Pełnię sobie obowiązki służbowe przy najmilszej sędzi w wydziale z najfajniejszym poczuciem humoru - tej samej, co onegdaj prosiła żeby jej kiecę skołować bo zapomniała. Wywołuję sprawę, melduje się świadek - wysoki, nieźle zbudowany, łysy facet około czterdziestki, wyraźnie od sędzi starszy. Świadek podaje swoje dane i pada pierwsze pytanie - gdzie świadek jest zatrudniony i na jakiej podstawie. Świadek nabiera dużo powietrza i z wielkim oburzeniem rzecze "Pracuję w Takiej Łonej firmie, a jak jestem zatrudniony? To chyba oczywiste, że jestem pracownikiem najemnym Takiej Łonej firmy, zupełnie tak samo, jak pani jest pracownikiem najemnym sądownictwa".
Bez komentarza, Wysoki Sądzie.
W bonusie od Ryśka tabliczka z włoskiego marketu:
"Ogłoszenie: Prosi się szanowną klientelę o nie pukanie w arbuzy. Większość z nich nie odpowiada."
No więc, wiem że nie zaczyna się zdania od no więc, ale no więc - uważaj o co prosisz, bo czasem możesz to dostać.
Poszłam sobie do nowej pracy, do mojego ślicznego, dużego Sądu. Zaświadczenie od lekarza, obiegówka, klimaty jak to pierwszego dnia w budżetówce. Wchodzę między innymi do informatyków, coby hasła wszelakie wydali i dostępy potrzebne porobili, miła niewiasta - rzadkość wśród informatyków - klepie w komputer mrucząc pod nosem "pani... wydział karny..." Ale że co? przecież ja do rodzinnego miałam iść. Ale na obiegówce skierowanie do karnego jak bawół. Telefon do kadr - obiegówka wystawiona prawidłowo. Rozmowa z kadrowym - generalnie dynda mu, że właśnie z tego karnego odeszła moja znajoma opowiadając o nim uprzednio horrory, albo biorę, albo wychodzę, bo to jedyna dla mnie propozycja.
No to wzięłam.
Bardzo szybko okazało się, że horrory znajomej były mocno przesadne - owa przykładna Matka Polka (mega kochana zresztą) nie umiała przejść do porządku nad tematyką spraw, czuła się z ich powodu nieszczęśliwa i dorabiała nieistniejącą ideologię. Umiem zrozumieć.
Ja tematykę tych spraw kocham i w pobiciach, rozbojach, narkotykach, zniesławieniach - pławię się jak w najlepszej benzynie lotniczej. A przy okazji oddycham wreszcie pełną piersią, mocno przez ostatnie pół roku stłamszoną. Bo nikt mi nie opowiada nad głową o grillu z teściami czy alergiach dwulatka. Bo kierownik jest kierownikiem. Bo sędzia na sali potrafi walnąć: "O rany, zapomniałam tej kiecy, niech mi pani jakąś skołuje, proszę....". Bo jest bardziej prawdziwie, i w ogóle bardziej, niż przez ostatnie pół roku bywało. Bo jest wydział karny.
Aklimatyzuję się więc w nowym Sądzie z dziką radością - tymczasem Sąd stary, jak raz, na moje pożegnanie ogłosił konkurs. Konkurs taki jest to stworzenie przydatne, bo wygrywa go i etat od ręki dostaje jedna osoba, za to spora grupka osób którym też dobrze poszło tworzy w jego wyniku listę rezerwową, z której zatrudniane są potem w miarę zwalniania się kolejnych miejsc. W konkursie więc udział brać warto, bo daje on niejaką perspektywę zatrudnienia każdemu, kto na listę się załapie. Bez listy - zapomnij.
Postanowiłam więc schować dumę do kieszeni, przygotowałam dokumenty - a konkurs sądowy wymaga tego w okolicach 10 stron - najstaranniej jak potrafiłam, w kopertę włożyłam i pocztą posłałam. Po kilku dniach podano listę zakwalifikowanych - a mnie na niej nie ma. Dzwonię więc do kadr i grzecznie zapytuję - cóż to się stało. Kadrówka Młodsza ogląda moje dokumenty i nie co zdziwiona mówi że nie wie, zapyta Kadrówki Starszej. Naradzają się dłuższą chwilę i wreszcie niepewnie informuje mnie, że zabrakło numerka. Otóż przesyłając dokumenty pocztą należało na kopercie dopisać "Konkurs numer..." a ja napisałam co prawda "Konkurs", ale numeru już nie, bo nieuważnie przeczytałam treść ogłoszenia. Co z tego, że tylko jeden konkurs jest aktualnie w toku i bez problemu można właściwie sklasyfikować moje prawidłowo przygotowane dokumenty - numerku brak, klasyfikacji nie będzie.
Nieubłagalnie nadciąga cudowny, ostatni dzień czerwca kiedy to uwolnię się wreszcie od mojej kierowniczki wzrostu siedzącego psa i manier czeskiego sierżanta. Przestanę słuchać, jak to robię 1/3 tego co inni w Wydziale a za każdym razem kiedy na mnie spogląda trzymam w ręku telefon komórkowy. Przestanę zgrzytać zębami kiedy znów odkrywam, że była w mojej szafie, wywaliła do góry nogami połowę akt, druga połowa znikła i ogólnie powstał Sajgon - jakoś od pół roku ani razu nie przytrafiło się to w mojej obecności, zawsze znaczy swój teren kiedy jestem na sali.
Cóż, najwyraźniej po raz kolejny wystaję ponad szereg, tylko tym razem zawzięłam się, że nie dam się przyciąć. Na mój szacunek trzeba sobie zapracować, a na pewno nie da się tego zrobić zmuszając mnie do mówienia sobie na ty w drugim dniu znajomości.
Co potem? A no nadal Sąd. Sąsiedni Rejonowy zdecydował się przyjąć mnie na kolejne zastępstwo. Sąsiedni Rejonowy wśród zalet ma i siedzibę 3 minuty piechotą od mojej Jaskini, i kadrowca z długimi włosami i kubkiem klubu piłki ręcznej na biurku, i - last, but not least - miejsce w sekretariacie Wydziału Rodzinnego i Nieletnich.
Boję się. Do tej pory przerzucałam na kilogramy nudną papkę która - najczęściej - dotyczyła wyłącznie tego kto komu ile. Teraz wkraczam w prawdziwe życie spraw z zakresu Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego oraz nie miękkich zderzeń nieletnich z KK. Na salach Wydziału Rodzinnego może się zdarzyć wszystko, a ja nigdy nie umiałam zostawiać takiej pracy w pracy. Boję się więc - i nie mogę już doczekać. Mam wrażenie że to będzie moja szansa. Mam nadzieję że to będzie moja szansa.
W ramach walki z nadmiarem mnie nie ustaję w próbach uprawiania aktywności fizycznej. O dziwo najdłużej ( z różną częstotliwością już ponad dwa miesiące) utrzymują się marszobiegi po pobliskim parku. Kawałek potruchtam, kawałek pomaszeruję, endorfinki się produkują. Jednakże w związku ze wzrostem temperatur pojawił się ostatnio niewielki problem posiadania jedynie jednej pary czarnych, długich dresów. Na szczęście mniej więcej w okolicy pensji trafiłam w Tesco wyprzedaż odzieży sportowej i przytuliłam krótkie, cienkie, szare dresy z dużą ilością kieszeni. Tak oto prześlicznie odziana, w koszulce Cerradu Czarnych Radom z numerem 4 (Rysie wiedzą jak robić mamom frajdę;)), ze słuchawkami w uchach a flaszką płynu w łapie truchtam sobie w porze około zmierzchowej, chyba już na drugim kółku więc zmęczenie i zapocenie widać - a naprzeciw mnie pan Jogger. Pan Jogger profesjonalny pełną gębą, nie jakiś żelowy marszobiegowiec jak ja, kłusuje i wygląda jak zawodowiec. I na mój widok skłania głowę posyłając spod daszka ciepły uśmiech "Cześć, kobieto która biegasz". Wzruszyłam się zupełnie szczerze, a wręcz poczułam nieco nobilitowana.
Oprócz aktywności fizycznej uprawiam też znów aktywność muzyczną. W telefonie starannie ułożona playlista, w sercu dredy gitarzysty a w mózgu pytanie bez odpowiedzi:
Panowie Afromental, gdzieście byli całe moje życie???
Zaczęło się bardzo niewinnie - od Ryśka który przyniósł do domu jeden singiel. A potem poszło jak kula śnieżna, łącznie z wyjazdem na absolutnie urywający - od - wszystkiego koncert. Nigdy nie jest za późno na odkrycie zacnej muzy, czego mam nieopisaną przyjemność być najlepszym przykładem:
W pracy, w jednym pokoju jest nas cztery. Jako że spędzamy razem 40 godzin w tygodniu to i pogadać się zdarza. Ostatnio - o polityce, a konkretniej - o wyborach prezydenckich.
Wszystkie trzy współmieszkanki mojego pokoju jak jeden mąż (albo raczej jeden cień w dolinie mgieł) głosowały w pierwszej turze na Pawła K. Temat jaki to on wspaniały, inny, i jako jedyny ma rację fruwał nam między biurkami od początku kwietnia chyba. Na moje nieco uszczypliwe uwagi że facet wygląda i zachowuje się jak spod budki z piwem momentalnie zaczynały się namiętne perory: "Nie znasz się, właśnie przez to jest autentyczny, a jak wygra to weźmie sobie speców od wizerunku i wtedy zobaczysz". Pytanie w czym, ale to tak konkretnie, Paweł K. jest lepszy od Andrzeja D. i Bronisława K. ośmieliłam się zadać raz. Dwie z trzech jego groupies zamilkły, jedynie siedząca naprzeciw mnie Bezdzietna Prawniczka (dalej BP) po chwili marszczenia brwi wypaliła: "Bo jeden to idiota a drugi złodziej".
Aha. Aha i...?
I to wszystko. Na tym wyjaśnienia zakończyła i wzięła się za robotę, a więc i ja nie pytałam już więcej, bo nie wiedziałam, czy odpowiedź będzie bardziej straszna czy jednak bardziej śmieszna. W każdym razie po przegranej ich idola w pierwszej turze groupies zawarły pakt, że na drugą nie idą bo żaden inny kandydat im nie odpowiada.
Dziś, przy porannej kawie (i moim Biedowym energetyku mojito) z ciekawości jak im ten pakt wyszedł wywlokłam temat wczorajszych wyników Wyborów Prezydenckich 2015. I dowiedziałam się że:
1. BP jest zrozpaczona i przerażona, bo to zaraz dostaniemy 10 kwietnia świętem państwowym i będziemy musieli spłacać kredyty za tych z frankami.
Na wybory nie poszła bo mieszka w innej miejscowości i musiałaby potwierdzać pobyt albo jechać do siebie (jakieś 30 km), a ani jedno ani drugie jej się... nie chciało. Była w lokalu wyborczym z mężem i teściami, oni głosowali na Komorowskiego "żeby Duda za łatwo nie wygrał".
2. Młodej Mamie (dalej MM) sen z powiek spędza pytanie czy jej dwuletnia córeczka będzie musiała zdawać obowiązkową maturę z religii "bo to już będzie przegięcie".
Na wybory nie poszła, to znaczy pojechała z mężem do lokalu wyborczego, ale on poszedł zagłosować na Komorowskiego, a jej się nie chciało wysiadać z auta.
3. Starsza Mama (dalej SM) jest zbrzydzona faktem, że przez najbliższe pięć lat będzie musiała wciąż oglądać posłankę Pawłowicz i "inne mordy". Na wybory poszła, bo mąż ją zaciągnął. On zagłosował na Komorowskiego, ona oddała nieważny głos poprzez dopisanie i skreślenie na karcie trzeciego kwadracika z nazwiskiem Kukiz.
Takie mamy Rzeczypostpolite jakie ich obywateli polityczne uświadomienie...
P.S. A znudzonym już polityką p.t. Czytelnikom polecam serdecznie moje największe odkrycie muzyczne ostatnich tygodni... rodem w prost z festiwalu Eurowizji. Ostrzegam: są Włochami, wyglądają jak Włosi, śpiewają po włosku. Ale, qrczę, jak...
Po odebraniu wstępnych exit polls'ów poczułam gwałtowną potrzebę aby wyjść pobiegać. Mp3 ustawione na losowe wybieranie utworów zaproponowało mi coś tak bardzo a'propos i na temat, że już bardziej chyba nie można: