Trzeba postawić kropkę nad i!

- Tomek, spokojnie, na litość boską, spokojnie...

- Piotrek Nowakowski, piłka meczowa na wagę mistrzostwa świata... Murilo... Jeszcze... Jeszcze... Będzie punkt.

- Nie szkodzi. Nie szkodzi, my...

- Dobrze. Mamy dwie szanse.

- ... mamy dwie akcje.

- To wymarzona sytuacja na skończenie. Czy Brazylijczyka stać na zaryzykowanie? W stu procentach?

- O, patrzy, patrzy. Patrzy teraz na sędzie... na trenera...

- Robi połowiczną podwójną zmianę...

- Visotto...

- ... Rezende schodzi, wchodzi Visotto.

- Stawia na blok teraz Rezende...

- Wallace zagrywa...

- Piłka meczowa...

- Zakładam zegarek...

- Za... Plas.

- Flot, dobrze... Możemy to skończyć, Wlazły...

- Konieeeec!!!

- ...Jesteśmy! Mistrzami! Świata!

- JESTEŚMY MISTRZAMI ŚWIATA!!!





środa, 17 czerwca 2015

Oczekiwana zmiana tematu albo 3 w 1

Nieubłagalnie nadciąga cudowny, ostatni dzień czerwca kiedy to uwolnię się wreszcie od mojej kierowniczki wzrostu siedzącego psa i manier czeskiego sierżanta. Przestanę słuchać, jak to robię 1/3 tego co inni w Wydziale a za każdym razem kiedy na mnie spogląda trzymam w ręku telefon komórkowy. Przestanę zgrzytać zębami kiedy znów odkrywam, że była w mojej szafie, wywaliła do góry nogami połowę akt, druga połowa znikła i ogólnie powstał Sajgon - jakoś od pół roku ani razu nie przytrafiło się to w mojej obecności, zawsze znaczy swój teren kiedy jestem na sali.
Cóż, najwyraźniej po raz kolejny wystaję ponad szereg, tylko tym razem zawzięłam się, że nie dam się przyciąć. Na mój szacunek trzeba sobie zapracować, a na pewno nie da się tego zrobić zmuszając mnie do mówienia sobie na ty w drugim dniu znajomości. 
Co potem? A no nadal Sąd. Sąsiedni Rejonowy zdecydował się przyjąć mnie na kolejne zastępstwo. Sąsiedni Rejonowy wśród zalet ma i siedzibę 3 minuty piechotą od mojej Jaskini,  i kadrowca z długimi włosami i kubkiem klubu piłki ręcznej na biurku, i - last, but not least - miejsce w sekretariacie Wydziału Rodzinnego i Nieletnich.
Boję się. Do tej pory przerzucałam na kilogramy nudną papkę która - najczęściej - dotyczyła wyłącznie tego kto komu ile. Teraz wkraczam w prawdziwe życie spraw z zakresu Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego oraz nie miękkich zderzeń nieletnich z KK. Na salach Wydziału Rodzinnego może się zdarzyć wszystko, a ja nigdy nie umiałam zostawiać takiej pracy w pracy. Boję się więc - i nie mogę już doczekać. Mam wrażenie że to będzie moja szansa. Mam nadzieję że to będzie moja szansa.
W ramach walki z nadmiarem mnie nie ustaję w próbach uprawiania aktywności fizycznej. O dziwo najdłużej ( z różną częstotliwością już ponad dwa miesiące) utrzymują się marszobiegi po pobliskim parku. Kawałek potruchtam, kawałek pomaszeruję, endorfinki się produkują. Jednakże w związku ze wzrostem temperatur pojawił się ostatnio niewielki problem posiadania jedynie jednej pary czarnych, długich dresów. Na szczęście mniej więcej w okolicy pensji trafiłam w Tesco wyprzedaż odzieży sportowej i przytuliłam krótkie, cienkie, szare dresy z dużą ilością kieszeni. Tak oto prześlicznie odziana, w koszulce Cerradu Czarnych Radom z numerem 4 (Rysie wiedzą jak robić mamom frajdę;)), ze słuchawkami w uchach a flaszką płynu w łapie truchtam sobie w porze około zmierzchowej, chyba już na drugim kółku więc zmęczenie i zapocenie widać - a naprzeciw mnie pan Jogger. Pan Jogger profesjonalny pełną gębą, nie jakiś żelowy marszobiegowiec jak ja, kłusuje i wygląda jak zawodowiec. I na mój widok skłania głowę posyłając spod daszka ciepły uśmiech "Cześć, kobieto która biegasz". Wzruszyłam się zupełnie szczerze, a wręcz poczułam nieco nobilitowana.
Oprócz aktywności fizycznej uprawiam też znów aktywność muzyczną. W telefonie starannie ułożona playlista, w sercu dredy gitarzysty a w mózgu pytanie bez odpowiedzi:

Panowie Afromental, gdzieście byli całe moje życie???

Zaczęło się bardzo niewinnie - od Ryśka który przyniósł do domu jeden singiel. A potem poszło jak kula śnieżna, łącznie z wyjazdem na absolutnie urywający - od - wszystkiego koncert. Nigdy nie jest za późno na odkrycie zacnej muzy, czego mam nieopisaną przyjemność być najlepszym przykładem:



poniedziałek, 25 maja 2015

Takie mamy Rzeczypospolite...

W pracy, w jednym pokoju jest nas cztery. Jako że spędzamy razem 40 godzin w tygodniu to i pogadać się zdarza. Ostatnio - o polityce, a konkretniej - o wyborach prezydenckich.
Wszystkie trzy współmieszkanki mojego pokoju jak jeden mąż (albo raczej jeden cień w dolinie mgieł) głosowały w pierwszej turze na Pawła K. Temat jaki to on wspaniały, inny, i jako jedyny ma rację fruwał nam między biurkami od początku kwietnia chyba. Na moje nieco uszczypliwe uwagi że facet wygląda i zachowuje się jak spod budki z piwem momentalnie zaczynały się namiętne perory: "Nie znasz się, właśnie przez to jest autentyczny, a jak wygra to weźmie sobie speców od wizerunku i wtedy zobaczysz". Pytanie w czym, ale to tak konkretnie,  Paweł K. jest lepszy od Andrzeja D. i Bronisława K. ośmieliłam się zadać raz. Dwie z trzech jego groupies zamilkły, jedynie siedząca naprzeciw mnie Bezdzietna Prawniczka (dalej BP) po chwili marszczenia brwi wypaliła: "Bo jeden to idiota a drugi złodziej". 
Aha. Aha i...? 
I to wszystko. Na tym wyjaśnienia zakończyła i wzięła się za robotę, a więc i ja nie pytałam już więcej, bo nie wiedziałam, czy odpowiedź będzie bardziej straszna czy jednak bardziej śmieszna. W każdym razie po przegranej ich idola w pierwszej turze groupies zawarły pakt, że na drugą nie idą bo żaden inny kandydat im nie odpowiada.
Dziś, przy porannej kawie (i moim Biedowym energetyku mojito) z ciekawości jak im ten pakt wyszedł wywlokłam temat wczorajszych wyników Wyborów Prezydenckich 2015. I dowiedziałam się że:
1. BP jest zrozpaczona i przerażona, bo to zaraz dostaniemy 10 kwietnia świętem państwowym i będziemy musieli spłacać kredyty za tych z frankami. 
Na wybory nie poszła bo mieszka w innej miejscowości i musiałaby potwierdzać pobyt albo jechać do siebie (jakieś 30 km), a ani jedno ani drugie jej się... nie chciało. Była w lokalu wyborczym z mężem i teściami, oni głosowali na Komorowskiego "żeby Duda za łatwo nie wygrał".
2. Młodej Mamie (dalej MM) sen  z powiek spędza pytanie czy jej dwuletnia córeczka będzie musiała zdawać obowiązkową maturę z religii "bo to już będzie przegięcie". 
Na wybory nie poszła, to znaczy pojechała z mężem do lokalu wyborczego, ale on poszedł zagłosować na Komorowskiego, a jej się nie chciało wysiadać z auta.
3. Starsza Mama (dalej SM) jest zbrzydzona faktem, że przez najbliższe pięć lat będzie musiała wciąż oglądać posłankę Pawłowicz i "inne mordy".
Na wybory poszła, bo mąż ją zaciągnął. On zagłosował na Komorowskiego, ona oddała nieważny głos poprzez dopisanie i skreślenie na karcie trzeciego kwadracika z nazwiskiem Kukiz.

Takie mamy Rzeczypostpolite jakie ich obywateli polityczne uświadomienie...

P.S. A znudzonym już polityką p.t. Czytelnikom polecam serdecznie moje największe odkrycie muzyczne ostatnich tygodni... rodem w prost z festiwalu Eurowizji. Ostrzegam: są Włochami, wyglądają jak Włosi, śpiewają po włosku. Ale, qrczę, jak...

niedziela, 10 maja 2015

Wieczór wyborczy

Po odebraniu wstępnych exit polls'ów poczułam gwałtowną potrzebę aby wyjść pobiegać. Mp3 ustawione na losowe wybieranie utworów zaproponowało mi coś tak bardzo a'propos i na temat, że już bardziej chyba nie można:

środa, 29 kwietnia 2015

Demoniszcze!

Kilka dni temu Moja Gładka Połowa w trakcie naszej cowieczornej skajpowej posiadówy z lekkim osłupieniem na obliczu poinformowała mnie "A wiesz, mojego bloga obserwuje Była. Nie żeby od razu komentowała, ale obserwuje..."
Pozbierałam szczękę z podłogi, uspokoiłam pierwszy odruch oklepania czegoś, no bo jak ona tak śmie (owszem, jestem obrzydliwą zazdrośnicą i chwała Cthulhu, że MGP mi powodów do zazdrości na ogół nie daje, bo pewnie byłoby różnie) i poszłam obejrzeć oraz poczytać.
Byłą, zresztą Wielokrotną,  ja również poznałam w czasach, kiedy tylko się z MGP przyjaźniliśmy i wzdychaliśmy do siebie z daleka tak dyskretnie, że ani jedno ani drugie nic po stronie przeciwpołożnej nie zauważyło. Jakoś przesadnie się nie zakumplowałyśmy, ona miała sporo inne zapatrywanie na większość spraw niż ja - a nawet niż MGP, i nieco czasu spędziłam rozmyślając, co też on takiego w niej widzi i tłumacząc sobie, że moja potrzeba posiadania go na wyłączność paczy mi obraz miłej w gruncie rzeczy i wartościowej dziewczyny. Kilka rzeczy jednakże jej zawdzięczam -  wizytę w najokropniejszej kawiarni Pięknego Miasta, najbardziej żenująca rozmowę w moim życiu i - pośrednio - związek z Niewiernym Kutasem, gdyż akurat jak zebrałam się na odwagę żeby wyznać MGP że wolałabym przenieść nasze stosunki w mniej platoniczne rejony to oni postanowili się znowu zejść, co mnie skutecznie do wyznań zniechęciło, do wyboru wówczas kręcącego się przy mnie Niewiernego skłoniło, i w rezultacie mam poroże większe niż Warszawa.
W każdym razie Wielokrotna Była po rozstaniu z MGP  ucięła skrzętnie jakikolwiek pozór kontaktów. Z nim i ze mną (acz dopiero odkąd się dowiedziała, żeśmy para), zachowując sobie dostęp do brata MGP, któremu zatem zawdzięczamy ową niespodziankę.
Przyznaję się bez bicia, czytać jej bloga zaczęłam z lekkim szczękościskiem i sierścią zjeżoną od przeczucia, że na pewno kombinuje coś niedobrego. Gdzieś w środku lektury byłam zdołowana marnością serwowanych tu historyjek w porównaniu z jej barwnymi, potoczystymi opowieściami pisanym nienaganną polszczyzną, lekko i w uroczym stylu. A skończyłam lekturę ze świadomością, jak bardzo mi Byłej żal.
(Choć MGP nadal nie wierzy, że przeczytałam całość tylko dlatego, że nawyobrażałam sobie bór jeden wie co).
Wiele miejsca autorka poświęca zachwycaniu się, jak to jest samodzielna i daje sobie radę ze wszystkim, bo życie ją zmusza i do tego, żeby i sama organizowała remont, i do tego, żeby samodzielnie zabiła i oprawiła karpia na Wigilię. No dobra, to akurat się chwali. Gorzej, że pomiędzy tymi samozachwytami występuje prawie wyłącznie siedzenie, użalanie się nad sobą, odliczanie dni od ostatniego seksu i wyliczanie epickich faili na drodze do kolejnego. Czy aby na pewno to jest radzenie sobie?
Dawno temu, w odległej galaktyce MGP powiedział, że kiedy mnie poznał to zwrócił uwagę przede wszystkim na to, że samotnie wychowuję córkę - bo mój ówczesny partner, Obiecujący Alkoholik dbał o Ryśka mniej niż o wczorajszy obiad - pracuję dorywczo i wciąż ganiam za stałą robotą a jeszcze mam siłę na erpegi i przegadywanie z nim całej nocy. Podobno podziwiał we mnie tą siłę, oraz to, że nie zostawiłam córy babci i nie zajęłam się układaniem sobie życia.
Heh, zostawić Ryśka, pewnie...
Prawda jest taka, że ja nigdy nie byłam silna. Jestem sobie galaretowatym pomieszkaniem rozproszonego układu nerwowego i w pełni identyfikuję się z Bridget Jones, ale tylko z "Mad About Boy". Boję się wielu rzeczy, w tym na przykład otworzyć konto i zobaczyć jak mało mam na nim pieniędzy, nie lubię równie wielu, w tym na przykład mycia podłogi, nie umiem zaś największej ilości, w tym na przykład gotować. 
A trwam tylko dlatego, że od 19 lat mam dla kogo rano wykopać się z łóżka. A kiedy życie naprawdę boli już nie do wytrzymania owszem, lubię się schować gdzieś w kącie i popłakać, jak to ja mam po górkę. Jak już tak sobie porządnie popłaczę, to na ogół robi mi się wstyd że tyle czasu zmarnowałam bezproduktywnie i lecę to nadrabiać. Najczęściej poprzez zrobienie czegoś ku większemu dobru swojemu albo rodziny. Albo przynajmniej Jaskini - jakieś zmywanie czy coś.
Generalnie instynkty macierzyńskiego wciąż można u mnie ze świecą szukać, niemniej mam pewność, że Rysiek to najlepsze co mnie w życiu spotkało. Gdybym nie zaszła w ciążę w 3 klasie LO zapewne już dawno zaćpałabym się gdzieś pod mostem - mniej więc na takim etapie życia wtedy byłam... Eh, pamięć ludzka działa dziwnie i wybiórczo - już prawie nie pamiętam tamtych czasów. Przypuszczam, że mogłabym nawet nie poznać jej wytwórcy, gdyby dziś minął mnie na ulicy. W końcu od tamtych czasów zdałam maturę, skończyłam w pierwszym terminie nie najłatwiejsze studia, zaliczyłam dwa patologiczne związki, pracuję, znalazłam miłość mojego życia... Jest mi fajnie.
Zapewne głównie dlatego, że nigdy nie próbowałam potwierdzać swojej wartości w oczach facetów (te dwa patologiczne to trochę z innych powodów. Lęku przed samotnością przede wszystkim). Dla mnie jedynym potwierdzeniem tego, co znaczę i co potrafię jest coraz większa łapka zaciśnięta w mojej dłoni. W ciąży byłyśmy w podobnym czasie we cztery. Syn Majki jest w poprawczaku, Aśka podrzuciła córkę rodzicom i wyjechała z kraju na 12 lat (a teraz się dziwi że młoda nie chce z nią gadać), Karolina podczas rozwodu zostawiła córkę byłemu i robi za mamusię na weekendy. I tylko ja codziennie potykam się o wywalone na środek pokoju skarpety, sprzątam legiony kubków po kawie i cierpliwie wysłuchuję dlaczego leksykografia to dziwka. Gdyby mnie wtedy ktoś zapytał - zapewne sama bym nie wpadła na to, że akurat ja. I że będę z tego powodu tak szczęśliwa.
Żal mi Byłej, że tak bardzo się męczy w swojej nieumiejętności ani znalezienia kogoś odpowiadającego jej wymaganiom, ani zmiany wymagań. Absolutnie i nigdy w życiu nie namawiałabym na dziecko kogoś, kto sam do takiej decyzji nie dojrzał, ale... gdyby nie moje nastoletnie macierzyństwo pewnie byłabym dziś kimś podobnym. Żal mi Byłej właśnie dlatego, że momentami aż za dobrze rozumiem, co czuje.
Na szczęście tylko momentami i nie grozi nam tu żadna wielka przyjaźń po latach. Pozostałe momenty są w dalszym ciągu skrajnie inne od tego, co odpowiada moim potrzebom.
Cóż, bycie suką nie uprawnia jeszcze do nazywania innych Psami.
Ale w sumie jestem zadowolona że kolejny demon przeszłości okazał się zwyczajnym, przytulnym demoniszczem.


środa, 17 grudnia 2014

Będąc młodą poetką...

Dwoje ludzi zginęło - tragedia. Tym większa, że zginęli od ciosów zadawanych ręką jedynego syna, o którego jak najlepszej przyszłości marzyli. Dlaczego zginęli? Tego zapewne nie wie nikt, oprócz pewnej osiemnastolatki, dziewczyny ich jedynaka, wspólniczki i mózgu morderstwa.

Przypomina mi się silnie kilka odcinków ulubionych "Criminal Minds", gdzie dzielna ekipa tropiąca seryjnego mordercę stawała na głowie, aby nie dopuścić do tego, żeby media nadały mu pseudonim. Za nadaniem przestępcy pseudonimu idzie bowiem zwykle jego uczłowieczenie i wzbudzenie zainteresowania jego osobą, co dla wymiaru sprawiedliwości może być sporym utrudnieniem. Szkoda, że tej zasady nie znają polskie media, które morderczynię z Rakowisk nazywają "poetką Zuzanną M.".

Szanowni redaktorzy, otóż - nie. Pani ta jest przede wszystkim socjopatką z zaburzeniami relacji społecznych i systemu wartości, z wyjątkowym spłyceniem uczuć wyższych przy silnie rozwiniętym narcyzmie. Pani ta kwalifikuje się do bezterminowej izolacji od społeczeństwa. To, że na facepalmie miała stronę, na której podpisała się jako "pisarka" i zamieszczała swoje nieduże utwory poetki z niej jeszcze nie czyni. Stronę widziałam - przed morderstwem miała po 20 - 30 odwiedzin na posta, czytali ją zatem zapewne tylko znajomi. Utwory czytałam - ładne, emocjonalne wprawki biegłej językowo osoby z zerowym pojęciem o życiu. Całkowicie adekwatne do wieku autorki, pozwalające rokować co najwyżej nadzieję na jakiś rozwój w przyszłości. To, że pani wydała własnym nakładem tomik poetki z niej nie czyni również, co najwyżej córeczkę majętnej mamy. Promowała go samodzielnie przez wspomnianą stronę, okrzyczane w mediach "spotkanie z czytelnikami" w Krakowie miało być po prostu przekazaniem za drobną opłatą egzemplarzy tomiku tym kilku osobom, które chciały go mieć. Nazywanie tej osoby poetką to jak wymierzenie siarczystego plaskacza Marii Jasnorzewskiej, Halinie Poświatowskiej, że o Krzysztofie Baczyńskim, Julianie Tuwimie czy nawet Jacku Kaczmarskim nie wspomnę.

Przykra to sprawa. Przykra przede wszystkim dla rodziny ofiar, ale też dla szerokich mas epatowanych przez główne portale informacyjne kolejnymi doniesieniami kreującymi z "poetki Zuzanny M." następną nekrocelebrytkę. Zupełnie jakbyśmy na sprawie mamy Madzi z Sosonwca/Katarzyny W. nie nauczyli się nic a nic.

TVN 24 oraz gazeta.pl w każdym kolejnym doniesieniu odmieniają tą "poetkę Zuzannę M." przez wszystkie możliwe przypadki. Jedynym znanym mi medium, które pisze o "morderczyni z Rakowisk, "poetce" Zuzannie M." jest... pudelek.pl. Chyba na najbliższe dni zostanie zatem moim głównym źródłem informacji...

środa, 17 września 2014

Rosja

Wydaje mi się, że Rosja to takie zjawisko przyrody, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Żeby daleko nie szukać - sama nie jestem obojętna.
Kiedy myślę o Putinie, wojnie w Czeczenii, agresji na Ukrainę, wydarzeniach z Teatru na Dubrowce, Biesłanu czy pokładu "Kurska" - nienawidzę Rosji.
Ale kiedy słucham Ariji, Leningradów, Wysockiego, kiedy czytam Strugackich, Bułyczowa, Łukjanienkę, kiedy oglądam "Nocny Patrol" czy "Przenicowany Świat" - kocham Rosję.
Rosja to dziwny kraj. Kraj wielu kontrastów: z jednej strony rząd bezwzględnego totalitaryzmu i bezmiar ludzkiej głupoty, który na nie pozwala, z drugiej cudowna, barwna kultura, i nieprawdopodobnie pyszne sałatki z marynowanych warzyw. Oraz dwunastu bardzo wysokich facetów - reprezentacja Rosji w siatkówce mężczyzn.
W trzeciej fazie polskich Mistrzostw Świata pojawiła się wreszcie okazja na danie ujścia naszym odwiecznym antyrosyjskim fobiom: jutro bezpośrednie starcie Polska : Rosja.  Nawet coponiektórzy dziennikarze nawołują, żeby nie zapomnieć zabrać na mecz jabłek i flag ukraińskich. A ja grzecznie pytam: po chuj?
Nie mamy aby za dużo już polityki wokół? Nie warto by od niej czasem odpocząć? Choć na chwilę cieszyć się pięknem ulubionej dyscypliny, a nie dławić własną żółcią?
Panowie Sborna tylko mówią w tym samym języku co Wołodia P. Nie są nim, wiecie? Są zwykłymi facetami, którzy robią wielką pasją coś, w czym są nieprawdopodobnie dobrzy. Tylko tyle - i aż tyle. I na pewno nie powinni ponosić odpowiedzialności za totalitarną politykę rządu tylko dlatego, że to jego stemple mają w paszportach.
Czasami mi wstyd. Zwłaszcza za tych najbardziej zajadłych rusożerców rocznik 1990 i późniejsze, co to stan wojenny znają tylko z opowieści zapiekłych własną nienawiścią rodziców. Choć z drugiej strony też i współczuję im - nigdy nie wstrząśnie nimi "Żuk w mrowisku", bo to przecież ruskie napisały.
Owszem, jutro czeka Polaków najważniejszy mecz na tych mistrzostwach. Jestem szczęśliwa, że dane mi będzie oglądać go na żywo, na ulubionej Atlas Arenie. Ale i boję się. Pierwszy raz w życiu boję się iść na mecz siatkarski. I to jest głęboko nie w porządku.
Bo chyba nie o to powinno chodzić w sporcie...


niedziela, 29 czerwca 2014

Reklama

Gdyby ktoś jeszcze nie zauważył - w "Odwiedzanych lotniskach" przybył na samej górze nowy link. 
Polecam serdecznie, jeśli ktoś ciekaw jak Mojej Gładkiej Połowie płynie żywot w krainie gołębi, które nie latają po lewej stronie...


czwartek, 12 czerwca 2014

Białe noce

Najkrótsze Wakacje Nowoczesnej Europy spędziliśmy z Moją Gładką Połową w Międzyzdrojach. Trwały cztery dni, podczas których przepuściliśmy mniej więcej pół wspólnego majątku (to daje pojęcie o wielkości naszego majątku, nie o cenach w Międzyzdrojach. Te są w porządku) i sprawiły, że nieodwołalnie pokochałam wyspę Wolin.
Na pewno będę tam wracać, i na pewno w czerwcu - trwają tam bowiem w tym okresie regularne białe noce. Słońce schodzi pod horyzont tak nisko, że niemal do północy na niebie stoi jeszcze wyraźna poświata.
Powyżej - plaża w Międzyzdrojach, 7 czerwca, godzina 22. Swobodnie można czytać.