czwartek, 30 kwietnia 2015

A pan mecenas drzwiami? Przedłużacz

Każda rozprawa przed sądem powszechnym w Polsce zaczyna się od tego, że protokolant wychodzi przed salę rozpraw, wywołuje jakieś "Sprawa przeciwko Janowi Kowalskiemu", wykreśla ową sprawę z wiszącej gdzieś w pobliżu drzwi wokandy i wraca na salę wpuszczając przed lub za sobą strony. Kiedy dociera z powrotem do swojego stanowiska pracy i zasadza się za swoją klawiaturą sędzia zaczyna dyktować kto się stawił.
Sesję dzisiejszą miałam wyjątkowo męczącą, co odczuła także sędzia. Wywołałam kolejną sprawę, ledwo zdążyłam przejść przez próg w drodze do swojej miejscówy - a sędzia nie unosząc wzroku znad akt zaczęła dyktować mi stawiennictwo. Kiedy przeszłam całą długość sporej sali i dotarłam do stanowiska była już przy świadkach, nadal nie unosząc wzroku...

środa, 29 kwietnia 2015

Demoniszcze!

Kilka dni temu Moja Gładka Połowa w trakcie naszej cowieczornej skajpowej posiadówy z lekkim osłupieniem na obliczu poinformowała mnie "A wiesz, mojego bloga obserwuje Była. Nie żeby od razu komentowała, ale obserwuje..."
Pozbierałam szczękę z podłogi, uspokoiłam pierwszy odruch oklepania czegoś, no bo jak ona tak śmie (owszem, jestem obrzydliwą zazdrośnicą i chwała Cthulhu, że MGP mi powodów do zazdrości na ogół nie daje, bo pewnie byłoby różnie) i poszłam obejrzeć oraz poczytać.
Byłą, zresztą Wielokrotną,  ja również poznałam w czasach, kiedy tylko się z MGP przyjaźniliśmy i wzdychaliśmy do siebie z daleka tak dyskretnie, że ani jedno ani drugie nic po stronie przeciwpołożnej nie zauważyło. Jakoś przesadnie się nie zakumplowałyśmy, ona miała sporo inne zapatrywanie na większość spraw niż ja - a nawet niż MGP, i nieco czasu spędziłam rozmyślając, co też on takiego w niej widzi i tłumacząc sobie, że moja potrzeba posiadania go na wyłączność paczy mi obraz miłej w gruncie rzeczy i wartościowej dziewczyny. Kilka rzeczy jednakże jej zawdzięczam -  wizytę w najokropniejszej kawiarni Pięknego Miasta, najbardziej żenująca rozmowę w moim życiu i - pośrednio - związek z Niewiernym Kutasem, gdyż akurat jak zebrałam się na odwagę żeby wyznać MGP że wolałabym przenieść nasze stosunki w mniej platoniczne rejony to oni postanowili się znowu zejść, co mnie skutecznie do wyznań zniechęciło, do wyboru wówczas kręcącego się przy mnie Niewiernego skłoniło, i w rezultacie mam poroże większe niż Warszawa.
W każdym razie Wielokrotna Była po rozstaniu z MGP  ucięła skrzętnie jakikolwiek pozór kontaktów. Z nim i ze mną (acz dopiero odkąd się dowiedziała, żeśmy para), zachowując sobie dostęp do brata MGP, któremu zatem zawdzięczamy ową niespodziankę.
Przyznaję się bez bicia, czytać jej bloga zaczęłam z lekkim szczękościskiem i sierścią zjeżoną od przeczucia, że na pewno kombinuje coś niedobrego. Gdzieś w środku lektury byłam zdołowana marnością serwowanych tu historyjek w porównaniu z jej barwnymi, potoczystymi opowieściami pisanym nienaganną polszczyzną, lekko i w uroczym stylu. A skończyłam lekturę ze świadomością, jak bardzo mi Byłej żal.
(Choć MGP nadal nie wierzy, że przeczytałam całość tylko dlatego, że nawyobrażałam sobie bór jeden wie co).
Wiele miejsca autorka poświęca zachwycaniu się, jak to jest samodzielna i daje sobie radę ze wszystkim, bo życie ją zmusza i do tego, żeby i sama organizowała remont, i do tego, żeby samodzielnie zabiła i oprawiła karpia na Wigilię. No dobra, to akurat się chwali. Gorzej, że pomiędzy tymi samozachwytami występuje prawie wyłącznie siedzenie, użalanie się nad sobą, odliczanie dni od ostatniego seksu i wyliczanie epickich faili na drodze do kolejnego. Czy aby na pewno to jest radzenie sobie?
Dawno temu, w odległej galaktyce MGP powiedział, że kiedy mnie poznał to zwrócił uwagę przede wszystkim na to, że samotnie wychowuję córkę - bo mój ówczesny partner, Obiecujący Alkoholik dbał o Ryśka mniej niż o wczorajszy obiad - pracuję dorywczo i wciąż ganiam za stałą robotą a jeszcze mam siłę na erpegi i przegadywanie z nim całej nocy. Podobno podziwiał we mnie tą siłę, oraz to, że nie zostawiłam córy babci i nie zajęłam się układaniem sobie życia.
Heh, zostawić Ryśka, pewnie...
Prawda jest taka, że ja nigdy nie byłam silna. Jestem sobie galaretowatym pomieszkaniem rozproszonego układu nerwowego i w pełni identyfikuję się z Bridget Jones, ale tylko z "Mad About Boy". Boję się wielu rzeczy, w tym na przykład otworzyć konto i zobaczyć jak mało mam na nim pieniędzy, nie lubię równie wielu, w tym na przykład mycia podłogi, nie umiem zaś największej ilości, w tym na przykład gotować. 
A trwam tylko dlatego, że od 19 lat mam dla kogo rano wykopać się z łóżka. A kiedy życie naprawdę boli już nie do wytrzymania owszem, lubię się schować gdzieś w kącie i popłakać, jak to ja mam po górkę. Jak już tak sobie porządnie popłaczę, to na ogół robi mi się wstyd że tyle czasu zmarnowałam bezproduktywnie i lecę to nadrabiać. Najczęściej poprzez zrobienie czegoś ku większemu dobru swojemu albo rodziny. Albo przynajmniej Jaskini - jakieś zmywanie czy coś.
Generalnie instynkty macierzyńskiego wciąż można u mnie ze świecą szukać, niemniej mam pewność, że Rysiek to najlepsze co mnie w życiu spotkało. Gdybym nie zaszła w ciążę w 3 klasie LO zapewne już dawno zaćpałabym się gdzieś pod mostem - mniej więc na takim etapie życia wtedy byłam... Eh, pamięć ludzka działa dziwnie i wybiórczo - już prawie nie pamiętam tamtych czasów. Przypuszczam, że mogłabym nawet nie poznać jej wytwórcy, gdyby dziś minął mnie na ulicy. W końcu od tamtych czasów zdałam maturę, skończyłam w pierwszym terminie nie najłatwiejsze studia, zaliczyłam dwa patologiczne związki, pracuję, znalazłam miłość mojego życia... Jest mi fajnie.
Zapewne głównie dlatego, że nigdy nie próbowałam potwierdzać swojej wartości w oczach facetów (te dwa patologiczne to trochę z innych powodów. Lęku przed samotnością przede wszystkim). Dla mnie jedynym potwierdzeniem tego, co znaczę i co potrafię jest coraz większa łapka zaciśnięta w mojej dłoni. W ciąży byłyśmy w podobnym czasie we cztery. Syn Majki jest w poprawczaku, Aśka podrzuciła córkę rodzicom i wyjechała z kraju na 12 lat (a teraz się dziwi że młoda nie chce z nią gadać), Karolina podczas rozwodu zostawiła córkę byłemu i robi za mamusię na weekendy. I tylko ja codziennie potykam się o wywalone na środek pokoju skarpety, sprzątam legiony kubków po kawie i cierpliwie wysłuchuję dlaczego leksykografia to dziwka. Gdyby mnie wtedy ktoś zapytał - zapewne sama bym nie wpadła na to, że akurat ja. I że będę z tego powodu tak szczęśliwa.
Żal mi Byłej, że tak bardzo się męczy w swojej nieumiejętności ani znalezienia kogoś odpowiadającego jej wymaganiom, ani zmiany wymagań. Absolutnie i nigdy w życiu nie namawiałabym na dziecko kogoś, kto sam do takiej decyzji nie dojrzał, ale... gdyby nie moje nastoletnie macierzyństwo pewnie byłabym dziś kimś podobnym. Żal mi Byłej właśnie dlatego, że momentami aż za dobrze rozumiem, co czuje.
Na szczęście tylko momentami i nie grozi nam tu żadna wielka przyjaźń po latach. Pozostałe momenty są w dalszym ciągu skrajnie inne od tego, co odpowiada moim potrzebom.
Cóż, bycie suką nie uprawnia jeszcze do nazywania innych Psami.
Ale w sumie jestem zadowolona że kolejny demon przeszłości okazał się zwyczajnym, przytulnym demoniszczem.


środa, 15 kwietnia 2015

A pan mecenas drzwiami?

Tytułem wstępu:
Przebranżowiwszy się jakiś czas temu z inteligentnego przedłużacza słuchawki na równie inteligentne przedłużenie klawiatury vel protokolanta sądowego odkryłam, że dziwne rzeczy które mówią do mnie ludzie nadal się przytrafiają. Ale "Między słowami" było różowo - niebieskie i pozostało szczęśliwie za mną, trzeba mi było nowego pomysłu. A onego nie było...
Aż nadszedł dzień dzisiejszy, zbrojny w pewne niezwykłe ptaszę i przyniósł mi inspirację. Inspiracją stal się ukochany dialog:

 " - Otwórzcie okno. Myślę, że orłów nie ma, żaden nie wyleci.
   - A pan major drzwiami?"

Tak więc w pierwszej odsłonie cyklu "A pan mecenas drzwiami?" poznajcie proszę... Orlicę Palestry.

Była sobie Pani Strona. Miała ona Panią Pełnomocnik. I była też Sprawa, nieważne jaka, co się już trzeci rok w naszym wydziale toczyła. Rozprawa odbyła się dwudziestego piątego marca, Pani Strona na nią nie przyszła, Pani Pełnomocnik a i owszem, była. Sędzia wydał wyrok. Fakt, niezbyt korzystny dla Pani Strony, więc Pani Pełnomocnik po kilku dniach namysłu złożyła wniosek o jego uzasadnienie. Sędzia, zgrzytając nieco zębami, do pisania uzasadnienia zasiadł. Napisać nie zdążył - od Pani Pełnomocnik wpłynęła informacja, że Pani Strona zmarła. Do informacji załączony był akt zgonu wyraźną jak to na aktach zgonu datą - jedenastego marca. 
Gdyby Pani Pełnomocnik chciała tu jakiś wałek ukręcić i wyrok niestandardową metodą wzruszyć raczej by tego aktu zgonu sądowi nie pokazywała. Bo wynika z niego czarno na białym, że poszła na rozprawę reprezentować martwą od dwóch tygodni mandantkę. 
Dobra, mogę zrozumieć że nawet nie zadzwoniła do niej przed rozprawą - może wszystko miały wcześniej ustalone.  Ale czemu nie skontaktowała się po rozprawie, żeby choćby o wyroku poinformować, czy ustalić zasadność jego uzasadniania, tylko wniosek złożyła już na własną rękę - tego już nie ogarniam. Jakiś Kodeks Etyki chyba powinien obowiązywać... 
Chyba.


niedziela, 29 marca 2015

Angielskie gołębie tworzą historię

Southampton, jak wiadomo, jest miastem portowym. TYM miastem portowym, z którego 103 lata temu pewien liniowiec popłynął na spotkanie z górą lodową. A że Wielka Brytania nadal gdzieś tam cichutko marzy o byciu potęgą morską - to już podczas pierwszego dnia spaceru po mieście ujrzeliśmy gdzieś na horyznocie dwa zgrabne, błękitne kominy. O takie:


Po bliższym obejrzeniu zjawiska nadal jednak nie mieliśmy pewności, czy aby nie mamy do czynienia ze stałym fragmentem zabudowy miasta Soton:
Otóż nie. Nie mieliśmy. Faktycznie zbliżaliśmy się powoli do m/v "Britannia", ledwo poprzedniego dnia ochrzczonego przez Elżbietę II, nieprawdopodobnie olbrzymiego liniowca przeznaczonego do rejsów po Morzu Śródziemnym. Póki co stała sobie bezpiecznie przy terminalu oceanicznym ształując pasażerów i wyglądając imponująco z każdej strony:




Jednakże już kilka dni później mieliśmy nieprawdopodobną przyjemność zająć strategiczne miejsca na sothamptońskim pirsie i obserwować jej przygotowania do pierwszego w życiu rejsu:
Biorąc pod uwagę fakt, że jak ustaliliśmy Ocean Terminal to właśnie stary dok White Star Line, a orkiestra na pokładzie cięła szlagiery aż miło... Mieliśmy lekkie ciarki i miłą świadomość, że historia właśnie pisze się na naszych oczach:
Z przyjemnością jednak spieszę donieść, że nasza zaprzyjaźniona kruszynka na Śródziemnym żadnych przeszkód nie spotkała, i do portu macierzystego powróciła już bezpiecznie.



sobota, 21 marca 2015

Angielskie gołębie pokonane przez angielską pogodę

Wszystko było naprawdę ładnie, pięknie i brytyjsko - aż do niedzielnego załamania pogody. Gęsta, angielska mżawka, silny wiatr i ciśnienie w okolicy piwnicy zmusiły nas do porzucenia planów zwiedzenia bagna Redbridge, zaszycia się w kartonowych ścianach domu, obłożenia ciemnym chlebem z humusem i uruchomienia awaryjnego planu nadrabiania zaległości w kinematografii. 
W ramach nadrabiania serdecznie mogę polecić "Birdmana" - zakręcony, dający do myślenia film, a Michael Keaton mimo łysinki wciąż cudowny.
Angielskiej pogody natomiast już polecić nie mogę.
Następnego dnia MGP wrócił do pracy, a ja wstałam już z mózgiem wyciekającym przez nos i gardłem z papieru ściernego. Jeśli do tego dodać jedną plombę wypadniętą i złamaną drugą, oraz pustkę w portfelu (która zmusiła nas do uczczenia pierwszego angielskiego Dnia Świętego Patryka jedną butlą Guinnessa na twarz. Swoją drogą w Anglii 17 marca nie dzieje się niemal nic, widziałam raptem jeden pub z plakatem o Patrykowej promocji) końcówka mojego pobytu na Wyspie nie należała do najpogodniejszych i najzdrowszych.
Zauważyłam zabawną rzecz związaną ze mną i językiem angielskim. Przez pierwsze trzy - cztery dni chodzę po ulicach zasłuchana, bawię się w rozpoznawanie akcentów, próbuję żartować ze sprzedawcami w sklepach i ogólnie cała jestem szczęśliwa, że przebywam w otoczeniu angielskich rozmów do tego stopnia, że aż momentami już myślę po angielsku. A potem się męczę. Wychodząc na miasto zakładam słuchawki, potrąciwszy kogoś mówię "przepraszam", konieczność używania dwóch języków jednocześnie po prostu mnie drażni. Chyba nie miałabym cierpliwości żeby żyć tu dłużej.
Dodatkowo w mieście większym niż średniowieczne Salisbury zaczynam mieć jednak problemy z ruchem lewostronnym. Wpajane od przedszkola patrzenie na lewo przed przejściem dla pieszych działa jak odruch Pawłowa, jeśli mi się spieszy to po spojrzeniu w lewo już wchodzę na jezdnię i dopiero z jezdni patrzę w prawo. A tu zonk, samochód z prawej mija mnie o milimetry... Dwa razy omal się tak nie wpakowałam niewinnym brytolom pod kółka, i wystarczy. Staram się zdwoić a nawet potroić uwagę - no ale czasem jestem zbyt rozproszona, a czasem po porostu wychodzę z gorączką do Tesco po jakieś głodowe zakupy żywnościowe i jakoś tak, sama z siebie... Angielska mania przełażenia przez jezdnię z całkowitym pominięciem przejść dla pieszych i jej zaraźliwość wcale mi tu nie pomaga.
Ale z drugiej strony - gdybym nie była przeziębiona i rozpaczliwie pozbawiona kasy na kolejną tabliczkę czekolady Lir pewnie nie szukałabym tylu dziur w całym.
Nowina z ostatniej chwili: w drodze powrotnej nie zostałam poproszona na Stansted do osobistej. Najwyraźniej koszulka Muzo FM wzbudza serdeczność angielskich celników.