niedziela, 19 sierpnia 2018

Dla każdego coś kiczowatego

Byłam na Suwalszczyźnie, kicam już w miarę samodzielnie i na własnych nogach, dla odmiany wysiadł mi błędnik, moje zwolnienie dobiegło chwalebnego końca i w poniedziałek z obrzydzeniem podążam do roboty - krótki bilans brakujących 3 tygodni. Ale ja nie o tym. 
Z ulicy wchodzi się do nas bramą usytuowaną po prawej stronie pierwszego bloku, za którym stoi drugi, z ulicy średnio widoczny. Od bramy idzie się wzdłuż jednej ściany pierwszego bloku, a dopiero za nim skręca w podwórko, po drodze następuje więc kilka metrów z których widać jedynie skrajną prawą ćwiartkę podwórka. 
No i właśnie wczoraj, wracając sobie z Ryśkiem z upiornie zdrowych zakupów żywieniowych sunęłyśmy przez te kilka metrów, kiedy nagle, jak w tym dowcipie o czołgach zasypanych piaskiem - PIERDUT!. A mianowicie orkiestra huknęła tango. Normalna, regulaminowa (choć nieduża) orkiestra: harmonia, skrzypce, jakiś ręczny bęben, sami panowie, odziani na niebiesko. Pomiędzy momentem PIERDUT a chwilą ich zobaczenia zdaje się osiwiałam ze strachu, a już na pewno moje serce wykonało potrójne salto ze śrubą. Mamo Gaju! Nie ma pojęcia o zaskoczeniu kto nigdy nie przeżył znienackiego tanga zza winkla, serio. 
Jak się okazało, i jak można było przypuszczać - była to zupełnie zwyczajna orkiestra weselna, pod pierwszą klatką stało odpowiednio odpicowane autko, zaraz zaroili się kamerzyści ze statywami i dzieci z płatkami kwiatków i sąsiedzka para młoda statecznie opuściła budynek, cierpliwie prezentując fotografom sztuczne uśmiechy, a następnie zapakowała się do autka. To wszystko zarejestrowałam kątem oka, kicając pośpiesznie do domu coby nikomu w kadr nie wleźć. Chyba się udało. 
Orkiestra odegrała uczciwie całą melodię, zdobywając przy okazji oddaną fankę w postaci sąsiadki z pierwszego piętra (na codzień drącej się do partnera "Zaje*** cię" lub "zaje*** mnie" tak, że u nas słychać), która przetańczyła całość na chodniczku koło garaży. Sama ze sobą, partnera nie stwierdzono. Młodzi odjechali, w ślad za nimi orkiestra, a my z Rysiem spuściłyśmy kuchenne zasłonki zza których oglądałyśmy sytuację i odetchnąwszy wróciłyśmy do swoich spraw. 
Rzecz jasna ja, wracając, rozmarzyłam się pluszowo na temat mojego własnego wesela - że mieliśmy taki luz, żadnych orkiestr, żadnych fotografów, tylko my, nasi przyjaciele i dobre piwo. Scena na podwórku była kwintesencją tego, czego marząc tyle czasu o ślubie za wszelką cenę pragnęłam uniknąć - potwornego i typowo polskiego przerostu tradycji nad treścią. A wszak ślub ma być świętem młodej pary, która może wcale nie życzyć sobie orkiestry rżnącej do ucha i mieć bardzo z tyłu to, że ich rodzice, dziadkowie i ciotki takie orkiestry mieli. 
Swoje sprawy polegały przede wszystkim na uczynieniu dużej ilości sałatki (rukola, tuńczyk, kukurydza, kiszone ogórki, serdecznie polecam) i rozsiadnieciu się z nią przed kompem w celu obejrzenia wyczekiwanego "Hurricane Bianca: From Russia With Hate". Randka z ulubionym królowymi przebiegła nadzwyczaj pomyślnie, i naładowana mega pozytywną energia mogłam już przystąpić do reszty mojego dnia.
W trakcie którego rozważałam smutno, dlaczego, do diabła, straciłam półtorej godziny kończącego się za szybko zwolnienia na ten przerysowany film zaczynający się od dowcipu o kupie a potem równąjcy w dół. Biancę Del Rio, Shangelę Laquifę Wadley i Jekaterinę Pietrownę Zamołodczykową mogłam sobie równie dobrze pooglądać na YouTube a nie męczyć się słuchając różnych okropnych wersji rosyjskiego akcentu i czekając, aż wysadzą kiepsko narysowany Kreml. 
A może młodzi państwo sąsiedzi właśnie marzyli o wyjeździe z domu przy wtórze orkiestry, i długo się będą chwalić jak pięknie ich powitała?
Notka dla siebie: nie mierz innych swoją miarką i zrozum wreszcie, że nie każdy musi mieć taki sam gust jak ty. You stupid bitch!
Notka dla czytelników: nawet jeśli kochacie RuPaul's Drag Race zdecydowanie radzę odpuścić sobie "From Russia With Hate".

sobota, 21 lipca 2018

Ze wspomnień niewidzialnego człowieka

Jaki jest niezawodny sposób, aby od ręki zniknąć, zwaporyzować się, przestać istnieć?
Wsiąść do dowolnego pojazdu MPK z ortezą i o kuli. 
Pomimo posiadania tych dwóch, jakże ważnych dodatków do mojej skromnej osoby czasem muszę jednak gdzieś pojechać - na przykład do lekarza na kontrolę. Na ogół staram się wybierać terminy poza godzinami szczytu i jest całkiem znośnie - nawet kilka razy zdarzyło się, że ktoś mi ustąpił miejsca, uznając najwyraźniej, że w prawie pustym wagonie stanie nie jest takie złe. Jeśli jadę przystanek - dwa to z kolei sama bez problemu postoję, cumując się wygodnie przy samych drzwiach i nie terroryzując współpasażerów bez potrzeby.
Czasem jednak się zwyczajnie nie udaje. Bo, na przykład, awaria wodociągów podmyje tory i wyłączy z użytku jedną z dwóch w Pięknym Mieście zajezdni tramwajowych, a próby obsługi linii pozostałymi wozami wprowadzą stan niebezpiecznie zbliżony do katastrofy komunikacyjnej. 
A ja akurat tego dnia muszę się dostać z centrum do dentysty za pomocą autobusowej linii zastępczej...
Najpierw trzeba na nią czekać dobry kwadrans. Zegarek tyka, czas wizyty zbliża się niebezpiecznie. Wreszcie jest - pierwszy przystanek po krańcówce, a autobus już zapchany. W połowie studenteria (linia jedzie w kierunku osiedla uniwersyteckiego mijając po drodze kilka wydziałów), w połowie czcigodne i omszałe starowinki (mija również dwa duże szpitale). Tarabanię się jakoś do środka - nic, zero reakcji. Okej, to tylko klika przystanków, ścisk duży, próba przedarcia się na któreś wolne miejsce wywołałaby zbyt dużo zamieszania. Nie warto. Postoję sobie. Serio. To, że tradycyjnie nikt z siedzących przy samych drzwiach mnie nie widzi zupełnie jakoś nie dziwi...
Cumuję na słupku przy drzwiach, szczelnie do niego przytulona, na przystanku przy pierwszym szpitalu wpływa kolejna szeroka struga ludzi, autobus korkuje się zupełnie. Próbuję się zwinąć w jeszcze ciaśniejsza kulkę, kiedy nagle słyszę gromkie:
- Co pani tak stoi, pani usiądzie, pani tylko miejsce ludziom tą kulą zajmuje, to jest po prostu chamstwo!
Zerkam przez ramię - starszy facet, nawet schludny, ale nos czerwony i wali od niego jak po wczorajszej libacji. 
Pytam grzecznie:
- A gdzie mam usiąść, nie wie pan może?
Współpasażerowie siedzący pracowicie liczą muchy na suficie. Ze stojących - ktoś dalej parska śmiechem.
- A co mnie to, urwał, obchodzi? - odwrzaskuje mi z oburzeniem facet i coś do siebie jeszcze pod nosem mamrocze.
Z lekka osłupiała wysiadam na swoim przystanku.  Z pasażerów, rzecz jasna, nie reaguje nikt. 

sobota, 14 lipca 2018

Ja NIE pisać biografii.

Dzień dobry, cześć i czołem!
Przyznam się uczciwie, że myślałam, że już nigdy tu nie wrócę. Po powrocie MGIP w naszym życiu zaczęły się takie zawirowania i trąby powietrzne, że kolejna reaktywacja bloga spadła gdzieś w okolice końca list moich potrzeb. Im dłużej trwała bezczynność, tym trudniej było mi zabrać się do jakiejkolwiek roboty, aż w końcu uznałam, że po prostu zachowam to miejsce dla kilku opowieści które udało mi się stworzyć.
Niestety nie byłabym sobą, gdyby dziwne rzeczy przestały mi się przytrafiać tylko dlatego, że grzecznie zmieniłam: a) stan cywilny (Moja Gładka Inaczej Połowa jest już Moją Ślubną Połową); b) miejsce zamieszkania (najbliższą moją sąsiadką została niejaka Katedra); c) warunki pracy i płacy (niestety niewiele).
Na początku czerwca miałam więc wypadek. Podczas Ligi Narodów Polska - Niemcy, a w zasadzie tuż przed meczem zeszłam bezpiecznie po wysokich, stromych schodach Atlas Areny i kierując się stronę swego sektora stanęłam tak, że lewa stopa formalnie podwinęła mi się pod spód. I, jak łatwo zgadnąć - złamała się. Sprawnie opatrzona przez miejscowych ratowników oczywiście obejrzałam sobie mecz, następnie doskakałam na jednej nodze do samochodu zwanego Biedronką, odsiedziałam jeszcze przepisowe dwie godziny na SORze i wróciłam do domu zaopatrzona w gipsową bułę na nodze, kule babci MŚP i zwolnienie na miesiąc.
Jako że nawet o kulach mogę co najwyżej kicać na zdrowej nodze - zostałam uziemiona w łóżku. Na uziemienie i jego piekielną nudę lekarstwem zaś najlepszym są kilometry seriali (równolegle Netfilix i starożytne "Without a trace", polecam) i czytanie. A jako żem biedna i obłożna zażyczyłam sobie od Ryśka dostarczenia wielokrotnie odwlekanego "Jamesa Hetfielda. Człowieka z metalu" Marka Eglintona.
Warto w tym momencie, jak sądzę, przyznać się ponownie - Metallicę kocham i czczę, choć nie bezkrytycznie, od jakichś 30 lat, wychowałam się na ich wczesnych albumach, dojrzewałam z tymi późniejszymi, niektóre puszczałam małemu Ryśkowi zamiast kołysanek, a teksty Hetfielda z "Ride the lightning", "Master of puppets" i "...And justice for all" przetłumaczyłam w czasach szkolnych chyba wszystkie, nieźle dzięki temu opanowując język angielski. Publikacji poświęconych Metallice przeczytałam chyba większość dostępnych po polsku, część mam na własność, na czele z "Metallica. Bez przebaczenia" Joela McIvera, wspaniałą biografią całego zespołu. A do tego mam naprawdę dobrą pamięć do szczegółów.
Kiedy tylko Rysiek dostarczył zamówioną pozycję zauważyłam, ze Pan Autor dodał do swojej książki podtytuł "szczegółowa biografia". Z radością zaczęłam sobie wyobrażać tą ucztę - Papa Het taki skryty i nie wynoszący nic do mediów, i nagle szczegółowa biografia, no to ja się wreszcie dowiem a dowiem...
Otóż nie.
Książka sprzedawana jest w formie ofoliowanej. Tak jakby wydawnictwo chciało uniemożliwić czytającemu zajrzenie do wnętrza i przekonania się, cóż tam jest - a raczej czego nie ma. Bo szczegółowej biografii nie ma tam na pewno.
Początek jest nawet niezły, i to jedyna część, którą mogę z czystym sumieniem pochwalić. Krótki portrecik pryszczatego, małomównego, pochłoniętego muzyka i ostro pijącego Jamesa w wieku lat nastu jest czymś nowym, a wyjaśnienie historii związków jego rodziny z pewna chrześcijańska sektą kompletne i dające bardzo satysfakcjonujący wgląd w ta mroczniejsza stronę jego natury. Natomiast opisy jego młodzieńczych przyjaźni pokazują z kolei Jamesa towarzyskiego i lojalnego, co tez jest dla jego charakterystyki ważne.
Ale im dalej, tym gorzej. 
Zacznę może od tego, ze Pan Autor wprost nazywa się wielkim fanem Metallicy i chwali, ze należy do ścisłego grona najwierniejszych, do tego stopnia, ze w latach 90 - tych był na przynajmniej jedynym tajnym koncercie zespołu. Świetnie. Gratulki, Panie Autorze. To jakim cudem tak wielki fan robi tak proste błędy merytoryczne w historii swojego zespołu?
Pan Autor twierdzi, ze Lars Ulrich, podobnie jak James, urodził się latem 1963. Otóż nie - urodził się w grudniu. Tekst Whiskey In The Jar przypisuje Thin Lizzy - otóż nie, to irlandzka piosenka ludowa, jedynie zaadaptowana przez Thin Lizzy. Autorstwem utworu Stone Cold Crazy obdarza zaś zespół Motorhead. Otóż.... Uszanuję Wasza  inteligencję i nic więcej nie powiem. 
Te błędy - na szczęście - wyłapał pan Robert Filipowski, tłumacz tego wątpliwego dzieła. Mam nadzieję, ze został za swoja syzyfowa pracę odpowiednio wynagrodzony...
Niestety, pozostały jeszcze błędy których pan Robert nie wyłapał. Pierwszy to nazwanie Jamesa kompozytorem utworów Metallicy. Owszem, przykładał zdolne łapki do tej muzyki - ale jedynie jako współkompozytor. Muzyka, przynajmniej przez pierwsze cztery albumy, jest opisana jako dzieło całego zespołu, i o ile Pan Autor nie ma jakichś tajnych danych dostępnych jedynie dla prawdziwych fanów - tak powinna być traktowana. James Hetfield jest natomiast wyłącznym autorem 99% teksów zespołu, w tym wszystkich na pierwszych czterech albumach, a o tym wzmianki w jego szczegółowej biografii już nie ma. 
Drugi ze znalezionych przeze mnie błędów to już większa kontrowersja. Otóż Pan Autor przypisuje znaczenie tatuażu na ramieniu Jamesa przedstawiającego płonące karty do gry z podpisem "Carpe Diem" upamiętnieniu wypadku na koncercie w Kanadzie kiedy to właściciel ramienia został poparzony źle przygotowana pirotechnika. Tymczasem wspomniany przeze mnie Joel McIver w "Bez Przebaczenia" ten sam tatuaż wyjaśnia faktem, ze w wieczór przed śmiercią Cliffa Burtona w wypadku autokarowym James przegrał do niego w karty miejsce, na którym Cliff zginał. Lub wygrał miejsce na którym sam spał, wybaczcie, czytałam dawno i szczegóły mi się nieco zatarły. Kto ma rację? Wersja McIvera przemawia do mnie mocnej, choćby dlatego, ze to James jest głównym opiekunem pamięć Cliffa wśród fanów, a tak bezpośredni związek z jego śmiercią byłby dobrym powodem po temu. Oraz - last but not least - McIvera nie złapałam na żadnym błędzie merytorycznym. 
Pozostałe zarzuty to już w zasadzie tylko drobiazgi, w porównaniu z powyższymi. Na przykład: po co informować fanów, który album Metallicy ukazał się równo z którym albumem Celine Dion, skoro połowa fanów tej pierwszej pewnie nie ma zielonego pojęcia o istnieniu tej drugiej?
Mnie, jako fankę Jamesa drażni zwłaszcza uparte nazywanie go przez Pana Autora geniuszem. Really, queen? Geniusz, jak dla mnie, to Jimi Hendrix, Bob Marley, czy choćby David Bowie. Ktoś kto stworzył dzieła wiekopomne, inspirujące następne pokolenia. James jest tylko i aż niezwykle utalentowanym muzykiem obdarzonym wielka charyzma. Zdarzają mu się błędy, jak każdemu - na przykład St. Anger czy niesławne Lulu. Pan Autor również te błędy widzi. Spora część książki to  - zamiast szczegółowej biografii - szczegółowa recenzja kolejnych płyt, z rozbiciem na utwory oczywiście. Wychodzi z nich wyraźnie, ze Pan Autor należy do frakcji "Metallica skończyła się na Kill'em All", bo w zasadzie żadna z późniejszych niż 1991 rok płyt nie znajduje w jego oczach uznania, a ilość jadu wylewanego na co kiepściejsze kawałki jakoś mi się kłóci z jednoczesnym upartym wmawianiem czytelnikom, ze ich autor to geniusz. 
Oprócz wspomnianych recenzji mamy jeszcze dość dokładne kalendarium dat i osób związanych z zespołem. O życiu prywatnym jego frontmana - kiedy się ożenił i z kim (McIver pisze o jego żonie ze trzy razy więcej) oraz kiedy przyszły na świat jego dzieci i jak dostały na imiona. To wszystko. W szczegółowej biografii. 
Na zakończenie wydania polskiego mamy trzy dodatkowe rozdziały napisane przez pana Pawła Brzykcego, które dociągają historię do ostatniego albumu Hardwired... To self - destruct. Z tych trzech rozdziałów łypie do nas sympatycznie o wiele więcej historii o Jamesie niż z 17 poprzednich oryginalnego Pana Autora. I to, myślę, najlepiej świadczy o poziomie, czy raczej braku takiego w wypadku "Jamesa Hetfielda. Człowieka z metalu".

PS W trakcie tworzenia powyższego tekstu dziwne rzeczy nie przestały się przytrafiać. Po pierwsze - uzyskawszy po kolejnej kontroli zgodę na zamianę gipsu na ortezę z radości poszłam się wykąpać. A w wannie, stanąwszy na palcach lewej nogi usłyszałam chrrrrrup... I dorobiłam się kolejnego złamania, tej samej nogi w tym samym miejscu. Stad nadal pozdrawiam Was z mojego łóżeczka w widokiem na przeciwległy blok, z noga oparta na poduszce z meduza meldując, ze zrastam się wolno, a końca zwolnienia na razie nie widać. 
A potem mój dzielny laptop doszedł do wniosku, ze już mu się nie chce i klawiatura zaczęła czynić psoty. Permanentnie przebywa w stanie Caps Lock, do normalności powraca jedynie incydentalnie, a do tego polskie znaki raz sobie życzy posiadać, a raz omija wzgardliwie. Więc jeśli brak tu jakiś ogonków to uprzejmie przepraszam, ale na razie tak  niestety zostanie.
A na końcu wyłamałam sobie ostatnią posiadana protezę zębowa, więc witaj zdrowa dieto z jogurtów i bananów...


niedziela, 30 kwietnia 2017

Anatomia człowieka

Wybaczcie.
Dopiero po fakcie ogarnęłam, że pisząc w notce tłustoczwartkowej o cyklu "Mała literówka a cieszy" napisałam o czymś, co istniało zupełnie gdzie indziej, w innej epoce mojego internetu. 
Dlatego pozwolę sobie przypomnieć dwa pierwsze przypadki z serii, a po trzeci, aktualny - odsyłam tu. 
 
1)  
Opowiadanie grozy pióra samego Mistrza: "Amy spróbowała otworzyć drzwi. Okazało się, że nie są zamknięte. Weszła do środka i otworzyła suta, żeby zawołać Morta..."

"Czwarta po północy", Stephen King, wyd. Zysk i s-ka 2003, str. 395, wiersz drugi od góry.

2)
Fragment protokołu sekcji zwłok: "... rozległe pęknięcia sklepienia i podstawy czaszki, krwotoki między i podogonowe..."
"Kontrowersje wokół seryjnych morderców na przykładzie Zdzisława Marchwickiego", Małgorzata Piwowarczyk, wyd. Prometeusz 2010, str. 105, czwarty wiersz od dołu.
 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Od planespotterów mnie zachowaj, z wrogami poradzę sobie sama

Moja niechęć do członków zorganizowanych grup obserwujących samoloty i robiących im zdjęcia datuje się jeszcze z czasów mieszkania w Warszawie i posiadania dostępu do portu lotniczego z normalnym ruchem. Wtedy bardzo okropnie chciałam do nich należeć, ale że rekrutacja była non stop zamknięta, rzecz jasna nie mogłam. Zaczęłam więc patrzeć na nich trochę (bardzo) krytyczniej i wręcz wypatrywać różnych drobnych incydentów, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że planespotterzy są przekonani, że o samolotach wiedzą wszystko, tymczasem wiedzą guzik. Taki z czterema dziurkami. 
Najdobitniejszym przykładem z tamtych czasów pozostaje historia lądowania pewnego Jumbo Jeta.
Otóż, wbrew pozorom, B747 Jumbo Jet wcale nie pojawiają się na Okęciu regularnie. Lot nie ma ich na wyposażeniu, a linie które mają przeznaczają głównie na przeloty transkontynentalne, i w najbliższym oceanu hubie przerzucają pasażerów na mniejsze maszyny. Wyjątkiem jest El - Al który w okolicy rocznicy powstania w gettcie warszawskim zawsze przysyła Jumbo Jetami dwa lub trzy czartery. Poza kwietniowymi El - Alami każda operacja Jumbo jest szeroko zapowiadaną atrakcją i gromadzi zwykle sporą grupę samolotolubów. 
A co dopiero nocne lądowanie. Takie właśnie miało nastąpić pewnego pamiętnego maja, i to, o ile dobrze pamiętam, po 23:00. Mieć z tego zdjęcia byłoby cudnie!
Przyjechaliśmy wcześniej, na górkę przy ul Wirażowej gdzie zastaliśmy już sporą grupkę - w tym kilku panów w odblaskowych kamizelkach Warsaw Spotters przy rozstawionych na statywach aparatach i z jakimś czymś do nasłuchu na wieżę.
Siedzimy sobie, kurzę papieroska, samoloty ślicznie lądują na 15, znad Lasu Kabackiego. Jest około 5 minut po planowanej godzinie przylotu Jumbo, kiedy pojawiają się kolejne światła, tym razem jakby większe i szerzej rozstawione. Szturcham więc Ryśka łokciem że chyba jest, i zaczynam szykować moją mizerną Minoltę. Rysiek, ucieszony, podskakuje do płotu, panowie spotterzy czują się w więc w obowiązku uspokoić nieletnią tłumacząc, że to na pewno nie 747, to lotowski czarter z Londynu Heathrow, przed chwilą się zgłaszał do wieży. 
No może i lotowski, ale te światła takie duże... I jakby dwa silniki pod skrzydłem się rysują... No to myk, do płotu, i wzdech z zachwytu jak ślicznie, majestatycznie i cichutko sobie nasz 747 właśnie usiadł. A ponowie spotterzy, z klasyczną wojskową kurwą waszą macią na ustach pogalopowali do swoich grubych tysięcy w sprzęcie fotograficznym. 
Nie wiem, czy zdążyli zrobić jakiekolwiek zdjęcie. Ja całkiem sporo. Jakość ujemna, ale emocje cudowne. I od tamtego wieczoru zaczęłam powtarzać, że ja nie jestem spotterem tylko miłośnikiem awiacji. Bo spotter musi, a miłośnik co najwyżej może...
Niedawno znów wyrwałam się na wywczas do stolicy, a czując wielki już głód lotniskowego ruchu zaplanowałam również chwilę (czytaj: trzy godziny) na posiedzenie na ulubionym tarasie widokowym Portu Lotniczego im. F. Chopina. Atrakcją miał być start Boeinga 777 Emirates Airlines do Dubaiu - i był, a że opóźniony o prawie 2 godziny to już urok transkontynentalnych startów. Oczekiwanie miało jednakże dwa zasadnicze, dobitne minusy: dwóch wannabe spotterów.
Młodzieńcy - mniejszy jakieś 10 - 12 lat, większy jakieś 12 - 13 szaleli po całym tarasie pod znudzoną opieką taty większego. Większy był chyba zresztą szefem tego duetu, bo z rzadka tylko robiąc przerwy na oddech wciąż nauczał młodszego jak skutecznie kochać samoloty, i jak bardzo kocha je on sam. Fakt, że obaj mieli na komórkach odpalone liveatc.net i żaden z nich nie używał słuchawek był doprawdy najmniejszym problemem - super że młodzież zna tą przydatną stronę. Problemem były kocopoły plecione przez starszego - i fakt, że nijak nie dawało się ich nie słuchać, tak głośno terkotał.
Między innymi dowiedziałam się że :
- bardzo chce zostać pilotem, a jak się nie uda zostać pilotem to nie, nie chce być stewardem, chciałby zostać szefem personelu...
(Fakt, że nie da się zostać szefem personelu nie zdobywszy najpierw wymaganego nalotu i potrzebnych uprawnień stewardów niższych szczebli zapewne złamie mu karierę)
- ten samolot co to wystartował już zaraz przełączy się na aprocz i od startu będzie rozmawiał już z aproczem...
(Na approach, zwany też zbliżaniem, samoloty przełączają się po osiągnięciu pierwszego korytarza przelotowego, ponieważ po starcie piloci są zajęci wchodzeniem na pułap i trzymaniem kursu oraz gadaniem z wieżą, nikt nie ma głowy do zmiany częstotliwości i przełączania się na kolejnego kontrolera. Niby podział obowiązków wieża/zbliżanie/obszar wydaje się elementarzem każdego słuchacza liveatc. A tu nie...)
Zaś kiedy 777 wreszcie ruszył do kołowania większy z młodzieńców zaniósł się radosnym wrzaskiem: 
- Słyszałeś? Powiedział "Dzień dobry Emirates 001"! Polak go pilotuje, powiedział "Dzień dobry Emirates 001"!!!
Obawiam się, że gdybym wtedy nie założyła słuchawek próba wytłumaczenia młodzieńcowi iż: po pierwsze to "Dzień dobry Emirates oo1" mogła powiedzieć co najwyżej wieża Okęcia do samolotu, po tym jak grzecznie powitał ją "Good afternoon Okęcie Tower" - w komunikacie wskazuje się jego adresata a nie identyfikuje siebie - a po drugie żeby nie robił hecy bo powitanie w języku kraju na którego lotnisku jesteśmy jest standardem savoire vivre'u wśród pilotów, i "Dzień dobry Okęcie Tower" od arabskiego kapitana też by niezwykłe nie było  - mogłoby się skończyć naprawdę źle...
Nowe pokolenie Warsaw Spootters dorasta i jest gotowe napsuć krwi każdemu samolotolubowi!