czwartek, 14 stycznia 2016

Niech ktoś zatrzyma świat...

... ja wysiadam. 

Kiedyś napisałam, że kiedy odchodzi ktoś utalentowany zostawia po sobie dużo większą pustkę niż zwykły zjadacz chleba, bo zabiera ze sobą także to wszystko, czego już nie stworzy.

Nadal tak myślę, tylko... Mam nadzieję, że to na długo będzie już ostatnie wideo. Bo trochę strach, kiedy los się aż tak rozpędza, i nie robiąc nawet przerw na nabranie powietrza dziurawi nasz najtrudniejszy ze światów jak ser. A za każdym razem kiedy zabiera sobie kogoś z kim się wychowałam, kogo podziwiałam - zostawia coraz mniej czasu mnie samej.

Więc z samej głębi kolejnej dziury chciałabym bardzo, bardzo mocno podziękować Głosowi Boga, Alanowi Rickmanowi.





wtorek, 12 stycznia 2016

Jak WOŚPować to tylko w Warszawie, w Warszawie...

Wiele razy już chwaliłam się - tak, lubię się tym chwalić - że wszyscy troje jesteśmy silnie związani z ideą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Co prawda przez ostatnie parę lat nie mamy czasu/możliwości/chęci/okazji działać czynnie, ale bierne wsparcie zapewniamy po prostu odruchowo.
W tym roku, w ramach walki z mentalną biedą i mizernymi atrakcjami muzycznymi Finału w naszym Pięknym Mieście padło hasło"Warszawa".  Koncertu bowiem chciało nam się przeokrutnie. Kilka dni trwało oczywiście rozważanie wszelkich za i przeciw i załatwienie zwięzłej pożyczki na transport und atrakcje, ale kiedy nadszedł właściwy czas - znalazłyśmy się dokładnie tam gdzie trzeba. Czyli - o tu:
Wśród wykonawców zaproszonych pod PKiN decydujące dla naszego przybycia były się dwa czynniki. Pierwszy to Oberschlesien.
Świeżo przeze mnie odkryci panowie posiadają kilka niezaprzeczalnych zalet, wśród których najważniejsze są: ciekawa nuta inspirowana silnie Rammsteinem i śląskie teksty (tak, to ci od furgającego na lufcie szmaterloka). Nie mogłam pominąć okazji zobaczenia ich na scenie zaledwie parę tygodni po tym, jak ich obie płyty zdominowały mój odtwarzacz. Zobaczenie pozwoliło się przekonać o kolejnych zaletach, wśród których najważniejsze są: piękna energia i charyzmatyczny wokalista:
Drugi zaś to oczywiście Afromental.
Panowie z Afro od pierwszego wejrzenia skradli moje serce doskonałą muzyką, wielkim poczuciem humoru, nieludzką energią sceniczną i dredami gitarzysty. Jestem ich fanką d0 tego stopnia, że z dumą noszę koszulkę AfroGangu, wcale nie dlatego że kupiłam ją na przecenie w Empiku. Nie pomijam też żadnej okazji żeby zobaczyć ich na żywo - nawet jeśli muszę w tym celu pokonać 140 km. A jako że od niedawna testuję nowego - używanego Nikona, dodatkowo okropnie świerzbił mnie obiektyw. Z poniższym rezultatem:


Piękna więc niedziela za mną: szatańska - fitnessowo - wegetariańska, kreatywna i bardzo, bardzo muzyczna.

Tylko że po niedzieli nastał poniedziałek. I znowu rano - tym razem w tramwaju wiozącym mnie do pracy wprost z dwocra Widzew, bo miły pobyt naciągnęłyśmy ponad wszelkie granice rozsądku - otwieram twittera. I znowu widzę post mojego ulubionego grafika informującego wszechświat że nie żyje Dawid Bowie.
Popłakałam się. Tak po prostu, tak jak siedziałam w tramwaju. Dlaczego Wielcy zawsze odchodzą dwójkami? O ile Lemmy'ego podziwiałam, o tyle w Dawidzie, po "Absolute Beginners" byłam zakochana wielką, jedenastoletnią miłością. I jakoś tak dobrze było od czasu do czasu zobaczyć go czy posłuchać. Po prostu.
Bardzo za mną chodzi najbardziej chyba niepoważny kawałek w jego karierze. Ale za to świadczący o tym, że Ziggy Stardust miał również ogromne poczucie humoru. Takim chcę go zapamiętać, i takiemu powiedzieć
"Dziękuję"


czwartek, 7 stycznia 2016

Czwarty król

Lidl, jak to Lidl, robi czasem promocje. Na początku roku akurat ogłosił wegetariańską, więc wzięłam Ryśka, który postanowił być kotem bezmięsnym i ruszyłyśmy na łowy, coby na Trzech Króli wyposażyć lodówkę w przyjemną ilość produktów sojopochodnych.
Łazimy sobie zatem alejkami między lidlowymi koszami, kompletujemy powoli świąteczne wyposażenie - kiedy nagle do moich uszu dobiega wyraźny, choć cichy dźwięk małego silniczka. Odwracam się więc, i co widzę?
Otóż widzę pana, na oko koło 50, odzianego schludnie i spokojnie, który stoi przy koszu z golarkami i z wielkim ukontentowaniem widocznym na obliczu... goli się.
Obok mnie Rysiek, sądząc po długiej minie widzi to samo. Czyli pana, który ogoliwszy się, skrzętnie pakuje golarkę z powrotem do pudełka i odkłada na miejsce. 
I w tym momencie do pana podchodzi pracownik Lidla i uprzejmie zaprasza do kasy w celu uiszczenia za wykorzystany sprzęt. Uśmiechamy się do siebie lekko, bo jak widać ochrona od czasu, kiedy w tym samym Lidlu zgubiłam klucz do sali rozpraw poprawiła się znacznie. 
A  pan tymczasem wyrazistą gestykulacją daje do zrozumienia że nie słyszy, po czym wyraźnie, samymi ustami artykułuje "Przetestowane" i pokazuje uniesiony kciuk.
Tak jest. Pan, dość gładko ogolony zresztą, co najwyżej z jednodniową szczoteczką - przyszedł sobie potestować, czy golarka aby dobrze tnie.
Wywiązuje się dłuższy dyskurs oparty na "Zapraszam do kasy w celu zapłacenia za użyty produkt" pracownika z jednej strony, a "Ja tylko testowałem" pana z drugiej. W końcu pada groźba wezwania Policji. Pan decyduje się jednak podążyć w stronę kasy, widzę z daleka że podchodzi do niego z załadowanym wózkiem pani w podobnym wieku i rozmawiają szybko na migi. Pracownik w tym czasie wzywa, jak się domyślam, przełożoną. 
Jako że głupio nam było robić za gapiów - finału historii już nie obejrzałyśmy, wróciłyśmy po ziemniaki. Sądząc jednak po braku policji zakładam, że pan za golarkę uiścił.

... tylko po co ją w ogóle testował?...

sobota, 2 stycznia 2016

Coś się kończy, coś się zaczyna...

No i mamy, proszę państwa, 2016. Jakoś tak znienacka...
Postanowiłyśmy z Ryśkiem, że w tym roku świąt nie będzie. Zamiast choinki kupiłyśmy sobie kaktusa i dużo pysznych maszkietów z Jarmarku Świątecznego. Kaktus otrzymał dźwięczne imię Kompania Braci (bo jest podwójny), maszkiety zostały pożarte... I zapanowała lekka pustka. 
W Boże Narodzenie i Sylwestra szczególnie dotkliwie brak mi MGP To są takie dni, kiedy całe serce się wyrywa żeby być razem i obok. A kiedy nie jest to możliwe... jest smutno.
Świąt więc nie było, Sylwester jednakże był - w tramwaju. Niech żyje Klub Miłośników Starych Tramwajów w Łodzi, niech żyje klubowy skład 803N i jego wyjątkowo długi motorowy, i w ogóle niech żyją wszyscy. A kto nigdy nie spędził Sylwestra w tramwaju - ma czego żałować. 
I zrobił się 2016. Jakoś tak znienacka...
Moja instruktorka od trampolin uprzedziła, żeby na zajęcia w styczniu zapisywać się z maksymalnym wyprzedzeniem, bo będzie trudno o miejsca - zaczyna się czas realizacji postanowień noworocznych. Na szczęście, według tej samej instruktorki, potrwa jakieś 3 - 4 tygodnie, potem zapisy wrócą do normy.
Może właśnie dlatego nigdy nie pociągało mnie podejmowanie postanowień noworocznych? No bo po co zmieniać coś na 3 - 4 tygodnie...
Nowy Rok to dla mnie raczej czas zawieszony między początkiem i końcem. Nie wiem nigdy czy patrzeć w tył, czy może jednak wyglądać do przodu. No dobrze, akurat teraz 2016 interesuje mnie bardziej niż 2015, wyglądam powrotu MGP od chwili, kiedy wyjechał. Ale wcześniej bywało wszak różnie.
Coś się kończy, ale i coś się zaczyna. Śmiało można powiedzieć, że mój Nowy Rok nastąpił już 30 grudnia. Rano mam zwyczaj szybkiego przejrzenia twittera, jeszcze przez wstaniem z łóżka. Taki odpowiednik porannych informacji w radio. Tak też i uczyniłam w ubiegły wtorek - i z profilu Kadatha, ulubionego grafika od niegrzecznych anthro, a potem z profilu Metalllicy uderzyła we mnie informacja, że Lemmy nie żyje. Nigdy nie należałam do szczególnie zajadłych fanek Motorhead, ale na litość - ten głos znał każdy kto ulubił sobie cięższe brzmienia. To tak, jakby zabrakło... no, może nie Boga Heavy Metalu, ale na pewno któregoś z jego apostołów. I co z tego, że miał 70 lat? Dziury w świecie to nijak nie zmniejszyło.
Więc w drodze do domu nabyłam małego Jacka Danielsa, wzniosłam toast "For those about to rock" - a potem założyłam cieplejszą bluzę i poszłam do kina. Na "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy"
I okazało się, że Star Warsy wreszcie doczekały się drugiej trylogii. Co prawda na razie jest z niej tylko pierwsza część - ale zapowiada się wielce obiecująco. Główna bohaterka - po raz pierwszy w całym cyklu - od razu wzbudza moją serdeczną sympatię i potrzebę kibicowania jej przygodom. Główny przedstawiciel Ciemnej Strony jest oryginalny, nieprzewidywalny i budzi ciekawość. Główna maskotka zaś jest przesłodka, na szczęście jej dawkowana z umiarem obecność nie powoduje wymiotów. Jeśli do tego dodać obecność na ekranie głównych bohaterów oryginalnej trylogii, stylistykę czerpiącą z niej całymi garściami i stosunkowo mało kiksów fabularno - logicznych otrzymujemy naprawdę dobrą, a momentami nawet bardzo dobrą kontynuację kultowego oryginału. 
I tak to właśnie wygląda z Nowym Rokiem; nie ma już z nami Lemmy'ego - ale są Star Warsy.

Ale do posłuchania proponuję jednak jeszcze Motorhead. Bo "Gwiezdnych..." będą jeszcze dwie części, a Lemmy'ego już nie będzie...
Playlistę ułożył MGP, kiedy mu się pożaliłam że nie mam pomysłu pod co pić Danielsa.

niedziela, 22 listopada 2015

Ośmiorniczka

Przygotowany wcześniej pomysł, którym się chwaliłam w poprzednim poście dotyczył Bonda. Jamesa Bonda.
 Prawdziwa miłość do szpiega Jej Królewskiej Mości wybuchła we mnie późno, bo dopiero przy "Goldeneye". Zadecydował Pierce Brosnan i jego irlandzki urok osobisty, na który nie posiadam żadnej odporności - bo i po co? Na fali nowo odkrytej fascynacji przerobiłam w miarę sprawnie zaległe odcinki i serii i stwierdziłam, że o ile lubię filmy Timothy'ego Daltona (bo są dość mroczne i jak dla mnie autentycznie zimnowojenne) i Rogera Moore'a (jego autoironiczne poczucie humoru jest mistrzowskie), o tyle Sean Connery zaczyna się po 60 - tce, a George Lazenby, podobnie jak dla większości fanów - nie istnieje. 
Podstawą każdego dobrego Bonda jest dla mnie przed wszystkim bondowska konwencja. Musi być M, musi być delikatny filircik Jamesa z Moneypenny, musi być Q i parę jego zabaweczek. No i musi być przerażający przeciwnik. Byle bez przesady - bo pomimo Pierce'a Brosnana jedynym szczerze znienawidzonym przeze mnie filmem serii jest "Die Another Day". Za bezsensowną intrygę, za zbyt wyraźnie starego odtwórcę głównej roli, a przede wszystkim za żenująco obrzydliwą ostatnią scenę. 
Wyjście z radosnej, bondowskiej konwencji, gdzie na otwarcie dostajemy nieprawdopodobny pościg a potem napięcie stopniowo wzrasta powoduje w moim mózgu blokadę i nie przyjmowanie do wiadomości że oglądam Bonda. Po wspomnianym w poprzednim akapicie żenującym pożegnaniu Brosnana z serią konieczność wyboru nowego aktora była oczywista nawet dla mnie. Daniel Craig nie wzbudził co prawda żadnego entuzjazmu, ale i żadnego obrzydzenia, a to już coś. Pomysł twórców że robimy nowe otwarcie wypełnił mnie za to mnóstwem obaw - i niestety większość z nich się sprawdziła. O ile "Casino Royale" obroniło się wiernością wobec powieści Fleminga (zresztą jedynej przeze mnie przeczytanej, dawno temu, na wakacjach z ojcem i babcią w Krynicy Zdroju), o tyle "Quantum of Solace"  było jakimś dziwnym czymś, co z filmami o Bondzie łączyła jedynie cudowna i genialna Judi Dench w roli M. Oba filmy jakoś dałam radę obejrzeć, pierwszy szanuję jako realizację pewnego ważnego pomysłu, drugi wypieram z pamięci całkowicie. W związku z nową koncepcją serii byłam po tych dwóch filmach mocno podłamana i przekonana, że czas mojego Bonda już się skończył. Zapewne nie zdecydowałabym się nawet na danie szansy "Skyfall", ale Rysiek wygrał w radiu bilety na jakiś MNF gdzie "Skyfall" było właśnie główną atrakcją i wrócił ciężko zachwycony. Odpytany na okoliczności przyrody ujawnił powrót nieobecnych w poprzednich "craigowych" częściach Q i Moneypenny, co wystarczyło w zupełności żebym zmieniła zdanie - bo tak naprawdę chyba bardzo chciałam je zmienić. "Skyfall" obejrzałam już z dużą przyjemnością, i uznawszy że takie połączenie ukochanej konwencji z nowymi pomysłami bardzo mi odpowiada przystąpiłam do czekania na następną część. 
Jako że przerwa w dostawie gotówki uniemożliwiła mi obejrzenie "Spectre" w premierze zdążyłam przed seansem przejrzeć kilka recenzji. To, że były mieszane nastroiło mnie raczej pozytywnie, w końcu dwa pierwsze, nieoglądalne dla mnie filmy z Craigiem krytyka wynosiła pod niebiosa, jeśli więc "Spectre" otrzymało także recenzje krytyczne była szansa, że mi się spodoba. 
Nastawiona więc całkiem pozytywnie zasiadłam w wygodnym kinowym fotelu. Kiedy zaś zobaczyłam w sekwencji otwierającej uroczą scenę mordobicia w śmigłowcu który nie spada mimo ostrego szarpania wolantu - uśmiech okręcił mi się wokół głowy mimo uszu i tak został. 
"Spectre" jest po poprzednich częściach odświeżającą nowością - filmem całkowicie osadzonym w konwencji. Otwarcie jest nieprawdopodobne, wybuchów dużo, zabawki Q zabawne, a scena Jamesa i Moneypenny po raz kolejny - po "Skyfall" - wspina się na wyżyny ponętnej dwuznaczności. Już za samo to daję trzy razy tak, a jest jeszcze Aston Martin DB10 w zapierającym dech pościgu wzdłuż Tybru i Monica Belucci, mimo wieku nie zagrożona na pozycji najpiękniejszej kobiety świata, i jej pocałunek z Craigiem, pierwsza naprawdę podniecająca scena damsko - męska w Bondzie od nie pamiętam kiedy (chyba od niezapomnianego "I'll never miss" z Sophie Marceau). Mówiąc krótko - samo gęste, a resztę proponuję zobaczyć w kinie. Koniecznie w kinie, dajcie szansę tym wszystkim cudnościom.
A dziś jeszcze tylko nawiążę do ostatnich wydarzeń w naszym Kraju Raju, a ściślej rzecz ujmując do bezlitosnego wdrażania przez nasz rząd kolejnej RP i zaproponuję Wam coś w klimacie bondowskim: