wtorek, 23 sierpnia 2016

Królowa jest tylko jedna. Duch też.

Z panią Katarzyną Bondą mam problem.
Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, przeczytałam fenomenalne "Polskie Morderczynie" i bardzo dobrą "Zbrodnię Niedoskonałą" i zanotowałam sobie, że pani Bonda = warta czytania literatura faktu. Pierwsza z książek jest zbiorem reportaży o kobietach odsiadujących w polskich Zakładach Karnych wyroki za zabójstwo, druga to wywiad - rzeka z psychologiem profilującym i zwięzły poradnik tworzenia profili psychologicznych nieznanych sprawców przestępstw w jednym. Obie posiadam w pierwszym wydaniu, do obu wielokrotnie wracałam. 
A potem dowiedziałam się, że pani Katarzyna pisuje również powieści kryminalne. I aż mnie wzdrygnęło, bo oczywiście pisuje je cyklicznie, a głównym bohaterem cyklu jest nie kto inny, jak profiler. No szlag. Moda żywcem z amerykańskich seriali, profilerzy są wszędzie, nawet w cyklach kryminałów. Choć wedle mojej najlepszej wiedzy w Polsce wciąż jest ich raptem po kilku na komendę wojewódzką i nie, nadal nie prowadzą samodzielnych śledztw, jedynie pracują na materiałach śledczych. 
Jakoś też w tym samym czasie panią Bondę okrzyknięto (chyba zresztą nawet Zygmunt Miłoszewski, który wbrew modzie nadal pisuje o prokuratorze) "Królową Polskiego Kryminału" i znów mnie lekko cofło. Z pokolenia otóż jestem takiego, że dla mnie Królową Kryminału na zawsze pozostanie pani Irena Kuhn de domo Becker, i fakt jej wyjazdu do sanatorium w cholernej Szwajcarii w niczym mojego uwielbienia nie zmniejsza, zwłaszcza dla jej wczesnych powieści. Dzieła uzurpatorki solennie obiecałam sobie po wsze czasy omijać wzrokiem na półkach z książkami i nie przyjmować ich istnienia do wiadomości (z wyjątkiem dwóch wskazanych wcześniej).
Lata mijały, ja nie czytałam, pani Katarzyna pisała nadal. Teraz dla odmiany - o profilerce. Moje wewnętrzne "fuj" nadal miało się dobrze. Aż na fali zachwytów tzw. "Żołnierzami" Wyklętymi i ich wspaniałym, bojowym etosem wyrzynania w pień cywili, która co jakiś czas przetacza się lawinowo przez nasze media wpadł mi gdzieś w oko wywiad z panią Bondą. Wywiad obrazoburczy, bo mówiący wprost, że wychowała się na Podlasiu (obstawiam, że przodkowie skrócili nazwisko Bondarienko, pasowałoby) a jej babcia ze strony matki padła ofiarą tych właśnie tzw. "Żołnierzy". I że na Podlasiu te układy wciąż nie są takie proste, a tzw. "Żółnierze" gloryfikowani jakby nieco mniej, niż w reszcie kraju.
Pomyślałam sobie, że nawet jeśli to tylko chwyt marketingowy, to kobitka i tak ma cojones. I z sensem mówi, i ze zdrowym dystansem do historii własnej rodziny, co wcale nie bywa łatwe. I pomyślałam sobie, że jednak zapoznam się z jej twórczością, a konkretniej - z serią o profilerce, bo już wtedy hulały zapowiedzi, że akcję następnego tomu umieści w Pięknym Mieście, a mnie powieści o Pięknym Mieście wciąż za mało.
Obejrzałam najpierw w Empiku. Grubaśne to było, wydane porządnie, ale ceną relatywną do grubości nieco odstraszyło. Na szczęście pierwszy tom serii o profilerce - "Pochłaniacz" - nabyła właśnie Martusia, a że krótko potem rzuciła się w wir pornosów dla mamusiek - pożyczyłam.
Co swoje na stosiku "do przeczytania" biedny "Pochłaniacz" odleżał, nie powiem, chyba jakieś dwa miesiące. Głównie dlatego, że przeczytany od ręki wstęp mocno mnie zniechęcił prezentując główną bohaterkę jako klasyczną, opkową Mary Sue, co to wszystko umi, wszystkich zna, a każdy ją podziwia. W mym podstępnym mózgowiu zadźwięczało podejrzenie, że musi co to alter ego bohaterki, i do lektury zniechęciło. Zwłaszcza, że jakoś równolegle dorwałam w stęsknione łapska "Łaskę" Ani Kańtoch, którą to Anię Kańtoch wielbię i czczę, i sposób wprowadzenia głównej bohaterki tamtej powieści nieco mnie wstrząsnął i sprawił, że natychmiast chciałam czytać dalej. 
No ale w końcu tłuściutki "Pochłaniacz" doczekał się wyłączności na moją uwagę. I, po jego przeczytaniu - nadal z panią Katarzyną Bondą mam problem.
Główna bohaterka faktycznie jest Mary Sue. Nie aż tak ekstremalną, jak myślałam na początku, ale w ciągu siedmiu lat udaje jej się wyjść z alkoholizmu, skończyć studia doktoranckie, odchować córeczkę bez śladu FAS i oczywiście rozkochać w sobie swojego promotora i mentora. Pani Katarzyna próbuje walczyć, próbuje je rzucać kłody pod nogi, ale niestety na daremno - w końcu cała komenda poddaje się, olśniona jej geniuszem. Nie można przecież krzywdzić swojego alter ego...
Książka składa się z dwóch części - współczesnej i retrospekcji w której cofamy się o 20 lat. O ile do retrospekcji nie mam zastrzeżeń, a wręcz przeciwnie  - historia skłóconych ze sobą braci bliźniaków, dziewczyny z biednej, wielodzietnej rodziny i dwóch szukających kłopotów przyjaciół zainteresowała mnie, wciągnęła, i sama się jakoś przeczytała z dużą przyjemnością - o tyle współcześnie robi się gorzej.
Współcześnie bowiem główną zagadką kryminalną jest zabójstwo. Nie byle jakie - w lokalu zostają znalezione zwłoki zastrzelonego mężczyzny oraz ciężko postrzelonej kobiety, którą jedynie cudem i poświęceniem lekarzy udaje się uratować. Po odzyskaniu przytomności kobieta z całkowitą pewnością wskazuje, że strzeliła do niej pracownica, kilka dni wcześniej zwolniona pod zarzutem kradzieży. Sprawa toczy się na zasadzie słowo przeciwko słowu pomiędzy tymi dwoma kobietami.
Brzmi znajomo? Jeśli nie, już spieszę zaznajomić - jest to opis sprawy zabójstwa w butiku "Ultimo" przy ul. Nowy Świat w Warszawie, do którego doszło 16 grudnia 1997 roku. 
I dokładny opis głównej zagadki "Pochłaniacza" przy okazji,
Od zabójstwa do wydania książki minęło 17 lat i trzy procesy oskarżonej o nie byłej pracownicy. Jak widać za mało, skoro żyją jeszcze tacy maniacy jak ja, którzy potrafią rozpoznać niczym nie zamaskowane autentyczne morderstwo i skrzywić się z niesmakiem, że autorka zamiast własnego pomysłu serwuje czytelnikowi odgrzewanego placka. 
Owszem, w "Pochłaniaczu" zakończenie jest inne niż to ostatecznie przyjęte przez sąd. Ale na tyle inne, że mam nadzieję że nie przeczyta go ofiara z "Ultimo". I jednocześnie na tyle inne żeby krzyknąć radośnie "Tak mnie pisz!". Bo zakończenie z "Pochłaniacza" jest zaskakujące, perfidne i bardzo prawdziwe. I naprawdę żałuję, że nie zamyka intrygi opartej na przykład na użyciu noża w mieszkaniu i osobie sąsiadki, a tylko spraną kalkę autentycznego, ludzkiego dramatu.
"Ultimo" nie jest zresztą jedynym zapożyczeniem z pitavala polskiego XX w. Z retrospekcji bohaterki dowiadujemy się, że jak na prawdziwą Mary Sue przystało pracowała jako policjantka "pod przykryciem" wcielając się w studentkę sztuki pomagając w poszukiwaniach naśladowcy Czerwonego Pająka.
Już spieszę zaznajomić. Lucjan Staniak, któremu media nadały przydomek Czerwony Pająk ponieważ przysyłał do prasy listy złożone z cieniutkich liter pisanych czerwoną farbą, był członkiem krakowskiego klubu amatorów malarstwa, twórcą niepokojących obrazów z czerwonymi kwiatami rozkwitającymi na rozkawałkowanych zwłokach i seryjnym mordercą. Działał na terenie całej Polski w latach 50, mordując w dni świąt państwowych młode dziewczęta i porzucając w miejscach publicznych ich wytrzewione zwłoki. Przynajmniej tak twierdzi strona Crime Library i podobno nawet oficjalna storna FBI. Tylko że Kacper Gradoń i Arek Czerwiński pisząc swoich "Seryjnych morderców" nie znaleźli wzmianki o nim w żadnym z konkretnie podanych na amerykańskich stronach wydań konkretnych gazet. Mało tego, nie znaleźli nawet kilku z wymienionych tam gazet, ponieważ takie tytuły zwyczajnie nie istniały. Kilku innych badaczy tematu również głośno stwierdziło, że Staniak najprawdopodobniej był wymysłem czyjejś bujnej wyobraźni, której właściciel za długo czytał o Kubie Rozpruwaczu.
I tak sobie myślę, że gdyby pani Bonda, z niedoboru własnych pomysłów zdecydowała się na cover sprawy Staniaka jako główny motyw swojej powieści, to chyba jednak nie drażniłoby to aż tak bardzo, jak użycie w tym samym celu w 100% realnej sprawy "Ultimo". B w przypadku Staniaka nie wiadomo nawet czy istniał, a co dopiero co się z nim dalej działo. Sprawczyni z "Ultimo" zaś wciąż przebywa w ZK, i zapewne miała niezły ubaw przeglądając się w opisie sprawczyni z "Pochłaniacza".
No i na końcu, choć nie najmniej istotne. Drugi główny bohater, oparcie naszej Mary Sue w  strukturach Komendy to Robert "Duch" Duchnowski.
Tu kalka nie jest tak oczywista, bo ten powieściowy Duch jest rozwiedzionym, szczupłym dochodzeniowcem z warkoczykiem czarnych włosów, zaś prawdziwy podinspektor Robert "Duchu" Duchnowski, którego miałam  zaszczyt poznać w trakcie krótkiego i burzliwego zatrudnienia w Komendzie Stołecznej Policji był szefem techników kryminalistycznych z KSP, szczęśliwie żonatym z księgową Elżbietą a posturą przypominającym piec zakończony regulaminowym, szpakowatym jeżem. Robert Duchnowski to co prawda nie Otyliusz Kochan, niemniej jeden rzut oka do końcowych podziękowań potwierdza że jak najbardziej, pani Katarzyna musi znać tego prawdziwego Ducha skoro tak sympatycznie mu dziękuje. 
Nie mogę być w tym momencie obiektywna, bo prawdziwego Ducha bardzo podziwiałam i szanowałam - zarówno jako idealnego szefa, który zawsze murem zasłaniał swoich chłopaków, jak i jako fajnego gościa z którym oglądało się mecze WGP kobiecej siatki i popijało (całe dwa razy, ale zawsze) służbową wódkę. Pani Katarzyna opisuje go zupełnie inaczej, i w sumie całkiem fajnie. Ducha książkowego z autentycznym łączy chyba tylko nieprawdopodobna siła spokoju. Niemniej skoro pożyczyła sobie "Ultimo" i Czerwonego Pająka nic w tych sprawach nie zmieniając - to dlaczego pożyczyła również Ducha robiąc z niego zupełnie innego faceta? Nie mogła już nazwać tego bohatera Otyliuszem Kochanem?
Reasumując ten przydługi wywód: o ile podoba mi się język i sposób narracji pani Katarzyny, jak również niektórzy (nie wszyscy) całkiem realistyczni bohaterowie (najczęściej ci z drugiego i trzeciego planu), o ile podobając mi się pewne wyraźnie wyodrębnione fragmenty (retrospekcja do lat 90) które tworzą jakiś zamknięty, przepojony emocjami wątek, o ile wspomnienia i przemyślenia naszej Mary Sue o jej alkoholiźmie uderzając autentycznością i bardzo poruszają (człowiek nie obeznany z problemem nie umiałby, moim zdaniem tak pisać, chyba faktycznie zagadałam z tym alter ego)  - o tyle całkiem miłe wrażenie psuje założenie autorki, że czytelnik nie rozpozna głośnej sprawy kryminalnej i może ją opisywać niemal dosłownie. I być może byłoby to wybaczalne u debiutantki - ale "Pochłaniacz" jest czwartą powieścią pani Katarzyny.
Niemniej wciąż mamy do czynienia z dobrym warsztatem i ciekawą wyobraźnią. I gdyby pani Bonda zechciała samodzielnie wymyślać intrygi swoich kolejnych powieści sądzę, że czytałabym je z przyjemnością. Niestety wygląda na to, że autorka ma inne plany - ostatnia część zapowiadanego cyklu o Mary Sue, znaczy się profilerce, ma nosić tytuł... "Czerwony Pająk".
A szkoda. 



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Za każdy kamień Twój...

Bardzo kocham moje Piękne Miasto, i dam w ucho każdemu, kto powie że nie. W końcu sama je wybrałam. Ale jest taki jeden, specyficzny dzień w roku kiedy od samego rana wciąż bez przerwy myślę o innym mieście, tym,  w którym się urodziłam i wychowałam.  A potem, o 17:00, wychodzę na ulicę żeby zatrzymać się na chwilę wśród ryku syren. A jeśli nie syren - to ze słuchawką w uchu, do której kochane Muzo FM gra mi jak co roku "Godzinę W" Lao Che. 
Bo tak mnie wychowano i głęboko wierzę, ze tak trzeba. 
I tak samo starałam się wychować córkę - chyba się udało, bo dziś podziękowała mi, że nauczyłam ją co to znaczy być dziewczyną z Warszawy. 

Bardzo kocham moje Piękne Miasto.
Ale ja również jestem dziewczyną z Warszawy. 

niedziela, 17 lipca 2016

Takie małe wzruszenie...

W ostatni piątek pojechałam oddać krew. Zupełnie nie miałam tego w planach ze względu na ciężką sytuację w pracy, ale okazało się że Mały Sąd pilnie potrzebuje donacji dla krewnego, a że sama nie może oddać, w trybie nagłym wysłała mnie, nie przejmując się marudzeniem "Ale pani Sędzio, przecież my mamy sesję...". Przestałam zatem marudzić i pojechałam.
Pierwsze zdziwienie spotkało mnie już przy rejestracji - zostałam poproszona o oddanie płytek. Drugie, znacznie większe - zostałam do pobrania płytek dopuszczona. Nie żeby ktokolwiek był tym zachwycony, no co Wy, nie obyło się bez uwag że recepcjoniści kierują jak leci w ogóle nie weryfikując czy dawca się nadaje. Jak niby recepcjonistka miałaby to weryfikować wydając formularze już siostra nie wyjaśniła, a ja się nie dopytywałam, bo właśnie zakładała mi wkłucie. Sympatyczny komentarzyk wywołały oczywiście moje mizerne żyły ze zrostami, i miły laborant przy badaniu miał mały problem, i siostra przy wkłuciu do separatora, ale jak już wkłuła - niebo. Nie wiem na czym polegała zmiana, od mojej ostatniej separacji minęło ładnych parę lat i zostało po niej tylko dość koszmarne wrażenie ogólnego umęczenia. Tym razem leżałam sobie wygodniutko, a jakże na podusi, separator mruczał przyjemnie, wyraźnym pufnięciem sygnalizując zmianę kierunku przepływu krwi, monitor od razu odwrócono w moją stronę więc mogłam sobie wszytko bacznie obserwować. Może chodziło o to, że niwelujące działanie podawanego z transfuzją zwrotną cytrynianu wapno podano mi przed zabiegiem, a nie dopiero kiedy zaczęła drętwieć twarz, a kiedy zaczęła - natychmiast i bez żadnych komentarzy dostałam drugą dawkę? A może o to, że cykle pobranie/transfuzja były dużo dłuższe i równiejsze niż je zapamiętałam, w związku z czym i skoki ciśnienia między moim własnym 102/64 a maszynowym 125/90 były mniej dolegliwe? A może po prostu separator Amicusa jest lepiej przygotowany niż wcześniej przeze mnie testowanej Trimy? Nie umiem tego sprecyzować, śmiało jednak mogę powiedzieć, że ta separacja była po prostu przyjemna. A na zakończenie, od tej samej siostry która opiekowała się mną cały zabieg usłyszałam, że z przyjemnością widzimy się za miesiąc, tylko żebym pamiętała prawą rękę do zabiegu zostawić, bo w lewą to nawet ona mi się nie wkłuje. Czyli jednak się da. 
Szkoda, że tyle lat na to "da się" musiałam czekać i denerwować się po drodze, ale jak już nastąpiło - to naprawdę jakoś tak milej się zrobiło.
Najmilsze jednak było przede mną. Wychodząc zatrzymałam się jeszcze przy rejestracji czekając, aż moja donacja pojawi się w systemie i będzie można podpiąć do nazwiska biorcy. Konwersowałam sobie przy tym z sympatyczną siostrą recepcyjną, między innymi ciesząc się głośno że umówiłam się za miesiąc na następną separację, i wreszcie popchnę jakoś te moje nieszczęsne uprawnienia. "A ile potrzeba popchnąć?" zapytała siostra. "No, na darmowe podróże MPK to 22,5 litra, czyli jeszcze prawie dwa" odrzekłam zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. "Nie, nie" naprostowała mnie siostra "Na darmowe MPK jak wszędzie 15 litrów dla pań, 18 dla panów, w zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że zmienili".
Po kilkukrotnym upewnieniu się, że nie wpuszczają mnie w kanał, że faktycznie moje wielkie utrapienie że w Warszawie mogę za darmo a w Pięknym Mieście już nie wreszcie za mną, po kilkunastokrotnym głośnym wyrażeniu radości z tego faktu i odebraniu od siostry zaświadczenia, że 15 litrów to już ho, ho i dawno temu, które ma mi teraz zastąpić migawkę - dałam się wreszcie wygonić do domu. Gdzie dotarłszy oczywiście padłam spać.
Jakoś tam w środku jednak wciąż się uśmiecham do świeżo pozyskanych uprawnień, więc kiedy dziś po treningu w szatni siedziałam ze znajomą i skarżyła mi się, że miała feralny dzień zakończony do tego bliskim spotkaniem z kanarem i przyjęciem mandatu - pochwaliłam się na ten tychmiast że mi to już nie grozi. Znajoma zaczęła pytać jak to, wyjaśniłam więc pokrótce że krwiodawstwo, uprawnienia itp. A w swoim kątku za szafkami siedziała przez cały czas jedna z instruktorek, dziewczyna spokojna do granic autyzmu, słynąca z tego że nie raz nie odpowiada nawet na pytanie, a nie pytana nie odzywa się nigdy. Po moim zwięzłym wyjaśnieniu znajoma krzyknęła "Co? Ty chyba nienormalna jesteś! Ja bym dawno umarła ze strachu przed igłą!"
Nie zdążyłam zripostować. Instruktorka jak duch wysunęła się ze swojego zakątka i nie patrząc na nikogo powiedziała spokojnie: "Może i nienormalna, ale niektórzy żyją dzięki takim jak ona. Na przykład ja. Pęknięcie śluzówki żołądka, cztery transfuzje. Dziękuję ci. Robisz świetną robotę, nie przestawaj" i nie czekając na niczyją reakcję wyszła. 
A mnie ze wzruszenia aż zatkało. Bo właśnie po raz pierwszy, a krew oddaję od 18 roku życia, stanęłam twarzą w twarz z kimś, kto powiedział że żyje dzięki transfuzji i mi dziękuje. Zawsze wiedziałam, że warto - ale teraz także zobaczyłam, dlaczego warto. I tak mi się nieprawdopodobnie ciepło zrobiło... 
Bo to właśnie o to chodzi. Bo moja krew może uratować czyjeś życie.

I Twoja, kochany czytelniku też. Więc może by pora zajrzeć w końcu do najbliższego RCKiKu;)?

poniedziałek, 4 lipca 2016

A pan mecenas drzwiami? Mąż

Znów eksmisja, no pecha jakiegoś do tych spraw o opróżnienie lokalu mamy.
Pozwana, nieco chudawa czterdziestolatka z siódemką dzieci -  sądząc po nazwiskach pierwsza piątka z jednym partnerem, szóste z drugim, siódme z trzecim, tylko jedno pełnoletnie.
Pozwana owoż, jak procedura każe, zeznaje o sytuacji majątkowej. Że ze względu na schorzenia (poważne) bezrobotna czwarty rok, zarejestrowana, bez prawa do zasiłku. Że zasiłki na dzieci pobiera, łącznie około półtora tysiąca, i to jedyne źródło utrzymania jest.
- A alimenty? - pyta sędzia.
A alimentów pani nie dostaje, i jeszcze musi ponad dwadzieścia nienależnie pobranych tysięcy zwrócić Funduszowi Alimentacyjnemu.
- Dlaczego? - pyta sędzia.
- Bo mój były mąż zabił mojego pierwszego męża a ja o tym nie wiedziałam. 

Cóż, jak widać nawet na sali sądowej zdarzają się rzeczy od których filozofowie bledną...
Zastanawiam się tylko, znając wysokość kwot przyznawanych przez Fundusz: przez ile lat pani nie zauważyła śmiertelnego zejścia jednego z ojców swoich dzieci i uwięzienia drugiego, skoro należności uzbierało się ponad 20 tysięcy?

sobota, 18 czerwca 2016

Patologia nie jedno ma oblicze...

Pamiętacie jeszcze domorosłego Greya z mojej lutowej notki o rasizmie literackim? 
Otóż ostatnio, zupełnie przez przypadek, jako że mój kontakt z Martusią niemal nie istnieje - dowiedziałam się, jaki był finał tego płomiennego romansu wszechczasów.
Wannabe Grey okazał się otóż... synusiem mamusi. 
Mamusia miała klucze do mieszkania i regularnie wpadała tam robić porządki pod nieobecność synusia, mamusia co niedziela czekała z obiadkiem więc niedziele musiały być święcie dla mamusi przeznaczone, mamusia wiedziała i umiała wszystko najlepiej. Synusiowi to nie przeszkadzało zupełnie i oczekiwał od otoczenia bezdyskusyjnej aprobaty takiego stanu rzeczy. Martusia zaś, wywodząca się z domu w którym ma zdrowe relacje z obojgiem rodziców, kiedy już jej pierwsze oczadzenie przeszło - aprobaty za nic okazywać nie zamierzała, gdyż wszechwładne panoszenie się mamusi mocno ograniczało jej przestrzeń życiowej partnerki. Rozmawiać z wanabe Greyem próbowała, rozmowy prowadziły dokładnie donikąd. Krach romansu i marzeń o wspólnej przyszłości nastąpił, kiedy wannabe uczęstował ją tekstem: "Ależ nie, nie mam zamiaru przedstawiać Cię mamusi, bo kiedy się dowie ile zarabiasz uzna, że jesteś ze mną tylko dla pieniędzy".
Podziwiam Martusię nie tylko za to, że od matury twardo zarabia na swoje potrzeby, a od rodziców pobiera wyłącznie dach nad głową, prąd, wodę w wannie i czasem jedzonko, całą resztę - w tym zarówno studia zaoczne jak utrzymanie własnego samochodu - zapewniając sobie samodzielnie.  Podziwiam ją przede wszystkim za to, że na takie dictum nie huknęła wannabe Greya co najmniej w ucho, a jedynie obwieściła mu gromko w którym kierunku i jak szybko ma się udać, po czym opuściła dzieloną z nim lokację. Wannabe próbuje co prawda odzyskiwać jej względy, ostatnio nagabywał ją z kwiatami kiedy była ze znajomymi w pubie, ale obwieściła mu ponownie, a potem zwierzyła mi się smutno, że chyba musi na razie od jakichkolwiek romansów odpocząć. 
Mam nadzieję, że szybko jej minie, bo niewątpliwie będzie to korzystne dla świata. 
I jakoś tak mniej więcej w tym samym czasie co smutną rozmowę z Martusią miałam ci ja na sesji sprawę...
Tu krótka dygresja: z moim Małym Sądem łączy mnie nie tylko podobny wiek, okulary, złośliwość i zwierzolubność. Przede wszystkim łączy nas fakt, że obie wychowałyśmy dorosłe dziś i studiujące córki bez pomocy ich ojców. W moim wypadku wytwórca Ryśka zmył się jeszcze przed jej pojawieniem się na świecie, w wypadku Małego Sądu mąż ślubny krótko po narodzinach pierworodnej rozwodu zażądał. Dlatego też obie mamy twarde zadki i niską tolerancję na pandy, czyli takich obywateli co to po "Pan da..." wyciągają łapki gdzie tylko mogą. Ja mam łatwiej, bo tylko protokołuję, ale Mały Sąd niestety musi orzekać merytorycznie i obiektywnie, także wtedy, kiedy na jej własnej sali rozpraw staje przed nią klasyczna panda.
Tak więc miałam ci ja na sesji sprawę. Sprawę o eksmisję małoletniej w imieniu której stawała matka jako przedstawiciel ustawowy - matka eksmisję orzeczoną już miała. Się więc owa matka stawiła. Nawet fajnie się prezentująca, skromna, ładnie ubrana, spokojna. I oświadczyła co następuje:
Tak, mieszkanie ma zadłużone, kwota zadłużenia przekracza pięćdziesiąt tysięcy złotych. Ale to rodzice zadłużyli mieszkanie, ona dowiedziała się o zadłużeniu dopiero po śmieci mamy, czyli trzy lata temu. W razie zasądzenia eksmisji wnosi oczywiście o przyznanie lokalu socjalnego, tylko bardzo prosi żeby pozostawić ją w dotychczas zajmowanym lokalu ze względu na dzieci (małoletnią pozwaną i drugą córkę lat piętnaście), żeby nie musiały zmieniać przedszkola/szkoły i środowiska, więc żeby zmienić status jej lokalu na socjalny, ona wie na pewno ze tak można, bo koleżance tak zrobiono, a jej lokal przecież wcale nie jest w dobrym standardzie. 
Tak prosiła, tak przekonywała, że aż popłakała sobie troszeczkę, biedulka, bardzo oczywiście przepraszając i uważając, żeby makijażu nie rozmazać. Dobrze, że choć ona się własną historią wzruszyła, ani Małemu Sądowi ani mnie do wzruszenia wcale nie było.
Pani bowiem oświadczyła również że:
- od kwietnia pracuje na ćwierć etatu osiągając dochód 1500 - 1700 zł miesięcznie;
- razem z nią i z córkami mieszka konkubent który pracuje na czarno w budowlance i osiąga około 2500 zł miesięcznie;
- rodzina jest pod opieką MOPSu, pobiera zasiłki i zapomogi celowe oraz stały zasiłek na dzieci w kwocie około 300 zł na jedno, czyli około 600 zł na obie;
- a z programu 500 + mają jeszcze 1000 zł miesięcznie;
- nie próbowała się dogadać w sprawie spłaty zadłużenia, bo przecież nie ona je zadłużyła tylko rodzice;
- konkubent ma ograniczoną władzę rodzicielską za znęty nad starszą córką i z tego też tytułu rodzina jest pod nadzorem kuratora;
- konkubent ma umierającą na nowotwór mamusię która ma własne mieszkanie, ale nie zamieszkają z nią bo się nie zmieszczą i nie będą mieli podstawowych warunków - mieszkanie ma jakieś 20 metrów kwadratowych i wychodek w podwórku. 
 Mały Sąd zgubił się w tej łzawej opowieści do tego stopnia, że w pewnym momencie zapytał po prostu: "Dobrze, to ile macie państwo miesięcznego dochodu? Cztery tysiące?" Na co pani z nieco urażoną minką odrzekła: "Cztery? Nie, nie ma mowy. Co najmniej pięć tysięcy!"

 Cztery osoby. Pięć tysięcy. Mieszkanie zadłużone na pięćdziesiąt tysięcy.