czwartek, 12 marca 2015

Angielskie gołębie kontratakują

Po włączeniu dziś rano odtwarzacza pierwszą pieśnią jaka się z niego rozległa było "Last Flight To Cambodia". Adekwatnie, zważywszy na wczorajszą, kolejną już podroż do krainy lewostronnych gołębi, po sporej części lotniczą. Z podroży tej wyniosłam dwa ciekawe doświadczenia: otóż najpierw celniczka z Lublinka wysypała się, że dopóki się nie skurczę i nie przestanę nosić glanów i plecaka w woodland zawsze będę proszona do kontroli osobistej "za wygląd". Można się poczuć jak uciskana mniejszość. A potem usłyszałam komplement mojego życia, mianowicie że mój akcent w angielskim jest szkocki lub irlandzki. I fakt, że powiedziała to Rumunka wagi komplementu nie umniejsza, bo mieszka na Wyspie już kilka lat.
No ale to wczoraj. Dziś zostałam podstępnie porzucona na pastwę pięknego miasta Southampton, gdyż MGP udał się do nowiuśkiej pracy. Postanowiłam zatem przyjrzeć się miastu z perspektywy pieszego - i pierwsze co odkryłam, to dorodne, kwitnące już na biało i zawrotnie pachnące drzewko owocowe. A zaraz potem - ciemno zielonego doubledeckera (jak się okazało - szkolnego, liniowe są w standardowym tu granacie i czerwieni).
Southampton z perspektywy pieszego jest dużo większe i dużo nowsze niż Salisbury. Sama ulica charity shopów (jeśli już o tym pisałam to pardon, ale się powtórzę - w Anglii nie ma naszych sklepów z używaną odzieżą. Zarówno odzież, jak i książki i wszystko inne niepotrzebne anglicy oddają organizacjom charytatywnym, które sprzedają je potem na cele statutowe. Dla mnie super sprawa) ma ładnych parę kilometrów długości - i oprócz charity zawiera też fryzjera "Kosmyk" i sklep "wszystko za 99 pensów" przez który zapałałam namiętną miłością do czekolady mlecznej z karmelem o smaku Guinnessa. Jest też Southampton dużo bardziej technologiczne i nowocześniejsze - znaczna część mojego dzisiejszego łazęgowania wiodła do portu wzdłuż linii kolejowej.
Jeszcze nie wiem, czy się polubimy z tym pięknym miastem. Ale w Tesco była promocja na sushi - więc to punkt na jego korzyść. Za to jednorazowy bilet autobusowy mają po dwa funty, więc dla oszczędności nawinęłam dziś na me biedne stopy dobre 10 kilometrów i mam trochę żalu o to.
Ale w ogólnym rachunku chyba jednak plus, bo na wieczór do przetestowania mam West Indies Portera - tak, Guinness wytwarza nie tylko Guinnessa. Będę czcić fakt, że już pierwszego dnia pobytu tu potrafiłam prawidłowo wskazać drogę. Co z tego, że do miejsca w którym byłam pięć minut wcześniej, liczy się sukces.
  Może więc jednak mamy przyszłość, ja i Southampton...

piątek, 2 stycznia 2015

W angielskim gołębniku: Piętrowy autobus

Gdyby ktoś kazał mi opowiedzieć, skąd w moim życiu wzięła się komunikacja publiczna to przyznam szczerze - absolutnie nie pamiętam. Najbardziej prawdopodobne jest że z potrzeby kreatywnego zagospodarowania wrześniowego weekendu i ciekawości, jak też wygląda od środka zajezdnia wybrałyśmy się kiedyś z bardzo małym Ryśkiem na Dni Transportu Publicznego - i tak już zostałyśmy.
W każdym razie znalazłszy się w każdym nowy miejscu zwykle staram się możliwie szybko sprawdzić co tam wozi pasażerów i dlaczego - a co dopiero znalazłszy się w nowym kraju!
Niestety z przyczyn ogólno finansowych moje kontakty z transportem brytyjskim nie dotyczyły British Railways - może i są czcigodni i omszali ze starości, ale ich ceny urywają wszystko.  Z przyczyn zaś odludności zakątków, w których przebywałam moje kontakty z transportem publicznym dotyczyły w zasadzie tylko autobusów. 
Autobusy tamtejsze - wszystkie jak jeden mąż - posiadają tylko jedną parę drzwi, z przodu. Przez te drzwi się wsiada, nabywa bilet lub okazuje migawkę kierowcy a następnie zajmuje się miejsce. Siedzące. W większości autobusów miejskich widać nalepy nawołujące do tego, żeby robić to niezwłocznie. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie godzin szczytu w takich warunkach. MGP który kilka zobaczył twierdzi, że żaden autobus nie jest w stanie zbliżyć się  wtedy do własnego rozkładu na mniej niż pół godziny. No bo zanim pasażerowie wsiądą to poprzedni muszą wysiąść, czyż nie? A drzwi nadal tylko jedne.
Autobusy dalekobieżne są bardzo sympatyczne i dla osoby wychowanej w erze PKS nawet luksusowe (w końcu PolskiBus ze swoimi standardami obsługi skądś do nas przyjechał) Udało mi się nawet trafić kierowcę z dość luźnymi zasadami, który zabrał mnie ze Stansted busem o dwa wcześniejszym niż ten, na który miałam bilet. Co prawda dzięki jego uprzejmości całą drogę do Londynu musiałam też spędzić obok Włocha z arbuzowacizną jąder i 10 calowym tabletem, ale niech tam. Ważne, że w pojeździe było czyściutko, telewizja przemysłowa migała dziarsko obrazem otaczającej nas drogi a siedzenia były całkiem wygodne, na Włocha spuśćmy zasłonę milczenia.
Za to autobusy miejskie, nawet w dość prowincjonalnych zakamarkach w które mnie zaniosło, faktycznie bywają piętrowe. Samo miasto owszem obsługuje flota zwykłych busików na oko 16 metrowych, ale na dalsze trasy podmiejskie wyjeżdżają już eleganckie doubledeckery.
Strasznie śmieszna stwora, taki dwupokładowiec. Naprawdę wąski przede wszystkim. Ale nie dziwne, skoro oryginalnie hodowany w Londynie, na uliczki o rozpiętości pary majtek. I wysoki całkiem komfortowo, moje metr osiemdziesiąt mogło się na górnym pokładzie niemal w całości rozprostować. Ekskluzywnością nie powala aż tak jak dalekobieżne, ale nawet pod przednią szybą na górnym pokładzie jest wystarczająco dużo miejsca na nogi, więc jest elegancko. No i jest dwupokładowy. A dwupokładowość, w połączeniu z niespiesznym, nawet w szczycie, przemieszczaniem się pasażerów z których żaden nie umie przejść obok kierowcy bez "Good Morning" i "Good Bye" tworzy razem wrażenie wielkiej, autobusowej dostojności.
Jedną z rzeczy, które z Anglią kojarzą mi się od zawsze jest piętrowy front busa wysuwającego się gdzieś zza kamieniczki. To było bardzo miłe przyjechać tam i na własne oczy stwierdzić że tak, doubledeckery żyją, modernizują się i ogólnie mają dobrze. 
C.D.N.


środa, 17 grudnia 2014

Będąc młodą poetką...

Dwoje ludzi zginęło - tragedia. Tym większa, że zginęli od ciosów zadawanych ręką jedynego syna, o którego jak najlepszej przyszłości marzyli. Dlaczego zginęli? Tego zapewne nie wie nikt, oprócz pewnej osiemnastolatki, dziewczyny ich jedynaka, wspólniczki i mózgu morderstwa.

Przypomina mi się silnie kilka odcinków ulubionych "Criminal Minds", gdzie dzielna ekipa tropiąca seryjnego mordercę stawała na głowie, aby nie dopuścić do tego, żeby media nadały mu pseudonim. Za nadaniem przestępcy pseudonimu idzie bowiem zwykle jego uczłowieczenie i wzbudzenie zainteresowania jego osobą, co dla wymiaru sprawiedliwości może być sporym utrudnieniem. Szkoda, że tej zasady nie znają polskie media, które morderczynię z Rakowisk nazywają "poetką Zuzanną M.".

Szanowni redaktorzy, otóż - nie. Pani ta jest przede wszystkim socjopatką z zaburzeniami relacji społecznych i systemu wartości, z wyjątkowym spłyceniem uczuć wyższych przy silnie rozwiniętym narcyzmie. Pani ta kwalifikuje się do bezterminowej izolacji od społeczeństwa. To, że na facepalmie miała stronę, na której podpisała się jako "pisarka" i zamieszczała swoje nieduże utwory poetki z niej jeszcze nie czyni. Stronę widziałam - przed morderstwem miała po 20 - 30 odwiedzin na posta, czytali ją zatem zapewne tylko znajomi. Utwory czytałam - ładne, emocjonalne wprawki biegłej językowo osoby z zerowym pojęciem o życiu. Całkowicie adekwatne do wieku autorki, pozwalające rokować co najwyżej nadzieję na jakiś rozwój w przyszłości. To, że pani wydała własnym nakładem tomik poetki z niej nie czyni również, co najwyżej córeczkę majętnej mamy. Promowała go samodzielnie przez wspomnianą stronę, okrzyczane w mediach "spotkanie z czytelnikami" w Krakowie miało być po prostu przekazaniem za drobną opłatą egzemplarzy tomiku tym kilku osobom, które chciały go mieć. Nazywanie tej osoby poetką to jak wymierzenie siarczystego plaskacza Marii Jasnorzewskiej, Halinie Poświatowskiej, że o Krzysztofie Baczyńskim, Julianie Tuwimie czy nawet Jacku Kaczmarskim nie wspomnę.

Przykra to sprawa. Przykra przede wszystkim dla rodziny ofiar, ale też dla szerokich mas epatowanych przez główne portale informacyjne kolejnymi doniesieniami kreującymi z "poetki Zuzanny M." następną nekrocelebrytkę. Zupełnie jakbyśmy na sprawie mamy Madzi z Sosonwca/Katarzyny W. nie nauczyli się nic a nic.

TVN 24 oraz gazeta.pl w każdym kolejnym doniesieniu odmieniają tą "poetkę Zuzannę M." przez wszystkie możliwe przypadki. Jedynym znanym mi medium, które pisze o "morderczyni z Rakowisk, "poetce" Zuzannie M." jest... pudelek.pl. Chyba na najbliższe dni zostanie zatem moim głównym źródłem informacji...

wtorek, 16 grudnia 2014

W angielskim gołębniku: Duży samolot w swoim żywiole.

Już na samym początku podróży wyszła na jaw najbardziej wstydliwa tajemnica mojego życia:

... serdecznie nie lubię latać samolotem...

Skrzyżowanie nadmiaru wiedzy o katastrofach samolotowych z klaustrofobicznym wnętrzem B 737-800 w wersji Ryanair spowodowało, że omal nie zwiałam z wrzaskiem już podczas startu. Na szczęście potem było lepiej, a kiedy kadłub wysłużonego dyliżansu przebił się w bolesnych drgawkach przez chmury i dłuższą chwilę szorował po nich brzuchem oraz gondolami silników - z zachwytu nad doskonałością Mamy Gai i jej pomysłu na widoki ponad chmurami odjęło mi mowę. Pogorszyło się za to przed lądowaniem, bo nie wiedzieć czemu podejście do Stansted wytyczał pijany wąż, i kiedy samolot przechodził z głębokiego wirażu w lewo na jeszcze głębszy w prawo stając niemal na skrzydłach - bardzo się cieszyłam, że nie jadłam nic co mogłoby się w tej trudnej chwili wyrwać na wolność i współpasażerów.
Sporo ubawu dostarczyło mi za to poznawanie znanej dotąd jedynie ze słyszenia infrastruktury lotniskowej od kuchni. I to zarówno porównanie dwóch ciągów do kontroli bagaży na lotnisku polskim z dwudziestoma dwoma na angielskim jak i cen sklepów wolnocłowych - osiem złotych za pół litra niegazowanej mineralnej w Polsce, te same 1,37 funciaka za coca - colę w brytyjskim Tesco jak i na brytyjskiej wolnocłówce.
Celników dużo lepiej wspominam po tej stronie. Upatrzyłam sobie do odprawy takiego dużego, wąsatego, podchodzę doń i zagajam miło, że ja to pierwszy raz i proszę o dokładne polecenia co i jak.Wąsaty równie miło przystępuje do szczegółowych instrukcji co należy z siebie zdjąć i w oddzielną kuwetkę włożyć. Wyszło tego całkiem sporo, a i tak zapiskałam w bramce nie wyjętymi z włosów spinkami, co spowodowało szybką i konkretną osobistą w wydaniu bardzo znudzonej celniczki. Jako że trzepanko przebiegło w atmosferze 1000% wersalskiej w bardzo dobrym humorku ustawiam się z boku, coby wszystkie zdjęte przedtem przedmioty na siebie nałożyć. I jestem świadkiem takiej oto sceny:
Do odprawy podchodzi blondynka. Nie taka z dowcipów, całkiem zwyczajna, ładna, w sportowych ciuszkach, z niedużą torbą podróżną i torebką. Bagaż jej przejeżdża prze haimanna, i młody celnik który go obsługiwał woła, żeby  podeszła, po czym poleca torebkę otworzyć, a z otwartej - dobywa coś. Coś jest metalowe, rozsuwa się teleskopowo na długość znaczną i ma ruchome łapki.
- Co to? - pyta celnik
- Statyw do selfie - z kamienną twarzą odpowiada dziewczyna.
- Co? - celnik dochodzi chyba do wniosku że pomyliły mu się matriksy, co dość dokładnie widać po jego minie, bo dziewczyna wyjmuje mu z ręki coś i jak krowie na rowie zaczyna tłumaczyć oraz demonstrować: " To się rozsuwa, o tak... Tu się wkłada telefon... I robimy selfie". Nieco przerażony młody poleca jej coś schować i dziękuje za odprawę, dziewczyna więc odchodzi z bagażami. I wtedy podchodzi celnik wąsaty.
- Ty, co to było? - pyta młodego.
- Statyw do selfie - odpowiada młody z wyczuwalną rezygnacją.
- Do czego?
- Selfie.
- Co?
Sznurując glana rzucam z boku litościwe
- Po polsku: samojebka .
Na co obaj panowie na chwilę słupieją, a po tej chwili żegnają mnie serdecznym śmiechem.
Szkoda, że nie rozśmieszyłam ich przed odprawą, ale w sumie i tak przeszmuglowałam dezodorant w kulce i błyszczyk w tubce poza świętą torebką strunową na płyny, a - jak się w końcu okazało - także metalowy wisiorek w kieszeni spodni. 
Po wyspowej stronie za to spotkała mnie za taśmociągiem najpiękniejsza, całkowicie klasyczna big black mama, w warkoczykach, olśniewająco białym uśmiechu i idealnie odprasowanym uniformie lotniskowym. Z kolei ona rozśmieszyła mnie - widząc moją nieporadnie zapakowaną świętą torebkę strunową gratis dorzuciła mi drugą. Mniejszą...
Coś w ogóle jest z tym obywatelkami rasy czarnej na Stansted, pierwszym zobaczonym przez mnie tubylcem też była śliczna, postawna czarnulka nawołująco pasażerów z paszportami do wyjścia non - schengen.
Jeszcze tylko organizacja: i znów plus dla Pięknego Miasta i jego lotniska - widma. Odprawa zaczyna się na dwie godziny przed odlotem, bramka otwiera jak tylko wyjdą pasażerowie, którzy przylecieli - opóźnienie startu w locie tam wynosiło jakiś kwadrans. W locie z powrotem za to o godzinie, o której miał nastąpić start dopiero otwarto bramkę. Nie wiem, czym to było spowodowane, bo oczekiwaniem na samolot na pewno nie - wszak znajdowaliśmy się w hubie Ryanaira. Opóźnienie startu z powrotem: 70 minut. Ja to ja, przynajmniej zatkałam sobie ucha albumem Sama Smitha i liczyłam startujące i lądujące samoloty, ale mnie już samo przebywanie na lotnisku sprawia dużą frajdę - innym nie koniecznie, co wyraźnie było widać.
Reasumując: Lotniska - tak. Unoszenie się nad chmurami - bardzo tak. Startom i lądowaniom jednak podziękuję.

C.D.N.


niedziela, 5 października 2014

44 razy NIE

Jako że najbardziej lubię pisać recenzje pozytywne i dzielić się tu z Wami czymś fajnym - usilnie próbowałam wyprzeć z siebie fakt, że pomimo ostrzeżeń jednego ze znajomych, co przy produkcji onego pracował poszłam jednak do kina na "Miasto 44". Jednakże wobec ogromu bałwochwalczych zachwytów, jakie spływają na ten tfur ze wszystkich stron internetów wyparcie mi nieco nie wyszło...
Uczciwie przyznaję - "Miasto 44" miało potencjał. Tym większy żal patrzeć, jak zmarnowano zarówno niezły pomysł, jak i niewyobrażalne pieniądze włożone w produkcję...
Zacznijmy jednak od początku. Co wiemy, idąc do kina? Wiemy, że film powstawał przez 8 lat, kosztował 25 milionów złotych i miał pokazać Powstanie Warszawskie oczami jego młodych uczestników. Reżyser zdobył popularności dobrze przyjętą przez krytykę i widzów "Salą samobójców", więc niby jakaś gwarancja oglądalności jest (niestety, fakt że z rzeczonej "Sali" udało mi się obejrzeć jakiś kwadrans, i to pomimo silnego uwielbienia jakie żywię dla Agaty Kuleszy nie dał mi nic do myślenia). Ogólnie może się wydawać, że sprawdzić warto. A zatem sprawdzamy.
Po wyjątkowo długim, nawet jak na polskie kina, bloku reklamowym dostajemy wyjątkowo długą jak na polski film listę sponsorów. Za długą. Po liście sponsorów pierwszy zgrzyt: na ekranie wyświetlane są łopatologiczne notki o Powstaniu w stylu Wikipedii. Znaczy, państwo tfórcy założyli, że do kina przyszli idioci, którzy nie wiedzą o czym będą oglądać film?
Ciekawym pomysłem na scenariusz tego filmu było, moim zdaniem, osnucie go wokół klasycznego trójkąta: dwóch dziewcząt rywalizujących o względy jednego chłopaka na tle płonącej Warszawy. W pierwszej części filmu, opisującej ostatnie dni przed godziną W nawet trochę się ta intryga zaczyna zawiązywać. Zadziorna brunetka Kama zbliża się do swojego sąsiada Stefana, spokojnego młodzieńca opiekującego się matką i młodszym bratem i wciąga go do konspiracji. Na jednym ze spotkań towarzyskich Stefan poznaje młodziutką Alę, siostrę jednego z kolegów i, zainteresowany nią, zgadza się złożyć przysięgę. Konflikt zarysowany... na etapie zarysowania pozostaje. Kama wodzi wzrokiem za Stefanem, Stefan z Alą, Ala się rumieni i spuszcza głowę, żadne z bohaterów nie robi nic, żeby ten stan zmienić. Z pierwszej części filmu pozostaje w pamięci tylko epizodyczna rola matki Stefana, owdowiałej w kampanii wrześniowej i niezbyt zrównoważonej psychicznie byłej gwiazdy sceny, żyjącej w ciągłym lęku o swoich synów. Brawo dla Moniki Kwiatkowskiej. 
Do momentu wybuchu Powstania jest tylko nudnawo i zbyt statycznie, ale kiedy tuż przed godziną W oddziały powstańcze zbierają się na dziedzińcu jakiejś fabryki na odprawę, w trakcie której kilkadziesiąt osób przez kilka minut wrzaskiem "Tak jest" kwituje każdy otrzymany rozkaz oraz z łomotem obuwia o bruk wykonuje kilkanaście raz "baczność" i "spocznij",  i nie pojawia się żaden Niemiec, nikt się tą sytuacją nie interesuje nawet z okien - po raz pierwszy wykonałam tak zwanego "facepalma". Przez chwilę scenariusz jeszcze próbuje być realny, pokazując śmierć pierwszego powstańca, pierwszy atak na Niemców i wywołane tym emocje. I jakoś w tym momencie filmu kończą się jakiekolwiek próby pokazania emocji, a zaczyna wielowymiarowy pokaz wspaniałości i sprawności warsztatu reżyserskiego i realizatorskiego. Kończą się również próby udawania, że film ma scenariusz i opowiada historię, zaczyna się za to wielowarstwowy pokaz wspaniałości efektów specjalnych i sprawności montażystów. Jako że nasz główny bohater, Stefan, zostaje ranny i trafia do szpitala, skąd wychodzi w ciężkim szoku nie odzywając się nawet do wlokącej go za sobą w celach ratunkowych Ali - zamiera cały film, dialogi spadają do niezbędnego minimum, brak więc wyjaśnienia kilku ważnych scen: dlaczego Stefan zostawia Alę, która zdezerterowała żeby go ratować i wraca do oddziału? Dlaczego oddział przyjmuje go z powrotem, choć za dezercję kula w łeb? Jednym ważny dialog w tej części filmu następuje pod koniec, kiedy Kama i Ala wloką wspólnie jednego rannego, i nagle Kama wyzywa Alę od kurew, informując że jej nienawidzi, bo Stefan i tak ją wybierze. Ala milczy, więc w sumie jest to pół dialogu, ale zawsze. Wyjaśnienia tego nagłego wybuchu agresji u skądinąd pozytywnej i chyba jako jedyna narysowanej więcej niż trzema kreskami bohaterki, która do tego jest w tym momencie górą, bo to z nią Stefan przestał być prawiczkiem w ruinach śródmiejskiej kamienicy jednak się nie doczekujemy. A po chwili Kama ginie, w ostatnim słowie wysyłając Stefana z powrotem do Ali.  Która, w międzyczasie, ma tajemnicze spotkanie z tajemniczym mężczyzną w mundurze, którego ze zmęczenia tą wysublimowaną fabułą już nie rozpoznałam, i (chyba?) zostaje jej darowane życie. Choć może i zostaje zabita, a w ostatniej scenie Stefan w miejscu, w którym się przed Powstaniem poznali spotyka tylko jej ducha? Tego, drogi widzu, już się nie dowiesz.
Film, jak napisałam, miał potencjał. Dobry pomysł na scenariusz został jednak zmasakrowany do stopnia momentami uniemożliwiającego ogarnięcie fabuły (motywacja bohaterów? zakończenie?). Z młodych, nieogranych odtwórców głównych ról jakikolwiek warsztat aktorski posiada jedynie Kama. Stefan cały film gra na jedną minę, Ala - na jeden kołtun z ogromnych, jasnych włosów. I o ile u odtwórczyni roli Ali jakieś starania o zagranie widać, choćby w scenie kiedy opowiada bajkę dzieciom w powstańczym szpitalu, o tyle nasz główny bohater równie dobrze mógłby być bohaterem tego wiersza Leśmiana, do słów którego powstał utwór "Panna Anna" grupy Viridian (jest na TyTubie, a jakże). W rezultacie pokazania tej postaci jako dziecinnego, egocentrycznego neurotyka mniej więcej od połowy filmu zgasły we mnie jakiekolwiek resztki sympatii do niego i czekałam w utęsknieniem, która niemiecka kula będzie uprzejma pozbawić mnie konieczności patrzenia na niego. Żeby nie było, żem uprzedzona - siedzący obok mnie Rysiek miał dokładnie tak samo. 
Drugi element potencjału - realizacja. Owszem, nowoczesna, nieco teledyskowa stylistyka w połączeniu z naprawdę dobrymi efektami specjalnymi jest ciekawą metodą pokazania filmu wojennego i sprawdza się nad podziw dobrze. Niestety, bardzo atrakcyjna strona wizualna nie jest w stanie zakryć powalającej mielizny scenariusza. Nawet poruszająca scena wybuch samobieżnej miny jest zepsuta montażem, który osobom nie domyślającym się, skąd nagle z nieba deszcz krwi i ludzkich fragmentów nie wskazuje tego wyraźnie. Niemniej tak, ta scena wstrząsa nawet tak sarkastycznym samolotem jak ja. Ta jedna. 
Atrakcyjną wizualnie stronę filmu psuje mocno upodobanie reżysera do scen kręconych na zwolnieniu. Tu, niestety, trochę krecią robotę odwalił Staszek Mąderek, który kilka dni temu, na "Kapitularzu" miał świetną prelekcję o tym, jak ratował teledysk Ireny Santor zabity nadmiarem złego slow motion. Mając w pamięci jego opowieść już po drugim slo - mo w filmie miałam dziką potrzebę natychmiastowej obecności Staszka, który i ten film może by uratował. Zwłaszcza, że jako druga zwolniona w filmie występuje ta powalając swoją głupotą scena pierwszego pocałunku Stefana i Ali. Oczywiście pod niemieckim ostrzałem, a w naprawdę złym slo - mo pociski zakreślają wokół nich płonące koła. Nie da się uniknąć skojarzeń z faerie i wszelkim wróżkowym narodem, dzięki Ci reżyserze, że serduszek nie kreślą. Z całej kolekcja bardzo złego zwolnionego montażu w tym filmie jako tako wypada jedynie scena parcour przez nagrobki, która (o ile ogarnęłam, bo już wtedy mało co mówili do siebie) obrazuje ucieczkę bezbronnego Stefana spod niemieckiego ostrzału. I ją niestety zabija - tym razem wyjątkowo źle dobrana ścieżka dźwiękowa. Ale za to, jeśli jesteśmy przy ścieżce dźwiękowej - nieco dyskusyjne użycie muzyki dubstepowej w podkładzie do sceny zbliżenia Stefana i Kamy mi na przykład spodobało się bardzo, i jest chyba kwintesencją ducha świeżej nowoczesności w tym filmie. 
I jeszcze słówko o brutalności: niestety, samymi gęsto ścielącymi się urwanymi kończynami współczesnego widza ciężko poruszyć. Jeśli nie stoi za nimi jakaś historia, tak ja w scenie z samobieżną miną, za którą jeszcze raz szacun, to przy takiej ich ilości, jaką w filmie zastosowano, bardzo szybko następuje zmęczenie materiału i widz przestaje reagować. Innych środków na pokazanie brutalności reżyser nie opatentował, żenująco nieautentyczna scena próby gwałtu na Ali nie zawiera nawet odpięcia najwyższego guzika u sukienki, wybuch granatu w kanale, którym powstańcy ewakuują się ze Starówki wszystkich pozostawia przy życiu, a śmierć matki i brata Stefana robi wrażenie dosztukowanych bardzo na siłę do nieodpowiedniej sceny. 
W charakterze końcowego gwoździa do trumny pozwolę sobie zapytać, dlaczego w tak okrutnie pruderyjnym filmie, gdzie wszyscy bohaterowie pomimo trudnych warunków latają szczelnie pozapinani w odzież, a w scenie erotycznej nie ma nawet kawałka nagiej piersi zostałam tak bezsensownie potraktowana widokiem chłopięcych genitaliów w całej okazałości w senie, w której Stefan pomaga się kąpać młodszemu bratu? Do fabuły te genitalia nie wniosły nic, za to niesmak pozostawiły duży.
Poza tym nie najmniejszym problemem "Miasta 44" jest również to, że na wiosnę przeszła przez nasze ekrany adaptacja "Kamieni na szaniec". Owszem, Gliński miał łatwiej niż Komasa, bo pracował na gotowym, sprawdzonym materiale literackim. Ale też budżet i środki miał sporo mniejsze. A jednak zrobił film spójny, porywający, może i kontrowersyjny - ale i bardzo realistyczny. Jedna scena ze skatowanym Rudym prostowała mózg bardziej niż wszystkie urwane ręce.

Dawno temu Terentz chwalił się, jak to w księgarni wyjął młodej parze z rąk "Władcę Pierścieni" w tłumaczeniu Łozińskiego i podał Skibniewską mówiąc, że to był jego najlepszy uczynek w tym roku. Chociaż nie miałam już siły szukać 44 powodów, dla których nie wolno na ten film iść, i choć w myśl zasad fair play przyznałam mu też kilka zalet - mam nadzieję, że ten post powstrzyma choć jedną osobę od zrobienia sobie krzywdy za pomocą obejrzenia "Miasta 44" i w ten sposób stanie się moim najlepszym uczynkiem tego roku.