Znów eksmisja, no pecha jakiegoś do tych spraw o opróżnienie lokalu mamy.
Pozwana, nieco chudawa czterdziestolatka z siódemką dzieci - sądząc po nazwiskach pierwsza piątka z jednym partnerem, szóste z drugim, siódme z trzecim, tylko jedno pełnoletnie.
Pozwana owoż, jak procedura każe, zeznaje o sytuacji majątkowej. Że ze względu na schorzenia (poważne) bezrobotna czwarty rok, zarejestrowana, bez prawa do zasiłku. Że zasiłki na dzieci pobiera, łącznie około półtora tysiąca, i to jedyne źródło utrzymania jest.
- A alimenty? - pyta sędzia.
A alimentów pani nie dostaje, i jeszcze musi ponad dwadzieścia nienależnie pobranych tysięcy zwrócić Funduszowi Alimentacyjnemu.
- Dlaczego? - pyta sędzia.
- Bo mój były mąż zabił mojego pierwszego męża a ja o tym nie wiedziałam.
Cóż, jak widać nawet na sali sądowej zdarzają się rzeczy od których filozofowie bledną...
Zastanawiam się tylko, znając wysokość kwot przyznawanych przez Fundusz: przez ile lat pani nie zauważyła śmiertelnego zejścia jednego z ojców swoich dzieci i uwięzienia drugiego, skoro należności uzbierało się ponad 20 tysięcy?
Otóż ostatnio, zupełnie przez przypadek, jako że mój kontakt z Martusią niemal nie istnieje - dowiedziałam się, jaki był finał tego płomiennego romansu wszechczasów.
Wannabe Grey okazał się otóż... synusiem mamusi.
Mamusia miała klucze do mieszkania i regularnie wpadała tam robić porządki pod nieobecność synusia, mamusia co niedziela czekała z obiadkiem więc niedziele musiały być święcie dla mamusi przeznaczone, mamusia wiedziała i umiała wszystko najlepiej. Synusiowi to nie przeszkadzało zupełnie i oczekiwał od otoczenia bezdyskusyjnej aprobaty takiego stanu rzeczy. Martusia zaś, wywodząca się z domu w którym ma zdrowe relacje z obojgiem rodziców, kiedy już jej pierwsze oczadzenie przeszło - aprobaty za nic okazywać nie zamierzała, gdyż wszechwładne panoszenie się mamusi mocno ograniczało jej przestrzeń życiowej partnerki. Rozmawiać z wanabe Greyem próbowała, rozmowy prowadziły dokładnie donikąd. Krach romansu i marzeń o wspólnej przyszłości nastąpił, kiedy wannabe uczęstował ją tekstem: "Ależ nie, nie mam zamiaru przedstawiać Cię mamusi, bo kiedy się dowie ile zarabiasz uzna, że jesteś ze mną tylko dla pieniędzy".
Podziwiam Martusię nie tylko za to, że od matury twardo zarabia na swoje potrzeby, a od rodziców pobiera wyłącznie dach nad głową, prąd, wodę w wannie i czasem jedzonko, całą resztę - w tym zarówno studia zaoczne jak utrzymanie własnego samochodu - zapewniając sobie samodzielnie. Podziwiam ją przede wszystkim za to, że na takie dictum nie huknęła wannabe Greya co najmniej w ucho, a jedynie obwieściła mu gromko w którym kierunku i jak szybko ma się udać, po czym opuściła dzieloną z nim lokację. Wannabe próbuje co prawda odzyskiwać jej względy, ostatnio nagabywał ją z kwiatami kiedy była ze znajomymi w pubie, ale obwieściła mu ponownie, a potem zwierzyła mi się smutno, że chyba musi na razie od jakichkolwiek romansów odpocząć.
Mam nadzieję, że szybko jej minie, bo niewątpliwie będzie to korzystne dla świata.
I jakoś tak mniej więcej w tym samym czasie co smutną rozmowę z Martusią miałam ci ja na sesji sprawę...
Tu krótka dygresja: z moim Małym Sądem łączy mnie nie tylko podobny wiek, okulary, złośliwość i zwierzolubność. Przede wszystkim łączy nas fakt, że obie wychowałyśmy dorosłe dziś i studiujące córki bez pomocy ich ojców. W moim wypadku wytwórca Ryśka zmył się jeszcze przed jej pojawieniem się na świecie, w wypadku Małego Sądu mąż ślubny krótko po narodzinach pierworodnej rozwodu zażądał. Dlatego też obie mamy twarde zadki i niską tolerancję na pandy, czyli takich obywateli co to po "Pan da..." wyciągają łapki gdzie tylko mogą. Ja mam łatwiej, bo tylko protokołuję, ale Mały Sąd niestety musi orzekać merytorycznie i obiektywnie, także wtedy, kiedy na jej własnej sali rozpraw staje przed nią klasyczna panda.
Tak więc miałam ci ja na sesji sprawę. Sprawę o eksmisję małoletniej w imieniu której stawała matka jako przedstawiciel ustawowy - matka eksmisję orzeczoną już miała. Się więc owa matka stawiła. Nawet fajnie się prezentująca, skromna, ładnie ubrana, spokojna. I oświadczyła co następuje:
Tak, mieszkanie ma zadłużone, kwota zadłużenia przekracza pięćdziesiąt tysięcy złotych. Ale to rodzice zadłużyli mieszkanie, ona dowiedziała się o zadłużeniu dopiero po śmieci mamy, czyli trzy lata temu. W razie zasądzenia eksmisji wnosi oczywiście o przyznanie lokalu socjalnego, tylko bardzo prosi żeby pozostawić ją w dotychczas zajmowanym lokalu ze względu na dzieci (małoletnią pozwaną i drugą córkę lat piętnaście), żeby nie musiały zmieniać przedszkola/szkoły i środowiska, więc żeby zmienić status jej lokalu na socjalny, ona wie na pewno ze tak można, bo koleżance tak zrobiono, a jej lokal przecież wcale nie jest w dobrym standardzie.
Tak prosiła, tak przekonywała, że aż popłakała sobie troszeczkę, biedulka, bardzo oczywiście przepraszając i uważając, żeby makijażu nie rozmazać. Dobrze, że choć ona się własną historią wzruszyła, ani Małemu Sądowi ani mnie do wzruszenia wcale nie było.
Pani bowiem oświadczyła również że:
- od kwietnia pracuje na ćwierć etatu osiągając dochód 1500 - 1700 zł miesięcznie;
- razem z nią i z córkami mieszka konkubent który pracuje na czarno w budowlance i osiąga około 2500 zł miesięcznie;
- rodzina jest pod opieką MOPSu, pobiera zasiłki i zapomogi celowe oraz stały zasiłek na dzieci w kwocie około 300 zł na jedno, czyli około 600 zł na obie;
- a z programu 500 + mają jeszcze 1000 zł miesięcznie;
- nie próbowała się dogadać w sprawie spłaty zadłużenia, bo przecież nie ona je zadłużyła tylko rodzice;
- konkubent ma ograniczoną władzę rodzicielską za znęty nad starszą córką i z tego też tytułu rodzina jest pod nadzorem kuratora;
- konkubent ma umierającą na nowotwór mamusię która ma własne mieszkanie, ale nie zamieszkają z nią bo się nie zmieszczą i nie będą mieli podstawowych warunków - mieszkanie ma jakieś 20 metrów kwadratowych i wychodek w podwórku.
Mały Sąd zgubił się w tej łzawej opowieści do tego stopnia, że w pewnym momencie zapytał po prostu: "Dobrze, to ile macie państwo miesięcznego dochodu? Cztery tysiące?" Na co pani z nieco urażoną minką odrzekła: "Cztery? Nie, nie ma mowy. Co najmniej pięć tysięcy!"
Cztery osoby. Pięć tysięcy. Mieszkanie zadłużone na pięćdziesiąt tysięcy.
Zatrudniający mnie sąd zamieszkuje wielki, molochowaty, popartyjny, pięciopiętrowy kloc. Na samym czubku kloca mieści się mój były wydział karny, z moją byłą salą rozpraw tuż przy klatce schodowej, a piętro niżej - duża, ozdobna sala balowa... eee, pardon, konferencyjna.
W owej sali miał się odbyć wczoraj ostatni etap konkursu o zatrudnienie w sądzie na stałym etacie. Jako że, nie chwalący się, idzie mi jak dotąd całkiem sympatycznie, stawiłam się na sam początek konkursu, a wręcz akademicki kwadrans przed, i cupnęłam w kątku schodów przy sali coby jeszcze ustawy przejrzeć. Po chwili od mojego cupnięcia nadciągnął z naręczem segregatorów mój ulubiony długowłosy kadrowiec, przyjaźnie poradził żeby schować to bo w pytania i tak nie trafię i otworzył drzwi na salę. A z otwartych drzwi, wprost nad jego głową - coś wyleciało.
Ja zmartwiałam, nieco spłoszony nagłym przelotem kadrowiec zapytał czy to ptak, na co zgodnie z prawdą odpowiedziałam że nie. Nietoperz.
Nietoperz, gacek - maleństwo, jakieś 30 - 40 cm rozstawu skrzydeł, śmignęło w górę na szeroko rozpostartych skrzydłach.
Śmignęłam za nim,
Siedzący pod salą rozpraw dwaj adwokaci z klientami na mój widok zawołali zgodnie "tam, tam poleciał, na tej ostatniej kamerze po lewej siedzi". Wchodzę w korytarz, paczam - faktycznie, zza ostatniej kamery monitoringu wystaje ciemne futerko. No to do sekretariatu, dziewczyny zdziwione moim widokiem, wyjaśniam co się i dzieje i że może by tak kogoś z gospodarczego zawiadomić, niech przyjdą z drabiną i jakąś płachtą żeby nietoperza ratować, bo jest środek dnia, kupa ludzi, nieszczęście wisi w powietrzu. Dziewczyny nieco zdębiałe mówią że ok, zawiadomią. Wracam więc pod swoją salę, jestem z powrotem na szczycie schodów kiedy nietoperz, pięknym low passem wzburzając mi fryzurę, wpada z powrotem na klatkę i schodową i celuje w okno.
Okno, jak to na ostatnim zakręcie klatki schodowej jest wielkie, od podłogi do sufitu, górna część i uchylona do wewnątrz i zaparta podpórkami. Otwór tworzy spory, wyraźnie czuć z niego świeże powietrze, ale co z tego - nietoperz dolatuje do okna, ląduje na nim, i piskiem pazurków zjeżdża po szybie na dół ramy, żeby tam skulić się w nieszczęśliwą kuleczkę, przemyśleć szybko swój błąd i poderwać się ponownie do lotu. Zatoczywszy kilka kółek pod sufitem znów celuje w szybę, ląduje, zjeżdża po niej ze smutnym piskiem, chwilę odpoczywa i znów startuje. Po czym znów celuje w szybę. W tym momencie na dole schodów stoi już pół mojej komisji konkursowej, z czego przewodnicząca nerwowo podskakuje pytając "Nietoperz? Skąd tu nietoperz? Naprawdę nietoperz?" zaś kadrowiec kojącym barytonem zapewnia ją że zawiadomił już odpowiednie służby. Na górze schodów stoją z kolei dwaj wspomniani adwokaci z klientami i wyrazami życzliwego zainteresowania na twarzach oraz trzy dziewczyny z wydziału karnego zaciskając kciuki i powtarzając wraz ze mną "Dawaj chłopaku! Celuj! Tym razem się uda!". Nietoperz zaś wytrwale krąży na trasie sufit - szyba, po każdym kolejnym pisku pazurków skracając ilość okrążeń pod sufitem, robiąc coraz dłuższe przerwy na framudze, i ogólnie wyglądając coraz bardziej nieszczęśliwie. Za którymś kolejnym nawrotem celuje dla odmiany w dolną, zamkniętą szybę i kiedy ląduje na podłodze widać go w całej, niespełna półmetrowej okazałości, na co przewodnicząca komisji konkursowej reaguje kolejnym nerwowym podskokiem i schowaniem się za moimi plecami.
Sytuacje zdaje się patowa i trwa już dobre kilkanaście minut - cierpnę wewnętrznie na myśl o tym, jak bardzo przemęczony i spanikowany musi być nietoperze miotający się tak w pełnym świetle zbliżającego się południa. Myślę coraz szybciej nad wyjściem z sytuacji, chyba trzeba będzie panów adwokatów poprosić o wypożyczenie którejś togi i próbować go w nią łapać, ale tyle się słyszy historii o nietoperzach przenoszących wściekliznę że wcale się nie zdziwię jak obaj odmówią, a wtedy co?
Na szczęście za którymśnastym nawrotem nietoperz jakimś cudem wreszcie trafia w otwór okienny i rozpościerając szeroko skrzydełka odlatuje nad dachami, mniej więcej w stronę najbliższego parku.
Oddychamy z ulgą.
Nietoperz uratowany, świat jest piękny, do rozpoczęcia konkursu mniej niż pięć minut, stres zniknął jak sen złoty.
Wyniki do wtorku. Mam nadzieję, że to był mój szczęśliwy nietoperz...:)
Jakoś latem zeszłego roku dotarło do mnie, po długich bojach z awizowaną na stary adres przesyłką InPostu, pisemko z Prokuratury. Pisemko, informujące o wszczęciu postępowania, nic mi nie mówiło. Na szczęście pracowałam wtedy w Wydziale Karnym i miałam troszkę nieprzepisowych możliwości zasięgnięcia informacji. Zasięgnąwszy dowiedziałam się, że zostałam pokrzywdzona usiłowaniem. Usiłowaniem kradzieży pieniędzy podczas wypłaty z bankomatu konkretnie. Przedsiębiorczy, i - sądząc po nazwisku - bardzo śniady obywatel umyślił sobie bowiem zainstalowanie na szparze banknotowej mojego ulubionego urządzenia nakładki z klejem, która w założeniu miała przechwytywać wypluwane pieniążki. Założenie zrealizowało się kiepsko, bo poszkodowanych faktyczną kradzieżą wyszło kilkunastu, poszkodowanych zaś usiłowaniem, czyli takich którzy bez strat na koncie przepuścili swoje karty przez bankomat w okresie zainstalowania nakładki - kilkudziesięciu.
Dowiedziawszy się przestałam się sprawą interesować. Jedynie przez jakiś czas wytrwale próbowałam nie korzystać z trefnego bankomatu, jednakże wobec faktu że jest po prostu dla mnie najwygodniejszy, bo położony idealnie po linii prostej na przystanek tramwajowy, bez konieczności zmiany stron ulicy nawet, i do tego jako BPS płaci dwudziestozłotówkami, czyli moim podstawowym źródłem utrzymania - uległam. No bo w końcu skoro raz coś nie wyszło, to wobec ilości bankomatów w okolicy i na świecie szanse że nie wyjdzie drugi raz w tym samym bankomacie - wydawały mi się bliskie zeru.
O ja naiwna...
W poniedziałek, jak to w poniedziałek, wlokę się o 7:00 noga za nogą w stronę tramwaj, usiłując otworzyć oczy. Na widok bankomatu przeciera się do mojej świadomości myśl, że skoro na koncie mam ostatnie dwadzieścia złotych a w lodówce światło, to lepiej pieniążek wyciągnąć teraz, bo jak nie spotkam dwudziestek w PKO w centrum handlowym będzie krótko. Podchodzę więc do ściany, zapodaję kartę, wbijamy PIN, zamawiam kwotę i czekam.
Czekam.
Czekam.
W słuchawkach kończą mi się już wiadomości na Muzo, a ja wciąż czekam. Bankomat uparcie prezentuje ekran zwrotu karty oraz zamkniętą szparę banknotową. Szturchnięty zaś delikatną prośbą o anulowania transakcji - kartę odpluwa, gotówki nie, i radośnie wraca do ekranu startowego.
Zaś poproszony ponownie o podjęcie pieniążka informuje mnie, że na koncie nie mam środków.
Do pracy, dzięki ruchomemu jej czasowi, zdążyłam. Pieniądze pożyczyłam od koleżanki z sąsiedniego biurka. Panna z infolinii bankomatów trzy razy usiłowała mi wytłumaczyć, że pieniędzy mi nie odda bo się zaksięgowały. Dopiero za czwartym moim tłumaczeniem że ja nie chcę żadnych pieniędzy tylko awarię bankomatu zgłosić łaskawie obiecała przekazać zgłoszenie do działu technicznego. Na szczęście pani z infolinii banku przynajmniej była uprzejma.
We wtorek przyszła wypłata i oddałam od ręki dług honorowy (że przy okazji wydałam ponad pięć dych na różne kolorowe rzeczy do oczu na promocji w Rossmannie to inna rzecz).
Co do bankomatu - zastanawiam się, czy opłaca mi się testować go na okoliczność "do trzech razy sztuka"... ?
Miała być, jak zwykle, zupełnie inna notka, ale... 2016 - wyjdź stąd wreszcie. I nie wracaj. A ja... Już nigdy nie będę miała innych Książąt przed Tobą...