czwartek, 21 kwietnia 2016

Znowu

Miała być, jak zwykle, zupełnie inna notka, ale...
2016  - wyjdź stąd wreszcie. I nie wracaj.
A ja... Już nigdy nie będę miała innych Książąt przed Tobą...

niedziela, 27 marca 2016

Przy stole

Nasz najsmutniejszy ze światów przetrwał już Nowy Jork, Londyn, Paryż - a kilka dni temu musiał przetrwać Brukselę.
Wiadomość o tym, że znów wybuch zaskoczyła mnie w pracy. Jak to ja - robotę odłożyłam na zaś, jedną ręką przewijam twittera w telefonie, drugą odświeżam tvn24 na służbowym internecie żeby jak najszybciej zebrać podstawowe dane o sytuacji kryzysowej.  Za mną radio na Zetce puszcza co pół godziny specjalny serwis informacyjny. Przede mną zaś Ania a za mną Kasia - tuż nad moją głową ustalają, czy zapłacą nam jakieś dodatkowe pieniądze na święta, a ustaliwszy że raczej nie - płynnie przechodzą do omawiania świątecznego menu, robota zaś im w łapkach aż furczy.
I trochę dziwnie się poczułam. Czy to ja jestem histeryczką, do tego leniwą, dla której byle wybuch na byle lotnisku jest pretekstem do odpuszczenia sobie wszystkiego i powpadania w panikę a dziewczyny są normalnymi żonami i matkami? Czy może jednak to ja jestem świadomą obywatelką Europy zainteresowaną czymś więcej niż czubek własnego nosa a one to małe domowe kurki? 
Nie mnie oceniać. Jednakże ktoś z nas ewidentnie nie pasuje do tego najsmutniejszego ze światów. 
Miałam zamiar sprezentować Wam jakąś fajną pisankę, ale z powodu ogólnie refleksyjnej zadumy przy świątecznym stole powiem tylko - bądźcie dobrymi jajami!

sobota, 19 marca 2016

Powrót Diabła

Miłość niejedno ma imię, a Moja Gładka Połowa (już nie taka zresztą gładka, irokez podrósł do rozsądnego rozmiaru. Moja Gładko Najeżona Połowa?) niejedno alter ego internetowe hoduje. Skoro obiecałam dawać znać to niniejszym anonsuję, że po przypadkowym odesłaniu w niebyt Hrabonszczy (i Futuropy przy okazji) wspomnianego wcześniej mego osobistego narzeczonego o wielu internetowych tożsamościach można tym razem czytać tu:
http://diabelporuta.blogspot.com
I komentować, żeby nie był smutny. Bo smutny diabeł może przynieść opłakane skutki...

piątek, 4 marca 2016

Uwaga, awaria. Taka awaryjna, serio.

Na prośbę Mojej Gładkiej Połowy chciałabym przekazać wszystkim p.t. Czytelnikom jego blogów - Hrabonszczy i Futuropy - że wczoraj, w przypływie pomroczności jasnej skasował swoje konto google, a wraz z nim oba blogi. 
Przyczyn racjonalnych brak. 
O jakiejkolwiek zmianie powyższego status quo, czyli wirtualnego nieistnienia MGP, będę informować jak tylko podejmie on jakieś decyzje co z tym fantem.

sobota, 13 lutego 2016

Jestem rasistą

Nie, nie zaczęłam nagle ganiać z młotkiem za licznymi w mojej okolicy osobami o śniadej karnacji (akademiki dwóch uczelni), spokojnie. 
Jestem rasistą literackim.
Parę tygodni temu siostra przyjaciółki szykując się na jakąś imprezę wymagającą obdarowania organizatorki zapytała, czy zaproponowałabym jakąś książkę na prezent. Tylko nie fantastykę, bo obdarowywana nie lubi, może coś lekkiego, psychologicznego?
A mnie nieco zatchło. Gdyż uświadomiłam  sobie że nie mam pojęcia, co zaproponować. Jeśli ktoś na dzień dobry wyłącza ze stawki fantastykę i nie będące wszak lekkimi kryminały to ja nie mam pojęcia, co jest na rynku, co się czyta, co warto czytać... Od wielu lat dobieram książki według własnego gustu, który najwyraźniej, o rany, jest mocno niszowy i absolutnie nie czyni ze mnie osoby oczytanej...
Na szczęście sytuację uratowała Milva czytająca wszak wszystko co się na kindlu zmieści, podrzuciła trzy tytuły z których jeden wybrany został i uznanie obdarowanej zyskał. 
Ja zaś mocno się zastanowiłam, czy powinnam popaść w kompleksy. I wyszło mi że nie koniecznie, bo może i nie jestem na bieżąco z szerokim rynkiem wydawniczym, ale ze swoją wąską półką a i owszem.  A to już coś. Chylę czoła przed ludkami znającymi się na literaturze popularnej, ale na moim podwórku - ciasnym ale własnym - to ja oczekuję ukłonów. I na ogół, nie chwaląc się, otrzymuję;)
Niemniej temat właściwego doboru lektur pozostał, tym razem za sprawą Martusi. Urocza, inteligentna, aktywna dziewczyna - bardzo młoda przy okazji, co nie jest bez znaczenia - pożyczyła sobie od naszej wspólnej koleżanki z pracy jakąś książkę, którą ta bardzo mocno jej zachwalała. Książkę z serii "porno dla mamusiek", "jak Kowalska wyobraża sobie BDSM", vel "50 Shades Of Grey Inspired", oczywiście pierwszą część trylogii, tytułu szczęśliwie nie pomnę. 
No i Martusia popłynęła.  Niemal codziennie musiałam słuchać jęków i westchnień jaka książka jest wspaniała, jak pięknie napisana, jaki tworzy fenomenalny klimat i jak trudno się od niej oderwać w autobusie. Parę razy nie powstrzymała się przed streszczeniem mi co wspanialszych scen - już to jak bohater zabrał bohaterkę na spotkanie biznesowe, położył nagą i skrępowaną przed kontrahentami i zabronił dotykać, a jak jeden nie wytrzymał i dotknął to dał w pysk, lub jak  bohaterka, znów związana, radośnie oddaje się bohaterowi a na to wchodzi jej brat... Sceny te były mi opisywane jako piękne i inspirujące, a fakt że w tym samym czasie przychodząc do pracy demonstracyjnie kładłam na szafce najpierw "Długi film o miłości" Hugo - Badera a potem "Wampira z Zagłębia "Semczuka - starannie ignorowany.
Cóż, o gustach nie ma dyskusji, jedni znaczki hodują inni rybki zbierają, co ja się będę wtrącać. Na wszystkie zachwyty grzecznie odpowiadałam "Ja, mhm...", a Martusia zachwycała się dalej. Aż wreszcie, będąc jeszcze w trakcie lektury, Martusia poszła na randkę. Jedną, potem drugą, potem do łóżka, potem trzecią, potem zaczął być negocjowany temat spędzenia wspólnej nocy, gdyż facet starszy od niej o prawie 10 lat mieszkanie własne posiada, a i owszem. Nie moje łóżko, nie wnikam. Tylko Martusia, aktywna na pograniczu ADHD nagle zaczęła odpuszczać nasze wspólne treningi fitnessu, preteksty podając naprawdę tak dziwne, że to że chciała mieć czas dla faceta biło po oczach. W międzyczasie zamiast książką zaczęła się zachwycać facetem. Że wysoki, i taki męski. I zapytał ją czy chciałaby pójść do kina, na co ona uczciwie że kina nie lubi, a facet "To polubisz, bo mam darmowe bilety", i to takie wspaniałe było, bo on taki silny jest, i to cudownie móc czasem przy facecie nie myśleć...
Tu już "Ja, mhm..." nie przeszło mi przez gardło.
Po prostu zamilkłam definitywnie. Bo uznając prawo do myślenia za swoją konstytucyjną własność z której mogę zrezygnować tylko kiedy ja tego chcę oraz związek partnerski oparty na wzajemnym zaufaniu i szacunku, także do zdania partnera który ma prawo się ze mną nie zgodzić, za ideał związku do którego dążę całe życie - obawiałam się, że zabiję ją śmiechem skuteczniej, niż panna Justyna Zygmunta Korczyńskiego w serialu "Nad Niemnem".
Tematu już nie kontynuujemy, zresztą i rozmawiamy ze sobą coraz mniej, a ja się smutno zastanawiam: czy gdyby Martusia spotkała faceta kiedy indziej, nie świeżo po lekturze "wspaniałej" książki o "związku" opartym na dominacji silnego samca nad głupią samicą to tak samo cudownie byłoby jej przy nim nie myśleć? Czy może jednak zachowałby się jak panna Justyna, czego mówiąc szczerze spodziewałabym się po znanej mi Martusi która "wspaniałej" książki nie przeczytała?
Dlatego twierdzę, że niektóre książki bywają szkodliwe. Po prostu złe.
Dlatego jestem rasistą literackim.
I czytam sobie "Ginekologów" Thorwalda, których z tego miejsca serdecznie chciałabym polecić.
A co do Grey i wyrobów mu pochodnych - najbardziej dosadny pogląd wyrazili kibole z mego Pięknego Miasta zapraszając go do słynnej kibicowskiej wojny na wrzuty na murach: